W ciszy stadionu. Rok prawdy Vilanovy

Karol Chowański 'Challenger'

21 czerwca 2013, 23:39

563 komentarze

Tito zostaje. To słuszna decyzja. Nie tylko ze względu na renomę klubu - po tym, jak Zarząd wizerunkowo poślizgnął się na skórce od banana, którą rzucił sobie pod własne nogi w sprawie Abidala - ale także z innych powodów.

To dobry dzień by o nich pomówić, bo choć na zegarze tygodnia mamy niby piąteczek, lało i leje za oknem jakby bogowie nieba z sobie tylko znanych powodów uznali, że będzie śmiesznie skoncentrować opady z całego globu na obszarze jednego nieszczęsnego miasta. Otóż nie ma w tym śmiesznego nic, proszę przekazać, kto będzie miał okazję.

Aspekt prozaiczny

Wielu culés stawia pomiędzy przypadkami Vilanovy i Abidala bezwzględny brak równości. Są tam, gdzie sztuka nowoczesna, dorośli robiący „wheelie" dziecięcym motorkiem po pijaku i styliści Ssangyong Rodiusa: w błędzie. Chodzi o długość obu kontraktów. Umowa francuskiego obrońcy z katalońskim klubem kończyła się latem 2013 roku. Kontrakt trenera kończy się latem anno domini 2014.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że Tito Vilanova zarabia 7 milionów euro na sezon. Co może być dla wielu zaskoczeniem, stawia go to w top 10 światowego futbolu, acz chodzi mi tu bardziej o wniosek, że przy takiej pensji odszkodowanie za zerwanie kontraktu też musi być niebanalne. Co prawda, Tito podobno dwukrotnie oddawał się do dyspozycji Zarządu; niewykluczone jednak, że przedterminowe zakończenie współpracy z inicjatywy klubu w dowolnych okolicznościach i tak determinowałoby koszty.

Aspekt romantyczny

Odmówienie dalszej współpracy piłkarzowi o historii i wymiarze Abidala zostało przez wielu fanów i media przyjęte z relatywną wyrozumiałością (głosów stricte pragmatycznych nie brakowało i na naszych łamach). Burzę, jaka przetoczyłaby się przez hiszpańską i katalońską prasę, gdyby podobną decyzję podjęto wobec Katalończyka, wychowanka, byłego piłkarza, protegowanego Pepa - trudno nawet ogarnąć wyobraźnią.

Ktoś nazwie pozostawienie na stanowisku Vilanovy romantyzmem FC Barcelony, wiernością wartościom klubu, lojalnością wobec wychowanego „w firmie" pracownika i paroma innymi górnolotnymi wyrażeniami - i będzie miał rację. Ja nazwę decyzję zarządu o kontynuacji współpracy z Vilanovą przynajmniej do końca jego kontraktu po prostu zdrowym rozsądkiem, motywowania zostania trenera w klubie względami "humanitarnymi", empatią i solidarnością wobec pracownika to nie przekreśla. Każda decyzja może mieć więcej korzeni, przyczyn niż jedna.

Walka o cele sportowe za wszelką cenę sprawia, że dla wielu sportowych instytucji nie są to oczywiste i respektowane standardy. W pewnym klubie rodzimym bramkarza po przeszczepie ordynarnie usunięto z klubu. W innym przypadku graczowi niezdolnemu do wypełnienia kontraktu ze względu na chorobę zagrażającą życiu, "podziękowano" skierowaniem wniosku do sądu o przyznanie mu renty. Zachowanie klubu w przypadku Tito Vilanovy pokazuje, że nawet bez gładkiej reklamowo koszulki, Barça niezmiennie pozostaje w szeregu aspektów "więcej niż klubem", wzorem do naśladowania dla innych.

Prawdziwa jakość trenera Vilanovy - nieznana

Wydaje mi się, że Francesca Vilanovy jako pierwszego trenera nie mieliśmy jeszcze tak naprawdę okazji poznać. Albo inaczej: mieliśmy, ale bardzo krótko i nie w meczach o najwyższą stawkę (o jego autorskich konceptach z jesieni, bo takowe były - przy innej okazji). Mówiąc szczerze, nie wiem czy to trener na miarę tego klubu; odpowiednia jakość. Wielu culés odpowiada bez wahania: „Nie!", a ja wolę odpowiedź „Nie wiem", dać wolę Vilanovie szansę, choć jeden jeszcze rok. Pozostaje dla mnie trenerską enigmą. Zasługuje na ten rok, rok prawdy. Po nim czas na decyzje, teraz jeszcze poczekajmy.

Myśląc o jego taktycznych innowacjach w debiutanckim sezonie, zapada oczywiście głucha cisza, która trwa i trwa, i nie chce przestać. Nie dlatego, że brakuje mu wiedzy czy kompetencji. Dlatego, że tak potoczył się ten sezon, jak się potoczył. A jedyne, czego zabrakło to zdrowie oraz determinowana jego stanem koncentracja, zaangażowanie.

Od czasu publikacji tamtego tekstu podchodzę mniej kategorycznie do kwestii nieobecności Tito Vilanovy. Choć wiele tez tamtego tekstu aktualnymi do dziś, chcę powiedzieć, że w przypadku zagrożenia życia żaden pracownik nie będzie funkcjonować „na maksa", zgodnie ze swoimi standardami, normami „sprzed". To niemożliwe, jesteśmy ludźmi, a nie planetą nihilistycznych Benderów. Nim może chciałoby się czasem stać na chwilę, tymczasem odpływasz myślami daleko hen, są obawy i dekoncentracja - nie poradzisz, to naturalne. Wszystko schodzi w takich okolicznościach na dalszy plan. Dlatego Vilanova nawet po powrocie nie był z drużyną, w pewnym sensie był gdzieś daleko, bo jak ujął to red. Bartłomiej Rabij w naszej rozmowie „stoczył właśnie znacznie ważniejszy mecz, mecz o życie. Gdzie mu tu w głowie mecze z Bayernem?!" Bull's eye.

Dlatego zmian w Monachium nie było do 83 minuty, a zamiast ich mnogości była karykaturalna wobec wyniku i obrazu gry pojedynczość. Jak to we wszystkich sferach życia - nic bez przyczyny.

Nowa szansa, ostatnia szansa

W tym kontekście trudno stwierdzić, czy po klęsce monachijskiej to Tito zmobilizował zawodników do pogoni za rekordem punktowym Realu sprzed roku, czy szatnia zmobilizowała się sama, dla niego właśnie. Sam fakt, że ten sezon się już skończył, przed nami presezon i nowa kampania, w moim odczuciu okaże się odświeżający dla trenera i jego drużyny jako całości. Przypomni chłopakom, że znów mają na pokładzie szefa, a szefowi - jak się szefuje. No i przede wszystkim oddali wspomnienie pobytu w Nowym Jorku w głowie samego Tito. Przed nim i całym barcelonismo nowy etap.

Przerwa rozgrywkowa, czas na skupienie i pracę w zaciszu centrum treningowego, analiz wideo i naładowanie baterii może pozwolić Tito na nowo stać się trenerem, szefem, liderem drużyny we wszystkich sferach tej roli.

Naturalnie, ujmuję to w ten sposób wyłącznie dlatego, że to sam Vilanova ogłaszał wielokrotnie po powrocie, że chce kontynuować pełnienie tej funkcji. Skoro przeciwwskazań nie widzą lekarze i popiera go Zarząd - trwa w tym postanowieniu. Wola samego Vilanovy jest kluczowa. On ma swoje do udowodnienia całemu piłkarskiemu światu, a jako canterano i ex-barcelonista nie pragnie niczego bardziej niż kolejnych triumfów tego klubu. Jeśli lekarze nie zgłaszają sprzeciwu, Tito czuje się na siłach fizycznie i mentalnie, jeśli dostrzega w nowym sezonie „nowy dzień" i nowe szanse - pozostaje zaufać. W innym przypadku zrezygnowałby sam. Ja mu ufam.

Media z najbliższego otoczenia klubu donoszą od ostatniej kolejki Ligi 2012/2013, że Tito już pracuje nad nowymi, odpowiednimi do odzyskania prymatu w Europie rozwiązaniami kadrowymi i taktycznymi. Jednym z nich było oczywiście kibicowanie Zarządowi w kwestii Neymara, którego Tito bardzo chciał mieć w zespole. Modyfikacją taktyczną nr 1 w Barçy na przyszły sezon ma być „bivote" z Busquetsem i Songiem, którego potrzebę trwałej implementacji zgłaszałem już dawno temu. Zobaczymy, ile podobnych idei, nowych konceptów szykuje nam Tito na jesień.

Oby tylko dopisało zdrowie, a poznamy jego faktyczną wartość jako I trenera. Do tej pory nie mieliśmy okazji. Marginesu na błąd nie ma. Wóz albo przewóz - taki będzie przyszły sezon dla Vilanovy jako trenera. Test jego jakości i kompetencji. Prawdopodobnie test ostateczny.

Gra o wszystko

Nieśmiałe zapowiedzi Zubiego, że „Tito zostaje na przyszły rok, więc planujemy przedłużenie kontraktu" traktuję jako PR'ową kurtuazję. Przedłużenie tej umowy przed końcem sezonu nie opłaca się tak naprawdę żadnej ze stron. Gra toczy się o wysoką stawkę i nie jest nią przyszłość Tito jako trenera. Idealista powie, że Barcelona gra kampanię 2013/2014 o przyszłość klubu. Pragmatyk się uśmiechnie drwiąco i powie: „OK, może to też. Ale główną stawką na dystansie tego akurat sezonu jest przyszłość Zarządu."

Barcelony w nadchodzącym sezonie na wpadki nie stać. Wpadką nie jest oczywiście odpadnięcie na etapie półfinału LM, ale powrót do domu i dziatwy na tarczy z siedmioma kulami w rzyci - to już zupełnie inna para hipsterskich kaloszy. Rosell i Zarząd doskonale zdają sobie sprawę, że po przyjściu Neymara i innych planowanych wzmocnieniach - startująca sierpniem kampania jest grą o następne wybory. Jestem pewien, że jeśli Tito nie spełni oczekiwań Zarządu (które powinny być moim zdaniem większe niż mistrzostwo kraju, Superpuchar i ¼ finału Ligi Mistrzów, bo potencjał składu zachęca do ambitniejszych oczekiwań), to jego kontrakt nie zostanie przedłużony.

Z kolei Vilanova aż po ostatni mecz ostatniego dnia ostatnich rozgrywek sezonu (który tak, jak kiedyś „5-10-15" zaraz się zacznie) będzie oczywiście obiektem kwestionowania jego trenerskiej klasy. Mniej lub bardziej pokątnego, zależnie od redakcji i interlokutora. Ewentualne przedłużenie przezeń umowy nim skończy się sezon - chluby i szacunku w środowisku raczej mu nie przyniesie, u chętnych na przyszły angaż tym bardziej.

Jest coś jeszcze, co zaopatruje wiarę, iż obie strony postąpią najodpowiedzialniej dla długoterminowej przyszłości drużyny i klubu, i zaczekają z przedłużeniem współpracy do lata 2014. Nikt nie chce być balastem dla bliskiego mu związku, dla kogoś, kogo kocha. Tego, że Tito Vilanova kocha Barcelonę miłością trwałą i bezkresną - nikt nie ma prawa podważać. Jeśli on uzna, że ze względów zdrowotnych lub obiektywnych nie osiągnął/nie osiągnie z drużyną tyle, ile mógł - odda tę funkcję następcy z pokorą i godnością. Čechami, które na stanowisku trenera FC Barcelony cechują go od początku.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (563)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze