Media w Hiszpanii były wyjątkowo zgodne. Sprawa Víctora Valdésa to pierwsza rzecz, jaką miał zająć się po powrocie z nowojorskiej kuracji Tito Vilanova. Sprawa z góry przegrana. Choć to jedna z twarzy współczesnej nam FC Barcelony, wychowanek, Katalończyk, jeden z tych o najdłuższym stażu w zespole, mister usłyszy (usłyszał?) to samo, co całemu światu zostało przekazane już w styczniu:
„Nie” i „dziękuję”.
Klamka zapadła, decyzja dawno podjęta. Pozostaje czekać aż usłyszymy to od niego samego „na żywo”, co po całym styczniowym tajfunie medialnym prawdopodobnie nie nastąpi przed ostatnim meczem sezonu. Szykować się na zmianę – można już teraz.
Niezależnie od motywów skłaniających Valdésa do przeprowadzki, takich bomb nie odpala się po to, by po pół roku zmieniać decyzję. Samo pojawienie się tego kalibru sensacji to jedno. Równie wymowne są miejsce publikacji oświadczenia (przesłanego w pierwszej kolejności do EFE, czyli „hiszpańskiego PAP-u”, a nie żadnej z gazet, co oznacza jasny komunikat: to jest na poważnie!) i jego szczegółowa treść. Sformułowanie o „la decisión irrevocable” (decyzji nieodwołalnej) nie znalazło się tam przez przypadek. Czy przy tak stanowczych słowach, wycofanie się z nich jakby nigdy nic, wchodzi w ogóle w grę? Kto by chciał zatrudnić tak „słownego” pracownika”?
Golkiper w ogniu
Co pomyśleliście, gdy te kilka tygodni temu gruchnęła w świat informacja, że Víctor Valdés nie przedłuży wygasającego latem 2014 kontraktu z Barçą? Że niewdzięcznik, zdrajca? Hańba, skandal, niegodziwość?
Prawdziwy skandal stanowiły takie komentarze. Dawno nic tyczące futbolu nie zrobiło na mnie tak negatywnego wrażenia jak tamta nagonka, hejt zbiorowy, atmosfera histerii i amoku. Razem ze swym tonem: wyniosłym, niewdzięcznym, pełnym oburzenia, niezasłużonym, miejscami wręcz pogardliwym – i to ze wszystkich stron: dziennikarzy, publicystów, postronnych obserwatorów, kibiców; zarówno Barçy, jak i innych klubów. Za co? Za odwagę zdradzenia swoich planów wcześniej niż w czerwcu? Czy może za popsucie humorów tym, którzy z okazji przedłużenia kontraktów przez Xaviego, Puyola i Leo policzyli już w myślach (z Rosellem na czele) trofea za X kolejnych sezonów?
Powszechnie zapomniano o tym, że w trakcie obowiązywania umowy piłkarz zachowuje wolną wolę, prawo wyboru, co zrobi dalej. Jak każdy pracownik. Jak każdy człowiek. W tak złożonej sytuacji osobiste zamiary piłkarza nie muszą być zbieżne z długofalowymi celami organizacji.
Coś do udowodnienia
Ogłoszenie swoich zamiarów na półtora roku przed końcem umowy może być uznane za zdradę, niegodziwość. Historia futbolu zna takie przypadki. Ale czy faktycznie ten jest jednym z nich?
W pierwszym odruchu, jak wszyscy, poczułem po ogłoszeniu decyzji Valdésa niedowierzanie. Szok. A to ci dopiero, myślę sobie, toś mnie, chłopie, zaskoczył. Kolejne odczucia nie kazały na siebie długo czekać, ale różniły się od przygniatającej większości słyszanych zewsząd obelg. Poczułem dla decyzji bramkarza Barçy szczery szacunek. Podziw. Dawno żaden sportowiec nie zaimponował mi tak bardzo jak „VV”. Bardzo dawno.
I nigdy wcześniej nie darzyłem go taką sympatią. Pokazał tym gestem ambicję, o którą nigdy bym go nie podejrzewał... Raczej nie szykuje się na odcinanie kuponów od sławy w lidze bez wyzwań. To nie jest też przykład Raúla – niechcianego w klubie, wyrzuconego tylnymi drzwiami. (Valdésa nikt nie wyrzuca, na przyszły sezon miałby pewne miejsce w „podstawie”.) Z tych względów widzę w decyzji wychowanka wyzwanie, rzucone w stronę ludzi, którzy wątpili w niego przez te wszystkie lata, coś na zasadzie: A ja Wam jeszcze pokażę. Tu zdobył już wszystko, gdzie indziej też sobie poradzę.
Oczywiście, że różni piłkarze postrzegają temat zmierzchu kariery zupełnie inaczej, ale z jego historią taka postawa nie musi dziwić. Wchodzili wtedy do zespołu w piątkę. Spośród tych, którzy zostali (Gabri odszedł w ‘06) Valdés najdłużej czekał na uznanie fanów i prasy. Do tego stopnia, co pozostałe trio – nie doczekał się ich nigdy. Zasłużenie. Nigdy nie był mistrzem swego fachu, ale nie odbiera mu to prawa do własnych ambicji. Widocznie uznał, że w przeciwieństwie do Puyola, Xaviego i Iniesty, w swej karierze ma światu jeszcze coś do udowodnienia. I nie udowodni tego na Camp Nou.
Ambicja Víctora Valdésa
Barça przeżywa już piąty rok jednej z najwspanialszych er w historii klubu. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że w powszechnej opinii fanów Valdés był ostatnim z pasażerów tej karuzeli sukcesów, który wysiadłby z niej na własne życzenie. Bramkarz i drużyna – sprzężeni przecież ze sobą symbiozą idealną, niespotykaną w żadnym innym piłkarskim „związku”. On jakby stworzony do jej stylu gry, ona – przyzwyczajona, że jest jej pierwszym rozgrywającym. Bramkarz-libero, który statystycznie spędza więcej czasu poza polem karnym niż w jego obrębie. Małżeństwo doskonałe. Zakładaliśmy wszyscy, że Valdés będzie grał na Camp Nou do końca kariery, albo przynajmniej do dnia, w którym to my, fani, uznamy jego formę za jeszcze godną lub jużniegodną wyjściowego składu. A tu niespodzianka. Małżeństwo doskonałe, a
w drodze.
Nie doceniliśmy jego ambicji. Okazała się większa od tego. Sięgająca wyżej niż dalsze spijanie tej samej śmietanki, co od lat. Nawet jeśli „śmietanką” jest jedna z czołowych lig świata i zespół, który zdominował światowy futbol najsilniej od ćwierćwiecza. Widocznie nawet wygrywanie z Barceloną może się znudzić i trzeba „cojones grandes” by otwarcie przyznać się do tego światu. Barça to jeden z klubów o największej popularności – egoistyczne złamanie oczekiwań tak licznej grupy ludzi musi spotkać się z krytyką bez reguł ni barier, bo przecież zarabiający tygodniowo 5 euro brutto dziennikarze, zgraja pryszczatych nastolatków i kierowcy BMW nie lubią tych z „cojones grandes”.
Ambicja Valdésa daje się nawet wycenić. Jest większa niż 6 mln euro rocznej pensji, którą przez parę dobrych lat mógł jeszcze ciągnąć bez większego (tak dobrze jest zgrany z kolegami, a oni z nim) wysiłku. Nic z tego. Tkwić dalej w klubie, który zna od 10-latka? Veto – tym bardziej dotkliwe dla niektórych, że wygłoszone z pozycji w kwiecie wieku bramkarza, wychowanka i bezsprzecznego członka pierwszego składu. A ten wybiera nową przygodę, podróż w nieznane i nieprzewidywalne. Doprawdy, jak tak można?!
To nie tylko zaskakujące, ale tak zaskakująco nonkonformistyczne jak na sportowca w jego sytuacji, że na swój sposób wspaniałe. I właśnie dlatego godne mojego najwyższego podziwu.
Kawa na ławę
Śledząc karierę Valdésa od jej początków w pierwszym zespole, ale też z lektury różnych wydanych ostatnio książek czy spomiędzy wierszy publicystów z najbliższego otoczenia klubu, wyłania się obraz indywidualisty. Typa kroczącego swoją drogą, który nie ogląda się na innych ani ich opinie, przypominającego w pewnym sensie licealistę, który nie słucha rodziców i buntuje się jak każą mu wrócić przed północą. Był taki, odkąd pamiętam go w klubie. Myślę, że niepokorny, niezależny charakter Víctora Valdésa też jest jednym z kluczy do zrozumienia jego decyzji.
Wystarczyło czasem posłuchać go na konferencji prasowej, wczytać się w jeden z rzadkich wywiadów. Nie było ich wiele, bo nigdy wiele nie mówił, ale zawsze treściwie. Stanowczo, bez owijania w bawełnę, kawa na ławę. „Niewyparzona gęba Barcelony” – tak to czasem wyglądało. Szczególnie w tych młodszych latach... Kompletne przeciwieństwo salonowych dyplomatów futbolu, jak choćby Josep Guardiola, jego niedawny przełożony. Nie, gdy Valdés miał coś do powiedzenia, mówił wprost i między oczy. Choćby było to dla kogoś przykre (fanów, klubu, rywali), niewygodne. Nie unikał tematów niepopularnych, rzeczy, które inni na jego miejscu woleliby przemilczeć. Szedł swoją drogą i mówił, co myślał. Jest taki do dziś, a słowa z 3 stycznia o presji, krytyce dotykającej bramkarzy na Camp Nou i tym, że „w Barcelonie nic mnie nie zaskoczyło” tylko to potwierdzają.
Ilekroć się wypowiadał – zawsze można było liczyć na coś kontrowersyjnego, zmuszającego do refleksji i wejścia myślą w zakamarki Camp Nou. Mnóstwo rzeczy widział na swój sposób, inaczej niż trenerzy, koledzy z drużyny czy kibice. Z perspektywy dekady, trudno tak trwałą postawę uznać za pozę czy zrzucić ją na karb młodości. Valdés ma 31 lat, dawno przestał być juniorem. Całkiem często niezależność wypowiedzi kryje niezależność ducha i bramkarz Barçy może być jednym z takich przypadków. Pod wieloma względami różni się od wielu swoich kolegów z PepTeamu i w tym kontekście dziwi jakby mniej, że wybiera inną od nich przyszłość.
I tak źle, i tak... jeszcze gorzej
Osoba o takim usposobieniu miałaby nagle zostać w kwestii nowego kontraktu Wielkim Milczkiem, zwodzącym fanów z uśmiechem na ustach obłudnikiem? Bo tak wypadało? Bo tak by było lepiej? Dla kogo lepiej? Na pewno nie dla Valdésa i jego wizerunku w oczach fanów.
Łatwo powiedzieć: „Trzeba to było do lata trzymać w tajemnicy przed mediami, zachować na łonie klubu”. O tym „jak?” – nikt już taki elokwentny nie jest. Hmm, może jeśli „Sport” i „Mundo Deportivo” przestałyby się ukazywać do końca sezonu, to byłaby szansa na sukces. Tylko co wtedy z „Marcą” i AS-em”, przegapiłyby taką petardę? Darujmy sobie. Takie stawianie sprawy jest naiwnością względem medialnych realiów panujących w hiszpańskiej piłce, gdzie dziennikarze pierwsi po trenerze znają wyjściowy skład na niemal każdy mecz, a rozkładówkom nie umyka nawet to, kto na kogo czeka na parkingu. Nie wiem skąd oni to wszystko wiedzą, przychodzi mi na myśl tylko skojarzenie z oficerem Quimby wyskakującym z doniczki czy sejfu, ale sprawa tego kalibru nie umknęłaby dziennikarzom. Nie w Hiszpanii. Sam Valdés o swoją przyszłość też byłby pytany wiosną na okrągło, przy każdej możliwej okazji. Miałby koloryzować, grać na zwłokę? Dziennikarze zaczęliby jeszcze gorliwiej węszyć, fani – wyrażać swe zdanie transparentami na stadionie. Samonakręcająca się spirala niedomówień i jeszcze większy „kwas” wewnątrz i w otoczeniu klubu – taki byłby efekt. Zrobiłoby się jeszcze bardziej toksycznie i taki rozwój sytuacji musiałby uderzyć rykoszetem w postawę zespołu.
Pamiętając o kontekście kontraktów kolegów i postawy klubu, swoim oświadczeniem Valdés tak naprawdę uprzedził zejście medialnej lawiny pomówień i niejasności, dając wszystkim do zrozumienia, że w tym spektaklu (który, podkreślmy, 11.01 już zaczął Zubizarreta) on grać nie będzie. Piłkarz wyłożył swoje karty na stół, zagrał fair względem klubu, fanów i samego siebie. I kolegów; zauważmy, że każdy kto zapytany staje murem za jego decyzją. Drugi tydzień stycznia, praktycznie połowa sezonu – OK, czas na pewno nie doskonały, ale jaki byłby lepszy? Wobec działań, jawnych i zakulisowych, klubu, nie było na co czekać. Czy piłkarz w porę ugasił lont afery, która rozkręciwszy się na dobre, autentycznie groziła destabilizacją sytuacji w zespole? Być może. Po takim „zagraniu” Valdés ma mniej fanów na Facebooku, sprzedanych koszulek w Botidze i sympatyków w zarządzie Klubu, ale w drużynie oraz mediach jest spokój. I o to chodziło.
Śmiałość niezależnego
W którymś momencie tego sezonu ambicja portero Blaugrany przerosła satysfakcję z zapewnionego sobie dawno temu i zagwarantowanego „na zawsze” miejsca w podstawowej jedenastce. Spokojna emeryturka na Camp Nou wydała się Valdésowi „pójściem na łatwiznę”. Zamiast tego – chęć, by z tą karierą „coś jeszcze zrobić”. Liznąć innego stylu życia. Wyjechać, przeżyć coś nowego...
Niektórzy potrzebują takich emocji, by żyć pełnią życia, samo-się-realizować. Potrzebują adrenaliny i wyzwania zamiast stabilizacji zmieniającej się z biegiem lat w stagnację i wygodnictwo. Wygląda na to, że Camp Nou jako miejsce pracy – z cytowaną przez niego samego intensywnością, presją, nieprzychylnością bramkarzom – przestało Víctorowi zapewniać tyle adrenaliny, by był on do końca usatysfakcjonowany ze swego życia zawodowego. Uczucie palącego dyskomfortu niechęci na spędzenie reszty krótkiej kariery piłkarza w jednym i tym samym miejscu. Zdrada, sprzeniewierzenie? A może „tylko”: wyrażenie niezależności, wolność wyboru? Ogłoszenie tegoż wyboru w styczniu daje klubowi blisko pół roku na wyselekcjonowanie następcy. A obu stronom – dodatkowy czas na dojście do konsensusu, czy korzystniej rozstać się za rok czy już najbliższego lata.
Wybieram (u)szanowanie takiej decyzji wychowanka, 11-letniego gracza klubu. Za odwagę spróbowania „nowej kultury, innego futbolu” w wieku, który wielu uważa za okres najwyższej formy u bramkarza. To hymn przeciw życiowemu minimalizmowi, spokojnemu czekaniu aż dopiero starość wyrzuci piłkarza z podstawowej jedenastki, z klubu, w którym się wychował. Valdés zdaje się mówić, że taki plan byłby poniżej jego aspiracji. Chce walczyć od nowa i gdzie indziej. Podjąć przygodę samorealizacji daleko poza domowymi, życzliwymi (przynajmniej w ostatnich latach) kątami Camp Nou i nie zbierać niczego za darmo.
W ślady Pepa
Niby nie wysiada się z jadącego pociągu, ale gdy uprzedzi się rodzinę z odpowiednim wyprzedzeniem, to może zdążą jeszcze odebrać z dworca. Poza tym, czy lepiej ujawnić w porę, że wysiada się o dwie stacje wcześniej, czy może ściemniać wprost lub przez sreberko, że ten pociąg jedzie prosto do Honolulu?
Do kogo należy piłkarz? Do klubu? Do dziennikarzy, do fanów? A może do siebie i swojej rodziny? Wtedy, przed Espanyolem, mówił o ciekawości „innych kultur, innego futbolu”. To samo powtórzył ostatnio „FFT”, dodając stwierdzenie o „nowych wyzwaniach”. Brzmi jak cytaty z biografii Guardioli.
Valdés jakościowo obniżył w tym sezonie loty. Kwestia zaangażowania, motywacji – mniejsza o niuanse. Decyzji o opuszczeniu klubu nie podjął z okazji Sylwestra i choć nie mam nic do zarzucenia jego profesjonalizmowi, to jednak trudno oczekiwać by rozgrywał w takich okolicznościach sezon życia. Skoro jego pragnieniem jest opuszczenie Barcelony – myślę, że powinno to się stać już tego lata. Jakości i motywacji na przyszły sezon mu nie przybędzie, a przynajmniej klub dostanie za wice-bramkarza „La Roja” trochę grosza.
To jasne, że nigdzie indziej Valdés nie wygra tyle, co z Barçą. Skoro późną jesienią zawodnik poinformował klub, że nie usiądzie do rozmów z jego przedstawicielami aby wysłuchać propozycji – nie chodzi też o finanse. W tym przypadku obie kwestie nie mają nic do rzeczy i trzeba odpowiedniego dystansu by to zaakceptować. Głosuję za tym, by nie tylko zaakceptowawszy, ale i uszanowawszy. Facet nigdy nie był bramkarską wspaniałością, ale za swoje oddanie (m.in. patrz wyżej) i ogół dokonań – zasłużył na godne pożegnanie z klubem. Przynajmniej ze strony fanów.
A Barça? Klub przetrwał odejście Maradony, Romario, Ronaldo, Figo, Abelardo, Guardioli, Luisa Enrique, Rivaldo, Ronaldinho, Eto’o... Jakoś powinien sobie poradzić po Valdésie.
Komentarze (91)