- Strona główna
- La Rambla
La Rambla
Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.
La Rambla
Online: 1096 Culés
Gorące dyskusje
Media
Sonda
Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
Online: 1096 Culés
4
To musiała być zajebista Copa!
11 grudnia 1979 r. Paragwaj sięgnął po tytuł Ameryki Południowej. Po 4 latach przerwy doszło do 31 edycji Copa America. Tak jak poprzednio rozgrywki toczyły się w trzech grupach. Ponownie złośliwy los zetknął w jednej z nich dwóch zdecydowanych faworytów, Argentyne i Brazylie, tym razem w towarzystwie Boliwii. Pozostałe grupy były niepomiernie słabsze. Paragwaj natomiast już od pewnego czasu znajdował się wyraźnie na fali wznoszącej. Pierwszy mecz w Asuncion z Urugwajem nie przyniósł rozstrzygnięcia. ,,Celestes” szczelnie zaryglowali dostęp do bramki i skutecznie paraliżowali akcje gospodarzy już w środku pola. O wszystkim decydował rewanż w Montevideo. Na Estadio Centenario przybyło zaledwie 18 tys. widzów. Post factum rzec można iż mieli racje i zarazem jej nie mieli. Wprawdzie ich ukochana drużyna remisując odpadła z turnieju, lecz za to byli świadkami akcji, która daje się porównać z późniejszym rajdem Maradony z 1986 r. Lewoskrzydłowy Eugenio Morel przejął piłke na własnej połowie, rozejrzał się wokół i raptem ruszył przed siebie jak strzała. Mijał kolejnych przeciwników i po kilkudziesięciometrowym samotnym biegu, z ostrego kąta wpakował piłke w górny róg bramki Rodrigueza. Wcześniej tenże Morel strzelił pierwszego gola i tym samym został bohaterem meczu. W rezultacie Paragwaj awansował do półfinałów. Oczy całego świata a zwłaszcza Ameryki skierowane były przede wszystkim na starcie gigantów w grupie drugiej. Wydawało się że bój kolosów Argentyny i Brazylii przyćmi pozostałe wydarzenia. Tymczasem zdarzyła się rzecz, o jakiej nawet filozofom się nie śniło; tak jakby ktoś jednym ruchem obalił obowiązujące prawa fizyki. Niedoceniana, skromna Boliwia przypomniała sobie czasy chwały z 1963 r. i bezwstydnie, za nic mając uświęcone hierarchie i szacunek dla autorytetów. Wygrała zarówno z Albicelestes jak i z Canarinhos! Z pewnością warunki klimatyczne miały w tych zwycięstwach swój udział, jednak te okoliczności nie zmieniają faktu iż boliwijscy górale poczynali sobie naprawdę dzielnie. W ich szeregach wyróżniali się weterani z 1963…. Naturalizowani Argentyńczycy Vargas i Espinoza oraz błyskotliwy rozgrywający Erwin Romero i szybki lewoskrzydłowy Miguel Aguilar. W tej samej grupie 2 sierpnia 1979r. Brazylia podejmowała na Maracanie Argentyne. Ówcześni mistrzowie świata potraktowali rozgrywki eksperymentalnie. Trener Menotti postanowił dać szanse zawodnikom drugiego rzutu, ze zwycięskiej drużyny zostawiając tylko charyzmatycznego Daniela Passarelle, który tymczasem wybił się na najlepszego obrońcę pod słońcem. Drugim wybitnym piłkarzem, którego Menotti włączył do składu był sam Diego Maradona, opromieniony świeżo zdobytym tytułem mistrza świata juniorów. To jeszcze nie był perfekcyjnie oszlifowany brylant, czas pełnej dojrzałość miał osiągnąć nieco później. Tym dwóm fenomenalnym piłkarzom asystowali gracze raczej przeciętni. Morze tylko młody Barbas zapowiadał się na piłkarza ponad przeciętnego. Tak czy owak to był ,,drugi garnitur”. Gospodarze rzucili do walki zespół znacznie silniejszy. Golkiper Leão dawał w bramce gwarancje bezpieczeństwa. Para stoperów Edinho-Amaral była dostatecznie solidna. W pomocy uwijał się jak w ukropie młody Zico, któremu już wtedy wróżono karierę na miare Pelego. Potem pojawiły się jeszcze 2 nazwiska, które przeszły do historii futbolu a mianowicie Junior i Socrates. Mecz był niezwykle zacięty choć zaznaczyła się techniczna przewaga Canarinhos. Zico i Tita strzelili po golu i minimalne zwycięstwo 2:1 zostało przy Brazylii. Rewanż na River Plate zgromadził niespełna 70 tys. widzów. Argentyna po dwóch porażkach walczyła właściwie już tylko o honor. Menotti za późno sięgnął po posiłki. Americo Ruben Gallego, dysponujący nieograniczonym zasobem energii, miał wyeliminować z gry Zico. Uwikłali się w nieustający pojedynek z wymianą słownych i fizycznych uszczypliwości. Ostatecznie urugwajski sędzia usunął obu zakapiorów z boiska. Na pewno wzmocnieniem było wejście kolejnego mistrza świata, Valencii oraz fantastycznego dyrygenta Indepiendiente, filigranowego Ricardo Bochiniego, który wszakże nie miał szczęścia do reprezentacji i do najlepszej ekipy globu w 1986 został włączony właściwie za niewątpliwe zasługi. Na dwa gole Socratesa, gospodarze odpowiedzieli golami niezawodnego Passarelli i Roberto Diaza. Wynik 2:2 uratował honor Argentyny, lecz dał awans do półfinału Brazylii. W półfinale na Canarinhos czekał już przysłowiowy Goliat. Opromieniona tryumfem nad mistrzem świata Brazylia była pewna swego. Wzmocnił ją powrót do składu członka zwycięskiej ekipy z MŚ’70, Marco Antonio oraz pojawienie się nowych gwiazd- Falcão i Edera. 24 października stadion Defensores del Chaco w Asuncion szumiał niczym wezbrane morze. W 16 minucie stało się coś, co wprawiło publiczność w ekstazę. Morel stojąc jakieś 20 metrów od brazylijskiej bramki wyskoczył w górę do wysokiego dośrodkowania. W powietrzu przyjął piłke na pierś i odwrócony tyłem do bramki wykonał najbardziej klasyczną ,,chilene” czyli przewrotkę. Potężna bomba ugodziła w wewnętrzną część poprzeczki, piłka odbiła się od murawy, ponownie trafiła w poprzeczkę i dopiero wtedy wpadła do bramki mimo ekwilibrystycznej parady Leão. ,,Golazo! Gol stulecia!”- zachłystywali się do utraty tchu wniebowzięci sprawozdawcy. Widziały to również miliony telewidzów w całej Ameryce, z USA włącznie. Osłupiałych Canarinhos dobił jeszcze Tallavera strzelając na 2:0. Ostatecznie skończyło się na wygranej 2:1, co w obliczu rewanżu na Maracanie dało słynnemu trenerowi Saldahnii asumpt do uwagi: ,,Paragwaj stracił życiową szanse. Mógł odnieść rekordowe zwycięstwo. Teraz jednak straty odrobimy u siebie bez trudu”. Siedem dni później 80 tys. widzów na Maracanie wściekle dopingowało swoich. Doping zamienił się w owacje, kiedy Falcão poraził Fernandeza straszliwym strzałem. Wiwaty raptem ucichły, bowiem tym razem w ślady swego brata Eugenio poszedł Miliciades Morel. Rąbnął z całych sił w poprzeczke i piłka skozłowawszy obok bezradnego Leão wpadła do siatki. Nadzieje Brazylii na krótko podtrzymał Socrates, lecz wtedy do akcji wkroczyło ,,cudowne dziecko” Paragwaju- Julio Cesar Romero zwany Romerito, który owej pamiętnej nocy ostatecznie powalił Brazylijskiego Goliata, ustalając wynik meczu na 2:2, co dało awans ,,Guarani” do finału. W ówczesnej formule finał(jak i cały turniej) rozgrywany(od sierpnia do grudnia) był dwumeczem. W tymże finale Paragwaj walczył z Chile. W pierwszym meczu w Asuncion gospodarze pewnie wygrali 3:0. Natomiast w rewanżu w Santiago Chilijczycy skromnie wygrali 1:0. W tych okolicznościach regulamin przewidywał spotkanie dodatkowe bowiem liczyły się tylko punkty. Odbyło się ono 11 grudnia 1979 r. na neutralnym boisku Velez Sarsfield w Buenos Aires. Po 90 minutach gry był remis 0:0. Dogrywka również nie przyniosła goli. Jako że Paragwajczycy mieli lepszą różnice goli od Chile, to właśnie oni sięgnęli po raz drugi w historii po puchar Ameryki.