Druga odsłona nowego cyklu felietonów.
Dzieje się na Camp Nou, oj, dzieje. Jak co dzień, tydzień, miesiąc i co roku. Gdyby działo się mniej, klub z kraju, który nawet nie istnieje, nie miałby tyle
Druga odsłona nowego cyklu felietonów.
Dzieje się na Camp Nou, oj, dzieje. Jak co dzień, tydzień, miesiąc i co roku. Gdyby działo się mniej, klub z kraju, który nawet nie istnieje, nie miałby tyle
Temat nr 1 w barcelonismo na dziś to kontuzja i nieobecność Messiego. Zgodnie ze złotą zasadą życia i gwałtownie zakończonych związków - nie ma złego tego, co by na dobre wszystkim nie wyszło. Paradoksalnie, mówię tu nie tylko cynicznie o drużynie, ale i o samym Argentyńczyku.
Szumne zapowiedzi Martino o tym, ile to Messi nie będzie teraz oszczędzany, skończyły się tak naprawdę na 2 zmianach pod koniec starć z Levante i Sociedad, jednym profilaktycznym zostawieniu napastnika w domu przed wyjazdem do Málagi i wymuszonym podejrzeniem urazu zejściem w przerwie I meczu o Superpuchar kraju. Poza tym, Leo grał wszystko. 644 minuty, blisko 11 godzin. Czy to dużo jak na tyle meczów w 42 dni, okres po pracowitym presezonie, w którym „10-ka" Barçy grała mucho więcej niż trzeba, i międzyczas wyjazdów na kadrę na 2-gą półkulę? Niech każdy odpowie sobie sam.
Powiem tylko tyle, że mnie kontuzja Messiego nie dziwi ani trochę.
W każdym razie upomina nas ona o wniosek, że przy intensywności z jaką gra Argentyńczyk, przy całej masie fauli, na jakie narażony jest w trakcie meczu - powinien odpoczywać jeszcze częściej.
Jak wspomniałem, nieobecność najlepszego piłkarza Barçy uwolni z łańcuchów serwilizmu innych. Alexis Sánchez, Fàbregas czy Neymar wyglądają inaczej z Leo na murawie i bez. Przy przykrej okoliczności kontuzji Leo, sztab trenerski i fani otrzymują bezcenną w kontekście wniosków na decydującą fazę sezonu okazję do własnoocznej weryfikacji paru istotnych zjawisk.
Jak gra w bordowo-granatowych barwach Fàbregas, gdy co drugiej piłki nie „musi" oddawać Messiemu. Czy Alexis potrafi być w Barcelonie kimś więcej niż kosztującym krocie giermkiem Argentyńczyka? Czy kupiony za XX milionów euro Ney jest po ledwie 6 tygodniach meczów o stawkę być liderem całej formacji ataku? W jakiej formie jest cierpiący na ich niedobór Cristian Tello?
Mecz z Celtikiem potwierdził obowiązywanie każdej z tych kwestii w praktyce gdy tylko Leo nie ma na murawie. Apetyty na dzisiejszą sobotę - wyostrzone.
Tymczasem zrobił się nam październik. Czas najwyższy na powrót piłkarza, który miał wrócić w połowie września. Los bywa przewrotny. Okazuje się, że Puyol w międzyczasie przestał być zespołowi tak niezbędny jak jeszcze dwa tygodnie temu. Bartra zniszczył system.
Chłopak, który rok temu jesienią praktycznie nie dostawał szans na grę, zagrał wiosną w prawie wszystkich najważniejszych meczach sezonu. Z psychologicznego punktu widzenia, nie jest zaskoczeniem, że natenczas nie podołał. Padaka, którą grał była jednak tak dojmująca, że niewielu culés przed tą kampanią wierzyło, że z Marca będą kiedy' ludzie. A przynajmniej: nie, że rychło.
Pod nieobecność Puyola i przy paralelnym urazie Masche, ostatnie tygodnie okazały się benefisem stopera urodzonego w Sant Jaume. W relatywnie wczesnej fazie rundy jesiennej otrzymał 56 i 90 minut z groźnymi rywalami, którzy mało leżeli Barçy ostatnio (Sociedad, Celtic). Mecz po meczu. Regularność, systematyczność, zaufanie - przyniosły soczyste owoce w postaci: opanowania, pewności, skuteczności. W meczu z Almeríą Bartra był jak bambus. Rósł z minuty na minutę.
Z Ajaksem było jeszcze tak sobie, lecz jakość występu z Celtikiem (trzeci z rzędu, tego ewidentnie brakowało mu na tym etapie rozgrywek rok temu) była dla wszystkich tak oczywista, że drugą najwyższą ocenę w zespole przyjęliście w komentarzach bez cienia zaskoczenia.
Bartra udowadnia, że trenerzy drużyn juniorskich i ten-od-Barçy B chwalili go i wierzyli w jego jakość nie bez powodu. Potrzebował tylko odpowiednich warunków, aby udowodnić swą jakość w pierwszej drużynie. Nie powiodło mu się to przeciwko PSG, Celcie i Bayernowi na wiosnę tego roku, ale taką grą 22-latek okazuje silne pretensje, że to może być jego sezon.
Puyolowi może zostać w takich okolicznościach smutna konstatacja, że to nie jest czas dla starych ludzi. Nie sprowadzono Thiago Silvy ani żadnego innego stopera światowej klasy, ale jeśli Bartra będzie grał tak dalej, może się okazać, że to nie kupiony za grube miliony stoper, a skazywany przed sezonem na pożarcie junior-wychowanek wyśle „Kapitana Katalonię" w podróż, do której temu ostatniemu zdecydowanie nie spieszno. Na piłkarską emeryturę.
Futbol czasem upomina się o długi
Real jednak ugrał punkty z Elche, ale za to stracił je w derbach Madrytu. Wielbmy pana... Diego Costę! I jak tu insynuować, że futbol jest niesprawiedliwy?! No, nie można. A przynajmniej nie tym razem.
Na Bernabéu sędzia nie podarował „Królewskim" karnego z przepastnego sombrero pana Villara i Real meczu wygrać nie zdołał. Ukłony dla zwycięzców. Tym większe, że wynik karykaturalnie oddaje przebieg meczu. Atléti dominowało praktycznie cały mecz. Pokazało grę potwierdzającą aspiracje do czynienia rzeczy wielkich w tym sezonie. Może potwierdzi się moja niedawna teza, że ktoś spoza kliki realnie-barcelońskiej wtargnie po latach na drugi stopień ligowego podium. Triumfem w jaskini Péreza - tym ciekawszym, że bliżej było 0:2 niż 1:1 - gladiatorzy Simeone wyrazili głośne i bezczelne pretensje, aby na koniec tego sezonu zamienić się z Realem miejscami w porównaniu do poprzedniej kampanii.
Nowy wymiar Supercopy
Skuteczność gry Atléti i rezultat derbów na Bernabéu dodał też rykoszetem wartości do zdobycia przez Barçę Superpucharu i choć trochę poprawił moją kulejącą ostatnio wiarę w najbliższe osiągnięcia „Dumy Katalonii". Real w takiej dyspozycji nie jest konkurentem do Ligi, co na nowo otwiera temat szans FCB w Lidze Mistrzów...
Odchodząc od wizji - póki co - bez większego pokrycia, muszę tu dodać coś jeszcze. Choć świetnie zdaję sobie sprawę z jakości Atlético i cenię ją wysoko, to mimo wszystko inaczej smakuje zdobycie Superpucharu kosztem Atléti-trzeciejsiłysezonu 2012/2013, niźli: Atléti-pogromcyRealunaBernabéu, rozsiadłym jak panicz na pozycji wicelidera z kompletem punktów. Nieprawdaż? :)
Kolosy Europy i choroba filipińska
Wężykiem w sezon wszedł nie tylko Real. Jak masowo dotknięci niesławną przypadłością z odległych Filipin, chwieją się praktycznie wszyscy europejscy mocarze.
Bayern Guardioli bardziej niż Bayern Heynckessa przypomina na razie ciężarówkę z węglem. Opornie rusza spod świateł. Prawdziwą przyjemność sprawia zaś oglądanie BVB. Błyskawicznie pozbierali się po kompletnie niepomyślnym meczu z Napoli, rozbili Marsylię 3:0 i w lidze strzelają też na zawołanie. To inteligentnie wzmocniona ekipa trenera Kloppa wygląda dziś silniej w kontekście mistrzostwa Niemiec, a Moyes z Fergie'em obserwując poczynania Mkhitarjana widzą, że jednak byli na rynku latem dostępni ofensywni pomocnicy.
Rzeczonego MU w pierwszej dziesiątce Premiership nie uświadczysz. City z bezpośredniością środkowego palucha pokazało im, jak żyć jak grać... by parę dni później pogubić punkty z Aston Villą. Całe City. Zaskakująco wiele problemów u progu nowego sezonu ma też londyńska Chelsea. José Mourinho zamiast wyjaśniać swoje decyzje (de Bruyne, dziwaczne rotowanie Matą, irracjonalne pozbycie się Lukaku itp.) znowu walczy z kim popadnie. „Wyjątkowy" zdecydowanie
Warto też sprawdzać, co słychać z ekipie niedoszłego stopera Barçy, Marquinhosa. Ibra przestał gadać, zaczął grać (rychło w czas, nie ma to jak ocknąć się w II miesiącu sezonu), a rywalizacja petrodolarów z oligorublami zaczyna pasjonować nawet tych, co Ligue 1 oglądali ostatnio gdy Marsylia wygrywała Ligę Mistrzów. Co do Marquinhosa - co tu gadać, chłopak gra jak marzenie, broni, główkuje, zdobywa gole. Tylko koszulka nie ta, co trzeba.
Przebieg końcówki meczu Milanu z Ajaksem każe pogratulować naśladowcy wybitnych wzorców. News miesiąca o Serie A jest jednak inny. Plany kupna Interu mają ponoć Malezyjczycy czy inni Lankijczycy. I niech to wystarczy za cały komentarz do obecnego stanu włoskiej ligi.
Cytaty tygodnia:
„Stracił chyba kontrolę nad swoim umysłem Inigo Martínez."
Piotr Laboga o nieuznanym golu zdobytym „ręką Boga" przez reprezentanta Hiszpanii; transmisja meczu Real Sociedad San Sebastián-Málaga CF.
Trener urodzony w 1970 roku, a więc 35-letni.
Leszek Orłowski, Almería-FC Barcelona. Czyli kiedy to „ósemka" w notatkach zamienia się w zero...
Dobre zagranie Soldado, ale raz na 20 minut to każdy by tu miał dobre zagranie.
Andrzej Twarowski w meczu Tottenham-Chelsea FC.
Juan Mata to jest człowiek, który zawsze gdzieś tam ma w spodenkach ukrytą tę czarodziejską różdżkę i kiedy tylko chce - wyjmuje ją i wszystko odmienia.
Andrzej Twarowski w meczu Tottenham-Chelsea FC
Poleć artykuł
Komentarze (19)