Wygramy trzema, czy czterema?

hanc

10 grudnia 2008, 11:36

58 komentarzy
"Timeo Danaos et dona ferentes" ("Lękam się Greków, nawet gdy przynoszą dary"), miał wedle mitu rzec wróżbita Laokoon, przeczuwając że oblegających Troję Achajów nie należy lekceważyć nawet wówczas, gdy sprawiają wrażenie pokonanych i deklarują swoją kapitulację. Efekty braku ostrożności Trojan są doskonale wszystkim znane, więc przytaczanie ich byłoby jedynie stratą czasu. Za ciekawsze natomiast uważam przywołanie tej sytuacji jako przestrogi w kontekście wydarzeń z tego (a także poprzedniego) sezonu, które doprowadziły nas do sobotnich Wielkich Derbów Europy, oraz czynników wpływających na takie, a nie inne ich postrzeganie. Naprzeciw siebie staną bowiem dwa wielkie zespoły, w największym w piłce klubowej klasyku. W tym spotkaniu nie ma, nie było i oby nigdy do tego nie doszło, układu sił, gdzie chłopcy do bicia stają twarzą w twarz z regularną armią. Trzynasty grudnia będzie kolejnym dniem, gdzie naprzeciwko siebie stanie dwóch napakowanych olbrzymów, a jeżeli ktokolwiek pisze o tym meczu inaczej, musi być kłamcą, albo głupcem. I oby nasi piłkarze nie wpadli w sidła zastawione celowo, lub nie, przez prasę i pewnych ludzi, o których potem.

Dlatego też warto zastanowić się, czy Real naprawdę jest obecnie taki słaby? Daleki jestem od takiego stwierdzenia. Ostatnio jego forma nie zachwycała, w efekcie czego przegrywał, ale owych porażek 'Blancos' nie ponosili tylko i wyłącznie z przeciwnikami. Gubienie przez nich punktów jest raczej skutkiem ulegania własnym słabościom. A walka rozgrywająca się na płaszczyźnie Real - Real, trzeba sobie szczerze powiedzieć, jest niezwykle wyrównana. Przypominać to może piłkę, która toczy się po obręczy kosza, żeby ostatecznie do niego nie wpaść. Brakuje małego impulsu do przełamania się, psychicznego uszczypnięcia. Ile warty będzie Real, gdy ktoś wbije mu o jedną szpilkę za dużo, nikogo nie trzeba przekonywać. Widzieliśmy to na początku sezonu, kiedy pewnej swego Valencii zaczął znikać grunt spod nóg, w momencie, gdy grający w dziewięciu zespół z Madrytu konsekwentnie karcił ich za boiskową butę. To nie był przypadek, ani wyjątek. W ostatniej ligowej kolejce, rozegranej na Santiago Bernabéu, schodzącym w przerwie do szatni graczom Sevilli wyraźnie się nie spieszyło, żeby posłuchać tego, co trener ma im do powiedzenia. Oni już wiedzieli: "mamy ich w garści, rozegrajmy szybko drugą połowę i wracajmy do siebie". Mocno się zdziwili, kiedy to, z pozoru ospali, zniechęceni i rozbici madrytczycy zdołali doprowadzić do remisu i nawet grając bez jednego piłkarza kontrolowali sytuację.

Była to kolejna eksplozja pobudzonego i kipiącego ze złości madryckiego byka. I gdyby fortuna bardziej mu sprzyjała, to wobec miażdżącej przewagi pod względem liczby bramkowych szans, gracze z Andaluzji nie wspominaliby meczu na Bernabéu tak miło. A i nie bez podstaw jest stwierdzenie, że sędzia wypaczył wynik spotkania. Oczywiście należy oddać Sevilli, że grała mądrze i piekielnie skutecznie, ale w niedzielę ważniejszy był jednak wynik innego pojedynku - niewidocznego zmagania na płaszczyźnie mentalnej Realu z Realem. Najwyraźniej mając na względzie fakt, że w następnej rundzie przyjdzie Królewskim mierzyć się z Barceloną, postanowili nie rzucać do walki wszystkich swoich sił i atutów. Konkluzja jest więc prosta: "Blancos" są dużo groźniejsi, niż by to wynikało ze statystyk punktowych i wystarczy lekko pogłaskać ich pod włos, żeby pokazali swoje prawdziwe - mordercze oblicze. A dochodzących zewsząd impulsów jest aż nadto, żeby zmotywować się i zdenerwować na znienawidzoną Katalonię. Więc jeśli ktoś uważa, że Real ostatnio się skurczył, to niech lepiej ma świadomość, że ta drużyna jest żmiją, która zwija się tylko po to, żeby zaraz rzucić się do ataku.

Mimo iż pisząc o przeciwniku nie sposób jest nie okazać uznania i pokory wobec jego wielkości, jest pewien czynnik, który napawa mnie szczególnym obrzydzeniem. A mianowicie są to próby zdeprecjonowania klasy spotkania. I nie mówię tylko o anonimowych madridistas, ale także, na szczęście już byłym, trenerze Królewskich - Berndzie Schusterze. W wywiadzie udzielonym tuż po spotkaniu z Sevillą, Niemiec stracił w moich oczach niemal cały szacunek, jakim darzyłem go przez wzgląd na wspaniałą piłkarską karierę, oraz charakter. Głosząc bowiem, że z Barceloną nie ma możliwości wygrać, umniejsza tym samym splendoru związanego z ewentualną wygraną Dumy Katalonii. A to jest niedopuszczalne. I przyznam szczerze, że w życiu nie spodziewałbym się usłyszeć takich słów z ust osoby, która brała udział w niejednych Derbach, i to jeszcze po obu stronach. Takie słowa mogliby wypowiadać na lewo i prawo różni obrzydliwi cynicy i ignoranci, ale nie Schuster. Oczywiście domyślam się, że wobec takiej, a nie innej sytuacji i atmosfery wokół trenera Realu, stwierdzenie o pewnej wygranej zostałoby potraktowane jeszcze gorzej, ale nie godzi się wobec takiego piłkarskiego święta, przekraczać pewnych granic.

Był to zapewne element wojny psychologicznej; rozbicie jedności Barcelony nie jest raczej możliwe, więc trzeba wykorzystać to, czym zespół pokonał się sam dwa lata temu - przeświadczenie o tym, że jest się doskonałym i wszystko będzie przychodzić łatwo. Na pierwszej Konwencji Genewskiej ustalano, że nawet podczas wojny obowiązują pewne zasady. Najwyraźniej Schuster o tym zapomniał. Niestety reakcja wielu sympatyków Królewskich jest podobna; na wszelki wypadek chcą się uchronić przed ewentualnym twardym lądowaniem poprzez bagatelizowanie rangi meczu ze względu na różne zmienne. Polski kodeks honorowy mówi, że za obrazę należy się zadośćuczynienie. Gardzę ludźmi, którzy obrażają nas i plują w naszą stronę przez okrągły rok. A jeszcze bardziej, gdy w kluczowym momencie ci sami kapitulują już przed meczem. Natomiast osoby, w których nie zostało ani krzty wiary w sukces swojego zespołu są zwykłymi tchórzami, niegodnymi, żeby tytułować ich "kibicami" i nie należy podawać takowym ręki. Możliwe, że posługując się terminem zadośćuczynienia nie oddam dobrze pełnego obrazu zjawiska. Użyjmy zatem w tym kontekście typowo sportowego określenia - rewanż. Nie muszę rozwijać myśli, że w Gran Derbi nigdy nie chodziło o trzy punkty, bo traktuję to jako aksjomat i do tego się odwołuję i nie staram udowodnić, ale warto powiedzieć kilka słów odnośnie najbliższych Wielkich Derbów, ze względu na pewne aspekty, które dotąd nie występowały.

Najważniejszym chyba czynnikiem wpływającym na odbiór tego piłkarskiego święta, jaki wzbudza we mnie złość wobec próby deprecjonowania znaczenia najbliższego El Clásico, poza oczywiście samym faktem, że to kolejny rozdział w naszej klubowej historii, jest poprzedni pojedynek. Jak mocno spotkanie rozegrane 8 maja utkwiło w głowach naszych piłkarzy, nie trzeba mówić, gdyż na każdym kroku podkreślają, że to właśnie o zamazanie tamtej plamy będą teraz walczyć. To nie Realiści głośno krzyczą o konieczności wygrania ze względu na układ tabeli, ale właśnie Katalończycy, którzy przecież mogliby podejść do meczu bez zbytnich przechwałek i medialnych zaczepek. 6 punktów przewagi nad drugim Villarrealem sprawia, że w Nowy Rok wejdziemy raczej jako lider ligi hiszpańskiej, a 9 nad Realem, na tym etapie rozgrywek to aż nadto, żeby niewybrednie zaszydzić z nich od czasu do czasu. A jednak wytykanie palcem to za mało i wszyscy głośno mówią o tym, że nie tyle po raz kolejny piłkarze zmierzą się ze swoimi odwieczni rywalami, ale mają za zadanie odzyskać twarz i zadośćuczynić kibicom, którzy przez pół roku chodzili zbici, skrzywdzeni i upodleni. Teraz z perspektywy czasu, wobec ogromu tragedii, jakiego wówczas byliśmy świadkami, porównując poprzednie Derby z nadchodzącymi, możemy przynajmniej być dumni z jednego powodu. Nawet gdy oklaskiwaliśmy mistrza i przegraliśmy z kretesem, poza natłokiem negatywnych uczuć, pozostał nam honor. Widząc wręczenie pucharu Królewskim piłkarze wiedzieli, że to już koniec. Mieli świadomość tego nawet już kilka dni wcześniej. A mimo to, pojechali na Estadio Santiago Bernabéu nie myśląc o remisie i tym, że liga naprawdę się skończyła. Kibice zostali przy nadziei na wygraną, owszem zgodzę się, może zbyt naiwnie w to wierząc, ale mówili głośno, że po to właśnie dostajemy w skórę od losu (nieszczęsny szpaler w Madrycie), żeby móc się odgryźć i zawstydzić świeżo upieczonych władców Hiszpanii. Żeby piłkarze czuli wsparcie i na tym wsparciu mogli oprzeć swoją złość. Żeby wyrzucili z siebie frustrację i w przypadku ogrania Realu, mogli schodząc z boiska splunąć w stronę pucharu i dumnie udać się do szatni z uśmiechem na ustach, który wyraża ironiczne: "i to ma być mistrz?!" Niestety, mimo podjętych wysiłków, efekt okazał się mizerny. Przegraliśmy, ale ani przed ani po nie szukaliśmy wymówek, a co najwyżej patrzyliśmy na nas samych, po to by tutaj i nigdzie indziej znaleźć przyczyny porażki. W efekcie stanowisko stracił Rijkaard, a kilka gwiazd pożegnało się z klubem. Przegraliśmy, bez żadnego "ale". Kropka.

Liczę po cichu, że wobec euforii, jaka zapanowała po wspaniałym początku sezonu, Guardiola odnajdzie spokój i skarci co poniektórych. Moją propozycją byłoby odbycie w piątek wieczorem seansu z piłkarzami, na którym trener wyświetliłby właśnie te, niechlubne dla nas Derby. Żeby zawodnicy przypomnieli sobie o swoich słabościach i jeśli trochę odlecieli w samozachwycie, wrócili w te pędy na ziemię. Ale przede wszystkim, żeby przypomnieli sobie smak tamtej porażki i jak ognia bali się w trakcie sobotniego meczu zatrzymać, właśnie ze strachu przed tym, że nawet chwila na zwolnionych obrotach może skończyć się klęską. Widząc swoje twarze, na których wymalowana była bezsilność, ma wezbrać w nich sportowa złość. Wreszcie, muszą sobie przypomnieć po co walczą i że nawet jeśli przeciwnik jest ranny, to nie można go oszczędzać, ale wręcz dobić. Bo rywal się nie zawaha... A nawet więcej: bo poprzednio rywal się nie zawahał!

Wracając jeszcze do poprzedniego wątku, muszę po raz kolejny wyrazić swoje oburzenie wobec postawy byłego już trenera Realu. Gdy słyszałem w niedzielę Schustera, mając w pamięci człowieka w maju tak dumnego, a teraz starającego się przed spotkaniem kłaść sobie pod siedzenie poduszki, czułem duże obrzydzenie do jego osoby. I nawet doskonale zdając sobie sprawę z tego, że to element psychologicznej potyczki, w myślach zamiast zrozumienia i uznania dla takiej strategii, dominującym uczuciem była pogarda dla jego osoby. Widzę, że prezes Królewskich - Ramón Calderón stwierdził podobnie (w końcu piłkarze Realu powiedzieli wprost, że ta deklaracja ich podłamała) i te słowa przelały szalę goryczy, przez co Niemiec odszedł w atmosferze hańby. Na szczęście ani on, ani nikt inny nie jest w stanie zakrzyczeć, zagłuszyć, ani ująć rangi Wielkim Derbom Europy, a wypowiedzi piłkarzy, trenerów, działaczy, czy też zwykłych kibiców da się podzielić na dwie kategorie: tych, które są wielkie, bo pomagają współtworzyć wspaniały spektakl i te drugie, małe, cyniczne, tchórzliwe i odrzucające. I właśnie teraz możemy odróżnić ludzi wielkich, od małych. Ci pierwsi będą naszymi Przeciwnikami - wspaniałymi osobistościami uświetniającymi wielkie wydarzenie, a na resztę spuśćmy zasłonę milczenia. Dlatego też już teraz chciałbym wyrazić swoje uznanie dla ludzi takich jak Raúl i Salgado, którym wpajane od wielu lat zasady na dobre weszły do krwiobiegu. O szacunku mogą zapomnieć natomiast pożałowania godne typki, które wywieszają białe flagi, lecz nie na znak solidarności z piłkarzami madryckiego klubu, ale kapitulacji, oraz ci, po drugiej strony barykady, którzy domagają się pogromu "miernego Realu".

Szukając impulsu, który może natchnąć do nadzwyczajnej mobilizacji madrytczyków, okazało się, że chyba znaleźliśmy go we wtorek. Gdy w środku rozgrywek przychodzi nowy trener, każdy piłkarz przeczuwając swoją szansę, chce się pokazać z jak najlepszej strony, co stanowi dodatkową motywację. To właśnie zobaczył opuszczający Londyn Juande Ramos, gdy patrząc za plecy na dopiero co osierocony Tottenham, ujrzał zespół, w który wstąpiły nowe siły. Ospali od początku rozgrywek zawodnicy Kogutów, po zmianie trenera zanotowali eksplozję formy, przez co pojawiły się głosy, że nie wykorzystywali w pełni drzemiącego w nich potencjału, gdyż grali, choć może niektórym wydawać się to kontrowersyjne, przeciwko trenerowi. A zatem wyciągnijmy z tego naukę i uświadommy sobie, że Real Madryt, który przed sobotą był wielką niewiadomą, teraz stał się jeszcze bardziej nieprzewidywalny. Dlatego też, jeszcze bardziej trzeba się mieć na baczności, gdyż to, co wydaje się nam niewypałem, zostało właśnie mocno ruszone i o ile się nie rozpadnie, nadal będzie stanowić śmiertelne niebezpieczeństwo.

[źródło: Własne]
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (58)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze
« Powrót do wszystkich komentarzy