Wczorajszy hat-trick Roberta Lewandowskiego oznacza włączenie się przez niego do walki o tytuł pichichi LaLigi. To zaś najpewniej spowoduje, że nawet jeżeli drużynie uda się zapewnić wicemistrzostwo Hiszpanii, to aż do końca sezonu na boisku będziemy oglądać właśnie doświadczonego Polaka, a nie sprowadzonego w zimę Vitora Roque. Dodając do tego fakt pozostania Xaviego na ławce trenerskiej, trudno nie odnieść wrażenia, że najbliższa przyszłość Brazylijczyka jest niepewna, czego dowodzą pojawiające się informacje o możliwym wypożyczeniu.
Na wstępie chciałbym podkreślić jedną rzecz – ten artykuł nie jest krytyką Vitora Roque. Uważam, że 310 minut, podczas których zobaczyliśmy Tigrinho na boisku to zdecydowanie zbyt mała próba, żeby ocenić jego rzeczywisty potencjał i przydatność dla drużyny, zwłaszcza, że w sporej mierze nie grał on jako środkowy napastnik.
Tym niemniej, w zarządzaniu jego transferem, a później podejściem do jego pierwszych miesięcy w klubie, ogniskują się niemal wszystkie problemy trapiące obecnie FC Barcelonę. Rozbierzmy zatem tę operację na czynniki pierwsze.
Grzech pierwszy - działanie pod wpływem impulsu
Warto przypomnieć, że świeżo upieczony dyrektor sportowy Barcelony, Deco, zeszłego lata pilotował dwa transfery wonderkidów – właśnie Roque oraz Ardy Gülera. Ostatecznie Brazylijczyk trafił do Barçy, gdy tylko okazało się, że Turek po emocjonującej sadze wylądował w Madrycie. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że operacja sprowadzenia Roque została przyspieszona, by „wyjść z twarzą” i pokazać skuteczność na rynku transferowym. Swoją rolę odegrała pewnie także chęć próby otwarcia kolejnego frontu medialnej walki barcelońsko-madryckiej i zapewnienie przeciwwagi dla sprowadzonego przez Real Endricka.
Rzecz jasna, to tylko domysły, ale trudno mi inaczej wytłumaczyć transfer Roque właśnie w tym momencie. Wbrew bowiem temu, co mogliśmy zaobserwować podczas jego nielicznych występów w barwach Blaugrany, Brazylijczyk posiada jedną naturalną pozycję na boisku – to typowa dziewiątka. Powstaje zatem pytanie, czy wzmocnienie właśnie tej pozycji było kluczowe w aktualnej sytuacji finansowej FC Barcelony, która podczas zeszłego okienka transferowego wydała zaledwie 3.4 mln euro? Warto pamiętać, że Brazylijczyk został kupiony, gdy Robert Lewandowski dopiero co zdobywał tytuł króla strzelców LaLigi i miał jeszcze dwa lata kontraktu z klubem (z opcją przedłużenia na kolejny rok), a do roli jego zmiennika był już szykowany Ferran Torres. Ba, nim jeszcze Roque postawił stopę w Europie, okazało się, że Barça dysponuje również młodą dziewiątką made in La Masia w osobie Marca Guiu.
Sami sobie zresztą szczerze odpowiedzcie na pytanie: czy rok temu uważaliście, że najbardziej palącą potrzebą FC Barcelony jest sprowadzenie rezerwowej 9-tki?
Grzech drugi - niejasne motywacje
Powyższe bezpośrednio łączy się z kolejnym wątkiem: nikt nie wie, ile tak naprawdę będzie kosztował FC Barcelonę Vitor Roque. Wiemy jedynie tyle, że znaczna część kwoty transferowej ma trafić do Athletico Paranaense dopiero wskutek zaistnienia określonych wydarzeń, które aktywują kolejne zmienne. Nie mamy jednak pojęcia, jakie to wydarzenia, a w związku z tym, nie możemy ocenić, na ile są one prawdopodobne. Do tego należy dopisać klasyczne dla transferów z Brazylii kwestie poboczne, takie jak podatki czy wynagrodzenie agentów.
No właśnie, agenci. Nie ulega wątpliwości, że nawet stała kwota odstępnego za transfer Roque (30 milionów euro) jest obecnie bardzo znacząca dla oglądającej każdy grosz FC Barcelony. Wybaczcie podejrzliwość, ale nie sposób nie odnieść wrażenia, że spore znaczenie w tej operacji odegrał jego reprezentant. Andre Cury, bo to on pełni funkcję agenta Roque, jest w biurach Barcelony doskonale znany – i owszem, może kojarzyć się z dwoma geniuszami, ale jego przeważająca działalność na przestrzeni lat to sprowadzanie do stolicy Katalonii tabunów przeciętniaków, którzy trafiali do Barcelony najpewniej z powodów innych niż sportowe.
Cury w pewnym momencie był nawet etatowym pracownikiem klubu, pełniącym rolę skauta na rynek brazylijski. Ostatecznie wyleciał z posady z hukiem, by jednak zeszłego roku triumfalnie powrócić frontowymi drzwiami wraz ze swoim najnowszym klientem. Czy aby na pewno to właśnie z nim klub powinien robić najbardziej intrantne interesy?
Grzech trzeci - improwizacja
Tak czy owak – stało się. Vitor Roque został piłkarzem FC Barcelony. Z telenoweli transferowej płynnie przeszliśmy do serialu dotyczącego terminu jego przejścia do klubu. W oficjalnym komunikacie Barça poinformowała, że Brazylijczyk dołączy do zespołu latem 2024 roku. Nie brakowało jednak informacji, że jego przenosiny do Europy nastąpią szybciej, czyli już podczas zimowego okienka transferowego... a jego agent dawał wręcz do zrozumienia, że Blaugrana może wzmocnić swój skład jeszcze w lecie 2023 roku.
Ostatecznie Roque zeszłą jesień spędził w Brazylii, a jego rozwój został zahamowany przez uraz. Ktoś powie – „nie można było tego przewidzieć”. Jasne, młody napastnik kontuzji mógł doznać wszędzie, choć przecież powszechnie wiadomo, że poziom boiskowej brutalności w Kraju Kawy wykracza ponad ten w Europie.
Zostawmy jednak ten poboczny wątek. Jak wiemy, ostatecznie Brazylijczyk zameldował się w Barcelonie w zimowym okienku transferowym, jednak zrobił to wyłącznie … przez uraz. Tym razem nie swój, a przyszłego kolegi z drużyny, Gaviego. Należy bowiem pamiętać, że Roque póki co został w LaLidze zarejestrowany wyłącznie tymczasowo, wskutek długotrwałej kontuzji młodego Hiszpana. Trudno zaś przecież zakładać, że taki był od początku plan klubu, prawda? Jaka była więc alternatywna koncepcja zarejestrowania Brazylijczyka do rozgrywek podczas zimowego okienka transferowego?
Grzech czwarty - pompowanie oczekiwań
Mało wyświechtanych zwrotów drażni mnie tak jak „pompowanie balonika”. Często zdarza się bowiem, że używający tego argumentu mają specyficzne wyobrażenie, że gdy jakiś kibic na La Rambli pochwali zawodnika FC Barcelony, to ten tak obrośnie w piórka, że przestanie się koncentrować na grze w piłkę.
Co innego jednak, gdy oczekiwania w stosunku do zawodnika buduje sam klub. Sprowadzenie Vitora Roque w zimę niewątpliwie nastąpiło z pompą: wirtualny tygrys ryczał na murawie Stadionu Olimpijskiego, prawdziwy Tigrinho zaliczał objazdówkę po Barcelonie w towarzystwie kamer, a kibice dostali kod zniżkowy na bilety, żeby oglądać jego pierwsze występy. Ba, Brazylijczyk dorobił się swojej przyśpiewki nim jeszcze po raz pierwszy wyszedł na murawę.
Czy aby tego naprawdę potrzebował wyraźnie nieśmiały nastolatek, świeżo po gigantycznych zmianach życiowych (przeprowadzka na inny kontynent wraz z nowo poślubioną małżonką i w oczekiwaniu na potomka)?
Grzech piąty - brak stworzenia warunków do rozwoju
Co ciekawe, w Barcelonie często zdarza się, że im wyższe w stosunku do piłkarza oczekiwania, tym krótszy dostaje on czas na ich spełnienie. Roque na chwilę obecną zagrał w Barcelonie nieco ponad 300 minut, z czego sporą część poza swoją nominalną pozycją. Już teraz jednak pojawiają się informacje o jego możliwym wypożyczeniu, w związku z tym, że nie liczy na niego trener. Xavi Hernández dość wyraźnie dał do zrozumienia, że przynajmniej na obecnym etapie doskonale może obejść się bez Brazylijczyka… a przecież przyspieszenie jego sprowadzenia zablokowało inne planowane ruchy, jak choćby wzmocnienie linii pomocy, która w najważniejszym momencie sezonu okazała się dziurawa.
Oczywiście, za informacjami o możliwym wypożyczeniu Roque kryje się drugie dno – klubu może po prostu nie być stać na jego zarejestrowanie na kolejny sezon. Przyjmując za podstawę nawet tylko kwotę stałą transferu i dodając do tego skromną pensję, „zajmuje on” w FFP co najmniej 12 milionów euro na sezon. Aby taką kwotę zwolnić, Barça musiałaby – w uproszczeniu – dokonać oszczędności na poziomie 30 milionów euro.
Ale przecież zarząd Blaugrany z pewnością się na tę sytuację przygotował, specjalnie planując przyjście Roque z rocznym wyprzedzeniem, prawda? Prawda...?
Czy z Tygryska będzie tygrys?
Kupić wonderkida za znaczną sumę jest łatwo (o ile, oczywiście, masz pieniądze). Fani będą podekscytowani, a ty pokażesz, jaki skuteczny jesteś na rynku transferowym. O wiele trudniej jednak przeprowadzić właściwie cały proces: począwszy od identyfikacji realnych potrzeb drużyny, przez właściwy skauting, aż po konkretny plan wdrożenia młodego zawodnika do zespołu. Bez tego piłkarz najpewniej przepadnie, a winny temu w powszechnej świadomości będzie on sam lub, co najwyżej, niedający mu minut trener.
Wracamy zatem do punktu wyjścia – ten artykuł nie jest oceną potencjału sportowego Vitora Roque. Mam nadzieję, że z naszego Tygryska wyrośnie jeszcze okazały tygrys, postrach hiszpańskich i europejskich boisk. Na razie jednak, operacja jego sprowadzenia przypomina wybranie się na polowanie z zacinającym się karabinem i bez rozeznania terenu – może jakoś to będzie… a może skończymy w jego szponach.
Komentarze (59)