La Rambla

Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.

La Rambla

Online: 1382 Culés

1

"Tęsknią za nim rodacy żywiołowo dopingujący Canarinhos, raper Quebonafide, który uwielbiał nim grać w szóstej odsłonie Pro Evo Soccer i kibice Interu, o czym świadczy przyjęcie jakie zgotowali mu przedwczoraj na Stadio Giuseppe Meazzy przed rewanżowym półfinałem Pucharu Włoch z Milanem. Adriano Leite Ribeiro, bo o nim mowa, mógł być "Imperatorem" dwóch kontynentów, Ameryki Południowej i Europy przez długie lata, ale nie pozwoliła mu na to tragedia rodzinna. Jego panowanie było krótkie, choć efektowne. Brazylijczyk skradł serca milionom ludzi, lecz później nie był w stanie utrzymać tej nieoczekiwanej chwały, co tylko pokazuje jak brutalna jest egzystencja człowieka na tej planecie.

Syn Rosildy i Almira Leite Ribeiro urodził się 17 stycznia 1982 roku w Rio de Janeiro. Wychowywał się w Vila Cruzeiro, faweli należącej do Complexo do Alemão na północy miasta Boga. Mały Adriano dorastał w miejscu, w którym przemoc, handel narkotykami i alkoholizm były nieodłącznymi elementami krajobrazu życia społecznego. Dzieci i młodzież były narażone na zjawiska patologiczne. Jego rówieśnicy już w wieku 10-11 lat trzymali broń w rękach i często nie dożywali pełnoletności. Jednak młody carioca był inny. Interesowała go tylko piłka nożna, której poświęcał niemal każdą wolną chwilę. Dochodziło nawet do tego, że młokos wolał zostawać na odrapanym podwórku i kopać biały, okrągły przedmiot zamiast jeść prażoną kukurydzę przygotowaną przez matkę, dlatego też otrzymał pseudonim "Pipoca". Futbol odciągnął go od strzelanin gangów i innych problemów, podobnie jak koszykówka DeMara DeRozana w Compton.

Dzięki posiadanemu talentowi dostał się do akademii piłkarskiej Flamengo. Po dwóch latach był już częścią pierwszej drużyny "Mengão", a na początku lutego 2000 roku zadebiutował w pierwszej jedenastce Flamengo w meczu przeciwko Botafogo, w turnieju Rio-São Paulo. W ciągu zaledwie kilkunastu miesięcy zdolny napastnik zrobił niebywały postęp, ale swój niszczycielski potencjał ujawnił dopiero sierpniu 2001 roku, w koszulce Interu w trakcie meczu o trofeum im. Santiago Bernabéu, kiedy popisał się potężnym strzałem z rzutu wolnego na oczach zawodników Los Blancos. Brazylijczyk posłał wtedy pocisk z prędkością ok. 140 km/h (według niektórych źródeł futbolówka leciała ponad 170 km/h). Iker Casillas był bezradny, a Fernando Hierro, Roberto Carlos, Luís Figo i Raúl w szoku. Smukły zawodnik z numerem "14" na plecach skradł im show, rozpoczynając przygodę z futbolem na Starym Kontynencie.

Brazylijski gigant w butach z kolcami miał wielkie umiejętności, ale wówczas Inter był naszpikowany gwiazdami. W składzie "Nerazzurrich" byli m.in. Ronaldo Luís Nazário de Lima, Christian Vieri, Álvaro Recoba i Nicola Ventola. W styczniu 2002 roku Adriano został wypożyczony do Fiorentiny, w której zdobył bezcenne dla snajpera doświadczenie, ale nie był w stanie zapewnić "Violi" utrzymania w Serie A. To była już Fiorentina bez Gabriela Batistuty i Manuela Rui Costy. Potem przez dwa lata występował w Parmie, w której w sezonie 2002-2003 stworzył zabójczy duet napastników z Rumunem Adrianem Mutu. Pod okiem trenera Cesare Prandellego stał się lepszym napastnikiem. Poprawił przede wszystkim skuteczność. Nabrał też masy mięśniowej, a jego brzuch przypominał niezniszczalną zbroję, która chroniła go w starciach z takimi obrońcami, jak m.in. Jaap Stam, Fernando Couto czy Paolo Montero. Nowa wersja Adriano spodobała się włodarzom Interu, którzy ściągnęli go ponownie do mediolańskiego giganta pod koniec stycznia 2004 roku.

Słynący z atomowego strzału Adriano otrzymał od Interu drugą szansę. Piłkarz o przydomku "Dinamite" zaczął strzelać gole jak na zawołanie. Do końca kampanii 2003-2004 zdobył dla Interu 12 bramek. Po zakończonym sezonie we Włoszech udał się do Peru, gdzie został królem strzelców Copa América z 7 trafieniami i bohaterem, który uratował Brazylię w meczu finałowym z Argentyną strzelając gola na 2:2 w doliczonym czasie gry. Ostatecznie Canarinhos pokonali Albicelestes na Estadio Nacional w Limie po serii jedenastek 4-2. Siódmy tytuł mistrzowski Brazylii stał się faktem, a pseudonim Adriano przemianowano z "Dinamite" na "L'Imperatore".

Od biednego dzieciaka z Rio do statusu "Imperatora" w świecie futbolu. Adriano stał się piłkarzem światowego formatu, który w latach 2004-2005 strzelił 42 gole we wszystkich rozgrywkach. Warto też podkreślić, że zajął 6. miejsce zarówno w plebiscycie "Złotej Piłki", jak i głosowaniu na Najlepszego Piłkarza Świata FIFA w 2004 roku. Był na dobrej drodze na piłkarski Olimp, lecz los napisał mu inny scenariusz. W sierpniu 2004 roku podczas turnieju Birra Moretti w Bari otrzymał telefon z Brazylii o śmierci ojca Almira. Ówczesny kapitan Interu, Javier Zanetti opisał tamtą chwilę następującymi słowami: "Kiedy odebrał telefon byliśmy z nim wtedy w szatni. Rzucił telefonem z całej siły i zaczął przeraźliwie krzyczeć. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Nadal przechodzą mi ciarki po plecach kiedy pomyślę o tamtej chwili”.

Pochodzący z Kraju Kawy piłkarz nie potrafił się pozbierać po śmierci ojca. To był początek końca, choć bramkostrzelny napastnik Interu w sezonie 2004-2005 miewał jeszcze przebłyski geniuszu np. w eliminacjach do Ligi Mistrzów z FC Basel czy domowym meczu "Nerazzurrich" z Udinese, w którym popisał się kapitalną indywidualną akcją zakończoną golem i owacjami od tifosich. Później jego kariera posypała się jak domek z kart. Adriano uciekł w alkohol i dzikie, nocne życie. Improwizowane szczęście w trakcie głębokiej depresji. Zdruzgotana dusza uwięziona w ciele człowieka. Na jego autodestrukcyjne zachowanie nie mieli wpływu agent Gilmar Rinaldi i wspomniany Javier Zanetti. Nie potrafili mu pomóc ani Massimo Moratti, ani José Mourinho. Adriano roztrwonił miliony i w wieku 34 lat przedwcześnie zakończył karierę. Jego przykład dobitnie pokazuje, że między euforią a smutkiem jest bardzo cienka granica.

Zlatan Ibrahimović w książce pt. "Ja, Ibra. Moja historia" napisał, że: "Możesz wyciągnąć człowieka z getta, ale nigdy getto z człowieka". Podobnie można napisać o Adriano, który wydostał się z faweli Vila Cruzeiro, ale mentalnie został w Complexo do Alemão, chociaż do opowieści o nim bardziej pasują słowa napisane przez szkocką mistyczkę i pisarkę Eileen Caddy, a mianowicie: "Gdy zamykają się jedne drzwi, otwierają się inne. Za tymi drugimi znajdują się jeszcze większe cuda, wspaniałości i niespodzianki. Poczuj, jak wzrastasz z każdym nowym odkryciem".

Czasy świetności piłkarskiego "Imperatora" już dawno minęły. Zakończyła się też jego tułaczka między Włochami a Brazylią i pogoń za mamoną. Olbrzym z magicznymi stopami został pokonany przez własne demony i traumatyczne doświadczenie związane ze śmiercią ojca. Adriano nie miał siły wewnętrznej, żeby się po niej podnieść. Status gwiazdy światowego futbolu i pieniądze mu nie pomogły. Szczęście odnalazł dopiero kilka lat temu w swojej ojczyźnie, a dziś wierzy, że schowane do szuflady marzenie w końcu się spełni. To nie utopia, tylko realny scenariusz, ponieważ jego syn Adriano Carvalho Ribeiro zapowiada się na niezłego piłkarza. Być może w przyszłości Adriano junior także zdejmie pajęczynę z okienka bramki na Estadio Santiago Bernabéu. Jako kibic nie mam nic przeciwko temu, żeby się tak stało, bowiem świat futbolu potrzebuje nowego "Imperatora" zamiast gorzkiej melancholii w kontekście mitu o Adriano Leite Ribeiro."

[Usiądź, opowiem ci o piłce, Fanpage]

« Powrót do wszystkich komentarzy

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?