Nieszczęścia chodzą stadami. Po katastrofie sportowej w Lizbonie Barça zabrnęła w katastrofę medialną. Odejście Leo do City jest rzekomo formalnie niemożliwe (to samo mówi m.in. Laporta, a tym razem mu wierzę), lecz żyję wystarczająco długo, aby wiedzieć, że dla chcącego nic trudnego. Nawet jeśli Messi zostanie, samo wyrażenie buntu jest dla klubu z Camp Nou trzęsieniem ziemi o wstrząsach wtórnych odczuwalnych po drugiej stronie kontynentu.
Cała sytuacja mówi mi kilka rzeczy. Ktoś na świecie używa jeszcze faksu. Messi ma dość Zarządu. Źle przyjął trwającą całe 60 sekund rozmowę Koemana z Suárezem. Na wyjściu jego klubu z bagna, w jakim znaleźli się razem, zależy wychowankowi mniej, niż się spodziewałem. Niezależnie od przebiegu sytuacji, koszty wizerunkowe klubu i psychologiczne w szatni u progu nowego sezonu będą potężne.
Messi przeciwko wszystkim
Rozegranie sprawy w ten sposób może oznaczać utratę wiary Leo w projekt Barçy niezależnie od tego, kto go poprowadzi. Może oznaczać współpracę jego otoczenia z jednym z kandydatów na nowego prezydenta. Może oznaczać ostatnią próbę zmuszenia Bartomeu do rezygnacji. Na pewno oznacza rozczarowanie dla ludzi, którzy tyle lat wspierali Argentyńczyka: kolegów z drużyny i kibiców. Messiemu może się wydawać, że tak stanowczą emanacją swojej opinii ruszył na wojnę „tylko” z Bartomeu i jego ludźmi.
To iluzoryczne. Za pośrednictwem tego, co napisał w faksie, ruszył na wojnę z barcelonismo.
Tytułem wstępu jedną rzecz postawmy sobie jasno. Bunt najważniejszego gracza to inny poziom zagrożenia instytucjonalnego Azulgrany niż kryzysy sportowy, organizacyjny, szkoleniowy, transferowy i każdy inny. Jakościowy marazm obu słusznie pożegnanych szkoleniowców, „ostatnie nogi” starzejącej się osi zespołu, przekosztowne wpadki transferowe – klub formatu Barçy ma środki, aby sobie z tym radzić. Odejście Messiego to co innego. Na to Barçy nie stać. Nie teraz.
Pożegnanie z fundamentalnym przez tyle lat piłkarzem wymaga przygotowań. Czasu. Organizacji. Kompromisów. Uprzejmości. W formie zaproponowanej przez Argentyńczyka klub nie otrzymał żadnej z tych rzeczy. Tak długą i głęboką relację brzydko zrywać sms-em.
De Bruyne, Ramos, Rashford, Koke, Lewandowski (na serio), Szczęsny (haha), Alisson, Mbappe – niespodziewana utrata kluczowego gracza stanowiłaby problem dla każdego. Zwłaszcza w okolicznościach ograniczającej przychody całego sportu pandemii. Zwłaszcza w jakże delikatnej dla wszystkich stron formie rokoszu. Zwłaszcza na zgliszczach wyniku 2:8 w ćwierćfinale prestiżowych rozgrywek, w trakcie wymiany trenera, przed kadrową czystką zasłużonej starszyzny drużyny.
Jeśli do tego pożegnania dojdzie, to Bartomeu, Font, Farré, Jezus ani nikt na świecie nie uchroni FC Barcelony od dotkliwego wylądowania pupą na zimnym. Niezależnie od rażących zaniedbań Bartomeu i jego Zarządu, jednostronne zerwanie umowy, nawet jeśli możliwe z prawnego punktu widzenia, wystawi Messiemu złe świadectwo jako człowiekowi i przede wszystkim jako culé.
Mając na względzie wszystkie wymienione aspekty, pożegnanie z Messim latem 2020 roku będzie oznaczać dla FC Barcelony sportowy niebyt mogący trwać nawet dekadę. Kto miałby to posprzątać? Jak? Za ile?
Albo Messi, albo katastrofa!
Na statku pod szyldem „FC Barcelona” Messi sam sobie sterem, wędkarzem i rybą. Najlepszy organizator gry w drużynie, asystent, strzelec i zasób całego klubu zasługuje od swych fanów na trochę więcej uznania, niż otrzymuje w ostatnich dniach „z internetów”. Może tu leży część problemu? Z całą pewnością za żaden wynik Leo nie był tak otwarcie, głośno i powszechnie obwiniany jak za klęskę z Bawarczykami. Cóż, tak wygląda prawdziwy świat, chłopaku. Można chcieć to naprawić. Można chcieć uciec.
Bayern potraktował wynikiem 2:8 podopiecznych Setiena z czułością walca. Odejście Messiego tego lata będzie przede wszystkim tchórzliwe i trochę przykre, lecz, co gorsza, będzie bombą zrzuconą w sam środek Camp Nou. Eksplozją tak dotkliwą, że ta drużyna jeszcze długo się nie pozbiera. Żadna by się nie pozbierała.
Mamy relację na żywo z najbardziej przełomowego momentu dla katalońskiego klubu od lata 2008 roku.
Mimo mojej częściowej empatii do Leo w zaistniałej sytuacji, klub powinien zrobić wszystko, aby pozostał w Katalonii przynajmniej jeszcze jeden sezon. Barça nie da rady ominąć czyhających na nią wyzwań najbliższych miesięcy z nowym trenerem, z cyklonem w gabinetach i bez Messiego.
To, moi mili, nie będzie możliwe.
Leo, nie jedź jeszcze w Bieszczady
Ludzie kończą szkoły, podróżują, rozwijają kompetencje, deklarują podboje łóżkowe i, dla większości ważniejsze, zawodowe. W łączeniu kropek najczęściej i tak okazują się mniej skuteczni od siedmioletniej bratowej mojej Miss. Sportową wartość Messiego (nie będę oryginalny, mówiąc, że dla mnie niezmiennie bezcenną) wystawmy sobie poza tę dyskusję.
Liczą się wszystkie pozostałe. Znaczeniu argentyńskiego wychowanka dla FC Barcelony dorównuje tylko piękno jego bramek. Kto nie potrafi sobie tego wyobrazić – trudno. To temat zbyt istotny długoterminowo dla Klubu, aby spraszać na niego osoby przypadkowe i dzieci.
Problemem Barçy nie są straty sportowe, gdy Lionel Messi Cuccitini zacznie się starzeć. Wtedy wróci sobie na chwilę do Newell’s albo zacznie spędzać więcej czasu na prywatnej plaży w Castelldefels. Barça sobie poradzi.
Problemem Barçy, i to sporym, są natomiast potencjalne straty wizerunkowe przejścia Leo do City lub PSG i równie potencjalne, acz całkiem realne, konsekwencje tychże. Na przykład relacjonowane w CNN zamieszki w klubowym sklepiku na Rambli. Exodus innych wartych zatrzymania graczy. Publiczne palenie koszulek „zdrajcy” na InstaStory. Chcesz mnie przekonać, że Barça też sobie wtedy poradzi?
Jeśli ktoś nie rozumie, że dla „więcej niż klubu” Leo jest „więcej niż piłkarzem” – nie będę mógł pomóc, więc w dalszej lekturze może rozstańmy się w tym miejscu.
Losy Barçy, Messiego, Piqué, Koemana, Puiga, Ansu, drużyny, klubu, nawet Fonta są ze sobą powiązane jak spiralka DNA. Jest jedną rzeczą spadnięcie w otchłań obrazem gry z Bayernem. Perspektywa wygrzebania się z niej bez Messiego jest czymś kompletnie innym!
Jak pamiętacie z poprzedniego artykułu oraz ponad stu poprzednich, centralny punkt mojego publicystycznego zainteresowania zawsze stanowi los klubu. Gdziekolwiek odszedłby Messi, jego dalsza kariera będzie mi na wskroś obojętną. Identycznie jak bale Ronaldinho w Milanie czy u boku tuzinów modelek w paragwajskim „areszcie hotelowym”.
Punkt „zero”, obecny punkt wyjścia Blaugrany na wyzwania nowego sezonu to główna scena piłkarskiego stand-upu, ścianka z memami, wkurzenie piłkarzy i rozczarowanie środowiska culés. Cokolwiek stanie się z Barçą w nadchodzących miesiącach, stanie się w kontekście wspomnienia wyniku 2:8, który poszedł w świat i będzie wracać częściej od wszystkich innych, jakie pamiętamy aż za dobrze. Do czasu, gdy Barcelona przestanie robić z siebie pośmiewisko na arenie europejskiej. Poza tym, muszę wtrącić, przez cały miniony rok robiła to samo w rozgrywkach krajowych.
Z drugiej strony, oddanie na tacy Ligi słabemu Realowi przez jeszcze słabszą Barçę zadecydowało o tym, że zamiast kontynuatora grzecznych szkodników w typie Valverde i Setiena, mamy wreszcie w Barçy trenera formatu Ronalda Koemana. To osoba właściwa na właściwe czasy.
Pod warunkiem, że z Leo na pokładzie.
„Ostatni taniec”?
Upokorzenia w Turynie, Rzymie, Liverpoolu i Lizbonie były dla tego Zarządu niewystarczającymi. Co oczywiście ostatecznie przesądza ich los w najbliższych wyborach niezależnie od tego, ile na barcelońskiej pustyni znajdzie wody były opiekun holenderskiej kadry.
Jeśli Koeman nie wstrzyknie DNA Barçy Griezmannowi, nie wystawi za drzwi Rakiticia, nie ogarnie Piqué z Busquetsem (sprzedając na przykład jednego z nich), nie nauczy grać lepiej Fatiego z Riquim, nie wdroży Pjanicia i nie zacznie wreszcie spłacać FdJ, to na miejscu Messiego sam bym odszedł.
Zimą.
Do tego czasu musi tu zostać. W innym razie klub i barcelonismo
Komentarze (272)