Okiem Chowańskiego: Albo Koeman, albo katastrofa
Tytuł nie jest mój. Ja tylko obejrzałem kiedyś film.
Rewelacyjny. Nosi tytuł „Hell or High Water”. Tak popularny u nas, że wymień ulubioną scenę, abym uwierzył, że go znasz. „Pochłonie nas piekło albo fala powodzi” – to dzisiejsza perspektywa członków szatni FC Barcelony. Jedni odejdą. Rola innych drastycznie spadnie. Dla piłkarzy Koeman będzie wyzwoleniem albo końcem kariery w klubie. To powinno Was mało obchodzić.
Skromna część populacji jeździ Ferrari, ma jacht lub dzieli sypialnię
Shaki. Kto zachował wokół mnie pracę w czasie zarazy, straciwszy pewien procent pensji w imię „optymalizacji kosztów”, cieszy się, gdy został z kwotą czterocyfrową w miesiącu w polskich złotych nowych. Wszystkich graczy tego klubu niezmiennie odwiedza co miesiąc cyfr 7. Niektórych – osiem. W walucie euro. Wiosenne protesty szatni w tym względzie znacie z mediów. Piłkarze sobie poradzą, nie martwcie się o nich.
Gdyby Banksy mniej gardził piłką, zostawiłby kiedyś ślad na murze stadionu „więcej niż klubu”, dopłacającego dawniej organizacji UNICEF za eksponowanie jej logo na koszulce. Ślad typowo dla artysty lakoniczny w swej „panczlajnowej” doskonałości.
„Oni nie martwią się o nas”.
Jednak, co ważniejsze dla klubu i fanów, skutki „Koemana” bądź „katastrofy” dotyczą po równo wszystkich i wszystkiego wokół szatni Barçy z jej zasobami ludzkimi. Zarządu, telewidzów, kibiców, socios, komentatorów, publicystów, rywali, statystyk klubowych koszulek na orlikach, treści naklejek na zderzakach aut z Costa Brava, ścian dziecięcych pokoi na całym świecie. Zostaną na nich Messi i Fati czy trafią na śmietnik? Historii, no i ten pod domem.
Te wątki mogą obchodzić Was bardziej. Skoro czytacie ten artykuł, prawdopodobnie należycie do najbliższego otoczenia Barçy.
W wyniku popełnionych błędów organizacyjnych i pieniędzy wydanych na Dembélé, Coutinho, De Jonga, Griezmanna klub jest dziś w sytuacji trwałego zagrożenia pozycji sportowej, którą do bardzo niedawna mogliśmy określać mianem prosperity. To sytuacja wyjątkowo poważna. Po raz ostatni na Camp Nou było tak źle, gdy trenerem był cudotwórca Antić, a ja nie miałem na brodzie siwych włosów. Głównie dlatego, że nie miałem brody.
Barça ma więcej środków niż wtedy, ale przez marnowanie ich na bezczelnie niecelne transfery znalazła sie dla sympatyków innych wielkich klubów na tej samej półce co „Uszaty”, koty i spodenki Wasilewskiego.
Podpowiem pustelnikom z pumami:
To półka jest z memami.
Jeszcze dwa dni temu byłem przeciwny Koemanowi. Jego dokonania w Evertonie przysłoniły mi te z Southampton. Opinia znanego z boiskowej ambicji i zaangażowania w pressing Pracowitego Gerarda stanowi tu interesujący wątek poboczny. Przypomniałem sobie, kto był trenerem Holandii, kiedy po latach znów nabrałem chęci oglądać jej mecze. Kto miał cojones opiórkować publicznie Van der Vaarta, De Vrija, Sneijdera i innych. Kto po zagraniu jednego meczu w układzie 3-5-2 zagrał kolejny formacją 4-3-3. Przeczytałem artykuł Pawła, który czekał na Gaizkę Mendietę, kiedy ja przepytywałem Francesco Coco. Przemyślałem. To dobry artykuł. Od siebie dodam, że w sporcie, jak w życiu, nigdy nie jest tak źle, żeby nie było jeszcze gorzej.
Barcelona dawno upadła. Próbuje powstać. Nie umie. Smutno się patrzy, jak próbuje od 2015 roku. Z rosnącym hukiem zalicza boleśniejsze upadki, kolejne wycieczki w dół. Winda z szyldem Barçy zmierza do ostatniej stacji piekła, gdzie z błota
Komentarze (64)