Okiem Kibica: Coraz trudniejsza miłość

Paweł Paczocha

23 lutego 2020, 09:00

72 komentarze

Fot. Getty Images

Gra Barcelony zmieniła się w ostatnich latach, co w połączeniu z kłopotami instytucjonalnymi klubu staje się dla niektórych kibiców nie do zaakceptowania. Zapraszamy do zapoznania się z felietonem jednego z naszych Czytelników Pawła Paczochy.

Wypowiedź Cantony o tym, że można zmienić żonę i religię, ale ukochanego piłkarskiego klubu już nie, znana jest powszechnie. I choć dziś to już utarty slogan, to trudno z nim polemizować. Jednakowoż w ostatnich miesiącach doszło do mnie, że oglądanie spotkań Dumy Katalonii, czyli coś, co wcześniej sprawiało mi prawdziwą przyjemność, teraz skupia się na szukaniu kolejnych szpilek, które mógłbym wbić w piłkarzy, trenera czy zarząd. Skąd ta zmiana? Postanowiłem zrobić solidny rachunek sumienia.

Cofnę się do pierwszych lat mojego kibicowania. Po schyłku ery Rijkaarda na Camp Nou przybył Josep Guardiola. W ciągu półtora roku zdobył zarówno swój największy skalp, jak i przekleństwo – słynny sekstet, zdobycie każdego możliwego do zgarnięcia trofeum. Ale czy wszystkie narzekania, zarówno moje, jak i licznego grona kibiców, należy spłycać do „rozpieszczenia” nas trofeami? Spójrzmy choćby na sam czteroletni okres rządów Guardioli.

W Lidze Mistrzów, najbardziej pożądanym teraz trofeum, zwyciężyliśmy wówczas dwukrotnie, pozostałe dwie edycje skończyliśmy na półfinałach. Przy okazji, do dziś utrzymuję, że to Barcelona powinna awansować w dwumeczu przeciwko Interowi. Przy swoim trafieniu w pierwszym spotkaniu Diego Milito znajdował się na spalonym, a w rewanżu gol Bojana w doliczonym czasie gry został zdobyty w pełni legalnie. Dwa lata później losy awansu do finału ważyły się do ostatniej minuty, aż Fernando Torres nie zabił barcelońskiej nadziei notując jeden z niewielu swoich przebłysków w barwach Chelsea. Czy te porażki sprawiły, że przestałem czerpać przyjemność z oglądania meczów Barcelony? Nie. Nie wpłynął na to także ówczesny zarząd, który także miał swoje za uszami, by wspomnieć tylko o zakontraktowaniu (tak, to w tym przypadku chyba lepsze określenie niż „sprowadzenie”) Keirrisona i Henrique, płacąc za owych asów aż 21,5 miliona euro szemranej firmie Traffi,c czy zabranie śp. Johanowi Cruyffowi tytułu honorowego prezydenta klubu.

W obu wspomnianych dwumeczach widzieliśmy Barcelonę wściekłą, nacierającą i przede wszystkim całkowicie pewną swoich umiejętności. Po utracie bramki Messi i spółka nacierali na rywala pewni, że są w stanie odwrócić nawet najgorszy wynik – czym zatem była konieczność zdobycia dwóch goli przeciw Interowi czy Chelsea? Taka mentalność nie narodziła się tylko w starciach z gigantami. W grze zawodników z Camp Nou widać było, że chcą dominować w każdym fragmencie boiska, w każdej akcji. Nie było odpuszczania, niezależnie od tego, czy graliśmy u siebie z Rayo, czy na Santiago Bernabéu – nastawienie było takie samo. Za to znaczna część ludzi na świecie pokochała Barcelonę. Czy dziś możemy powiedzieć to samo? Gdy tylko zespół pokroju Levante zdobędzie przeciwko nam bramkę, planu awaryjnego – poza liczeniem na Messiego - nie ma. A być powinien, skoro tracimy najwięcej goli od kilkunastu lat. Jeszcze niedawno nawet tak sromotna klęska jak 0:7 z Bayernem nie załamała zespołu, ale zmusiła do znalezienia remedium. Rok później odpadliśmy z Atlético minimalną różnicą goli, a w sezonie 2014/15 zakontraktowaliśmy Luisa Suáreza i zmiażdżyliśmy monachijczyków, dokonując zemsty na zimno.

Czy wyobrażacie sobie, co działoby się dziś w szatni, gdyby większość zawodników brała udział w masakrze, którą urządzili podopiecznym śp. Tito Vilanovy gracze Heynckessa? Dziś temat Rzymu i Liverpoolu, czyli dwóch spotkań, w których Katalończycy przetrwonili ogromną przewagę, jest wałkowany we wszystkich wywiadach. W każdej dłuższej wypowiedzi zawodnicy Barcelony muszą odpowiedzieć na obligatoryjne pytanie: czy wiedzą, dlaczego wówczas odpadli?

Nie wiedzą. I to przeraża ich najbardziej. Niegdyś to Barcelona była postrachem, dziś jej największymi demonami jest jej własna przeszłość, z którą nie umie sobie poradzić. Ta za to jest szeroko omawiana przez wszystkich z zewnątrz. A jaki sens ma dalsze rozdrapywanie ran? Już rok przed klęską z Romą dostaliśmy od Włochów srogą lekcję futbolu, gdy rozgrywający mecz życia Dybala poprowadził Juventus do wyeliminowania Katalończyków będących na fali euforii tuż po sensacyjnym comebacku przeciwko PSG. Wówczas nikt nie zastanawiał się nad prawdziwym powodem klęski – byliśmy wyraźnie słabsi i tyle. Tak jak lata wcześniej z Bayernem. Należało wówczas wyciągnąć wnioski i odciąć się od tematu. Teraz odczuwam, że demony Rzymu i Liverpoolu krążą w umysłach piłkarzy w każdym ze spotkań. Nieważne, czy właśnie wybieramy się na San Siro, czy na Estadio José Zorrilla. W meczach Barcelony nie ma zwykłej radości płynącej z pewności siebie. Valverde oduczył cieszyć się piłkarzy, a piłkarze oduczyli tego nas.

Rzecz jasna, Bartomeu i spółka do czarnych chmur zebranych na Camp Nou dodali sporo od siebie. Ostatnie kilka lat to dla klubu PR-owa katastrofa. Niejasny transfer Paulinho, który zostawszy jednym z najlepszych graczy, odchodzi z powrotem do Chin w ramach jakiegoś chorego wypożyczenia. Nieumiejętne kreowanie kadry, co objawiło się sprowadzeniem zawodników niemających w najśmielszych snach mieć prawa do reprezentowania Dumy Katalonii (tak, to na ciebie patrzę teraz podejrzliwie, Braithwaithe). Zatrudnienie i zwolnienie Valdésa. Kłótnie w strukturze klubowej, liczne odejścia pracowników. Najwyższe, znacznie przekraczające limity pensje dla zawodników. Oddanie Neymara i sprowadzenie za niego dwóch graczy, którzy nawet gdyby połączyć ich razem nie byliby w stanie zapełnić luki powstałej w wyniku odejścia Brazylijczyka do PSG. A sami wiecie, że to nie wszystko.

Jak to się teraz mówi, Barcelona stała się klubem-memem. Cokolwiek nie zrobi Bartomeu i spółka, będzie to rozpatrywane negatywnie – zwykle zresztą zasłużenie. Przez swoje niewytłumaczalne ruchy obecny zarząd sprawił, że przed zawodnikami Barcelony nie drży nikt – poza nimi samymi.

I może przez to znaczna część kibiców zamiast przyjść na stadion, woli obejrzeć spotkanie w telewizji – przynajmniej będą mogli przełączyć kanał na coś bardziej interesującego niż topowi zawodnicy dowodzeni przez najlepszego gracza w historii, którzy boją się własnego cienia przy najmniejszym niepowodzeniu.

Paweł Paczocha, Mistrzowie Polski i Długa piłka

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

Prawda jest taka, że Pep sprawił, iż wyjątkowo mało nas, kibiców cieszy. 10 lat temu była piękna gra, była absolutna dominacja, było mnóstwo pucharów, a dziś sezon z mistrzostwem uznajemy za stracony, bo wszyscy czekamy na LM. Z drugiej strony stari kibice pamiętają zapewne Barcelonę z przełomu wieków, gdzie zespół pałętał się w środku tabeli, potrafił w ogóle nie awansować do LM, a zarząd również sprowadzał dziwnych grajków za wielka kasę. Spójrzmy też na MU czy Milan, chyba nikt nie wolałby być w sytuacji kibiców tych drużyn. Koniec końców trzeba uczciwie przyznać, że mimo całej degrengolady w zarządzie, to jednak ciężko znaleźć wiele klubów w Europie, które w ostatnich latach potrafiły zdominować futbol i osiągały zdecydowanie lepsze wyniki od Barcelony, bo czy City, Juventus albo Bayern osiągnęły coś nadto więcej? Od nich wymaga się tego samego co od Barcelony. Jedno co, zapewne, nas wszystkich boli to 3 LM Realu, bo, choć to wynik wyjątkowy, to jednak nie połączony z mistrzostwami Hiszpanii, z Pucharem Króla. Natomiast gdyby nie Real to zapewne nie byłoby tylu narzekań na Barcelonę.
« Powrót do wszystkich komentarzy