Brazylijska pomyłka za 160 milionów

Błażej Gwozdowski

17 maja 2019, 10:55

322 komentarze

Kiedy z Barcelony tylnymi drzwiami odszedł Neymar, potrzeba wielkiego transferu urosła do rozmiarów przysłaniających zdrowy rozsądek. W efekcie do stolicy Katalonii zawitało dwóch piłkarzy, których gra miała nie tylko załatać dziury w środku pola i ataku zespołu, ale wręcz podnieść jego jakość. Tymczasem po dwóch latach problem pozostał ten sam, a jego rozwiązanie mogą przynieść tylko kolejne radykalne działania.

W czerwcu 2017 roku było już jasne, że Andrés Iniesta jest bardzo blisko zakończenia przygody z Barceloną. Magii w jego boiskowych poczynaniach wciąż nie brakowało, ale dużo gorzej było z regularnością oraz wydolnością. Jednocześnie André Gomes nie adaptował się tak, jak oczekiwano, a Denis Suárez nie potrafił zrobić nawet małego kroku naprzód. W tej sytuacji wrócił temat poszukiwań pomocnika, który mógłby na początku odciążyć Andrésa, a z czasem przejąć obowiązki najbardziej ofensywnie usposobionego zawodnika środka pola. Bardzo szybko w mediach pojawiła się kandydatura Philippe Coutinho, który rozgrywał swoje najlepsze dwa sezony w karierze i stał się niekwestionowaną gwiazdą nie tylko Liverpoolu, ale całej Premier League. Wreszcie, po burzliwych negocjacjach między klubami oraz niezliczonej liczbie okładek z wizerunkiem Brazylijczyka i herbem Barcelony w tle, 6 stycznia 2018 roku potwierdzono nieuniknione - Coutinho blaugrana! Co zatem mogło pójść nie tak?

Bramki i asysty przesłoniły rzeczywistość

Nietrudno było uwierzyć, że Brazylijczyk stanie się prawdziwym filarem nowej Barcelony. W końcu strzelał on więcej bramek od Iniesty, częściej asystował i potrafił rozstrzygać losy meczów uderzeniami z dystansu. Na papierze wszystko się zgadzało - zainwestowano 160 milionów euro w wybitnego ofensywnego pomocnika, który powinien z marszu wskoczyć w buty legendarnej już „ósemki”. Entuzjazmu kibiców nie podzielał jednak Klopp, który miejsca dla Philippe w zespole Ernesto Valverde nie widział. Kto by jednak słuchał trenera Liverpoolu, przez którego z pewnością przemawiało rozgoryczenie. W końcu stracił swojego najlepszego zawodnika i musi budować zespół od nowa. Czas płynął, a szkoleniowiec Barcelony nie widział dla Coutinho miejsca w środku pola, znacznie częściej wystawiając go na skrzydle czy powierzając mu rolę bocznego napastnika. Absurd? W żadnym wypadku.

Aby dobrze zrozumieć problem, przed jakim stanął Valverde, trzeba prześledzić ten niesamowity rozwój Brazylijczyka pod skrzydłami Jürgena Kloppa. Już pierwszy sezon współpracy tych dwóch panów dał znakomite rezultaty. Coutinho zdobył 12 bramek i zanotował 7 asyst w 43 spotkaniach. Został też uznany najlepszym zawodnikiem Liverpoolu przez jego fanów i kolegów z zespołu. Droga do takich efektów nie była jednak usłana różami. Niemiecki trener próbował znaleźć miejsce dla Brazylijczyka w środku pola, ale za każdym razem kończyło się to utratą równowagi między atakiem a obroną. Dość powiedzieć, że Liverpool nie wygrał ani jednego z 7 spotkań z Coutinho w pomocy! Najwięcej nadziei na poprawę sytuacji dawało jednak ustawienie 4-2-3-1 z Philippe na pozycji nr 10, a rozsądną alternatywą była gra z trójką w obronie i wahadłowymi, co zresztą przetestował już wcześniej Brendan Rodgers. Sezon 2016/17 utwierdził jednak Kloppa w przekonaniu, że filigranowy rozgrywający musi grać na skrzydle, gdzie zyska więcej swobody. Wyniki mówiły bowiem same za siebie - 5 prób gry z Coutinho w pomocy i tylko jedna wygrana…

Jak Jürgen Klopp zbudował Philippe Coutinho

Poszukiwania idealnego ustawienia były dla niemieckiego szkoleniowca bolesne. W ciągu trzech sezonów ustawiał Brazylijczyka za napastnikami ponad dwudziestokrotnie. Wygrał tylko 22% spośród tych spotkań. Kiedy jednak przesuwał Philippe do przodu, zyskiwał nie tylko sam zawodnik, ale przede wszystkim zespół. Mając pracowitych pomocników i aktywnych, ruchliwych napastników, Klopp mógł sobie pozwolić na uwolnienie elektronu. Coutinho zyskał swobodę i rozwinął skrzydła. Poruszał się między strefami, szukając wolnych przestrzeni i dynamizując grę zespołu. W efekcie Liverpool wygrał aż 64% pojedynków z Philippe w roli skrzydłowego, a on sam w 28 meczach zdobył 12 bramek i uzbierał 9 asyst. Tymczasem cena rosła wraz z zainteresowaniem Barcelony.

Ostatnie pół roku w Anglii było dla Coutinho równie udane. Wciąż występował głównie na pozycji fałszywego skrzydłowego, choć Klopp nie rezygnował z próby przesunięcia go na pozycję nr 10. Kolejne modyfikacje taktyki prowadziły jednak do tej samej konkluzji - zespół zwycięża z Brazylijczykiem grającym wyżej ponad dwukrotnie częściej niż w ustawieniu z trzema napastnikami operującymi przed nim. Mimo to wszyscy kibice Barcelony zakładali, że w styczniu 2018 roku do stolicy Katalonii przybył pomocnik, który odmieni grę środka pola i przypomni czasy, gdy Pep Guardiola święcił swoje triumfy. Nic zresztą dziwnego - kibic nie musi rozumieć wszystkich problemów taktycznych. Od tego jest trener.

Od pięknego snu po koszmar w akompaniamencie gwizdów

Ernesto Valverde doskonale wiedział, jaki jest profil nowego najdroższego nabytku Barcelony. Bardzo szybko dostosował taktykę tak, by maksymalnie wykorzystać atuty brazylijskiej gwiazdy, jednocześnie minimalizując ryzyko destabilizacji zespołu. Ustawienie 4-4-2 funkcjonowało bardzo dobrze, a sam Coutinho spisywał się całkiem nieźle. Czas nie grał jednak na jego korzyść. Bardzo szybko dały o sobie znać braki szybkościowe oraz łatwe do przewidzenia zachowanie skrzydłowego z piłką przy nodze. Prawdziwym rozczarowaniem był jednak dopiero kolejny sezon. Powrót do ustawienia 4-3-3, przynajmniej w fazie ataku, tylko pogorszył sytuację. Częste straty piłki i przestoje w grze zaczęły irytować kibiców, którzy nie zapomnieli o kwocie, jaką zapłacono za Brazylijczyka. Nie pomogły nawet kontuzje Dembélé, dzięki którym Cou nie musiał martwić się o miejsce w pierwszym składzie.

Do prawdziwej katastrofy doszło jednak tam, gdzie wielka kariera Coutinho na dobre się rozpoczęła - na Anfield Road. Po klęsce Barcelony trzeba było znaleźć winnych i tym samym Brazylijczyk dołączył do Ernesto Valverde, tworząc zgrany duet kozłów ofiarnych. Gwizdy na Camp Nou były jasnym sygnałem, że cierpliwość się skończyła. Kibice oczekiwali nowego Iniesty, a otrzymali marną imitację Neymara. Bez szybkości, bez statystyk, bez dryblingu. Czy można jednak winić Coutinho, że nie został ani nową „ósemką”, ani kreującym grę i zdobywającym ważne bramki skrzydłowym? Niestety nie, choć to najłatwiejsze rozwiązanie.

Tylne drzwi lub ryzykowna gra o karierę

Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy - Barcelona kupiła z Liverpoolu najwyższej klasy „dziesiątkę”, posiadając już w swoich szeregach najlepszą „dziesiątkę” w historii. Niczego nie zmienia nawet fakt, że obaj zawodnicy stanowią dla siebie odbicie lustrzane. Philippe Coutinho opuścił okręt, na którym jako kapitan mógłby już dziś dzierżyć przynajmniej jeden puchar za zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Popełnił błąd i z pewnością dzisiaj zdaje sobie z tego sprawę. W stolicy Katalonii wciąż może napisać swoją historię, ale tylko jako napastnik lub bardzo ofensywny, broniący blisko linii pomocnik. Niestety to wyjątkowo ryzykowna gra, której stawką jest jego kariera. Odpowiednie przygotowanie do nowego sezonu, większe wsparcie od pomocników po zmianie założeń taktycznych czy po prostu mentalna regeneracja mogą pomóc zbudować jego pozycję w Barcelonie. Najkrótsza i najprostsza droga powrotna na szczyt może jednak prowadzić przez tylne drzwi, które zdają się otwierać coraz szerzej.

Powiązane artykuły

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

No nie wierzę. Co to za tytuł??? Miejcie szacunek do kibiców i zawodników, no litości
« Powrót do wszystkich komentarzy