Jedziemy dalej!

Eoren

23 kwietnia 2016, 19:44

1624 komentarze

FC Barcelona

FCB

Herb FC Barcelona

6:0

Herb FC Barcelona

Sporting Gijón

SPO

  • Lionel Messi 12'
  • Luis Suárez 63', 74' (k.), 77' (k.), 88'
  • Neymar Jr 85' (k.)
  • Sobota, 23 kwietnia 20:30
  • Camp Nou
  • Eleven

Wyścig trwa. Nadeszła 35. kolejka La Ligi, a wraz z nią mecz ze Sportingiem. W spotkaniu z klubem z Asturii Barcelona wygrała 6:0 po bramkach Messiego, Suáreza (kareta) i Neymara. Dzięki temu piłkarze Luisa Enrique wciąż pozostają liderami La Ligi i jadą dalej w wyścigu po mistrzostwo.

Od początku wiadomo było, że Barça nie może sobie pozwolić na najmniejszy błąd. Dystans, jaki dzieli od niej Atlético i Real, wymaga, by do końca ligowego wyścigu Katalończycy co mecz notowali trzy punkty. Dzisiejszego wieczora Luis Enrique oddelegował do gry optymalną jedenastkę, w której uwagę mogła przyciągnąć jedynie obecność Sergiego Robero na prawej obronie i związana z tym faktem absencja Alvesa. Tyle szczęścia nie miał Abelardo Fernández, który zmuszony był do sklecenia składu pomimo kontuzji nękających Sporting.

Spotkanie na Camp Nou Barcelona rozpoczęła aktywnie, choć nie szaleńczo. Do dziesiątej minuty podopieczni Luisa Enrique zanotowali już trzy obiecujące akcje bramkowe. Najlepsza z nich miała miejsce na samym początku meczu, gdy po pięknej klepce ponad bramką Cuellera piłkę posłał Leo Messi. Sporting jednak nie pozostawał dłużny i przed szybką stratą bramki po strzale Alexa Menendeza uratowała Barçę jedynie interwencja Claudio Bravo. W 13. minucie nadciągnęło oczekiwane, czyli otwarcie wyniku. Stał za nim Leo Messi, który po wybiciu piłki przez Ivana Cuellara odnalazł ją bezbłędnie i piękną główką z piętnastki załadował do siatki ekipy z Gijón.

Już kilka minut później Argentyńczyk mógł mieć na swoim koncie dublet, jednak tym razem bramkarz Sportingu był na swoim miejscu i pewnie zatrzymał mocny strzał Leo. W pierwszej połowie obraz gry przebiegał według ustalonego na początku schematu. Barcelona kontrolowała przebieg meczu, zaś Sporting przebijał się z pojedynczymi akcjami ofensywnymi. Nie oznaczało to jednak, że Asturyjczycy nie stwarzali zagrożenia, o czym wymownie w 37. minucie po raz kolejny przypomniał Alex Menendez. Dosłownie w końcówce pierwszej połowy gry bratobójcze trafienie niemal zaliczył Alen Halilović, jednak Piqué wybił piłkę z linii bramkowej.

Druga odsłona meczu rozpoczęła się jedną zmianą w wykonaniu Luisa Enrique, który zastąpił Sergiego Roberto Danim Alvesem. Kibiców Barçy najbardziej martwić mogła skuteczność ich ulubieńców, niepokojąco przypominająca tę, którą ostatnio oglądaliśmy w meczu z Valencią. Piłkarze Luisa Enrique dochodzili do dobrych okazji, jednak zbyt wiele strzałów, które oddali, kończyło się rzutem bramkowym. W 63. minucie Abelardo zdecydował się oddelegować na boisko kolejnego starego znajomego ze stolicy Katalonii Toniego Sanabrię. Chwilę później Barcelonie udało się to, na co wcześniej zmarnowała aż 10 niecelnych strzałów. Po szybkim odegraniu Messiego i Iniesty piłka powędrowała do Suáreza, który wykończył akcję, pakując futbolówkę do bramki.

Na 20 minut przed końcowym gwizdkiem wyborną szansę na podwyższenie prowadzenia miał Messi, jednak tym razem to Sporting – tak jak Barça na koniec pierwszej połowy – cudem się uratował. Co się odwlecze, to nie uciesze? Widocznie tak. Dośrodkowanie Alvesa zatrzymał ręką Canella, zaś arbiter podjął decyzję o podyktowaniu jedenastki. Do jej wykonania stanął Luis Suárez i Urugwajczyk strzałem w prawy róg pokonał bezradnego Cuellara. Sporting nie zdążył się podnieść po tym ciosie, gdy otrzymał kolejny. El Pitu pewnie żałował będzie wpuszczenia Sanabrii, biorąc pod uwagę fakt, że sfaulował on Neymara w polu karnym, co poskutkowało kolejną jedenastką. Walczący o Trofeo Pichichi i Złoty But Luisito znów stawił się do wykonania rzutu karnego i znów nie zawiódł. W ten sposób Urugwajczyk dopełnił imponującej liczby siedmiu trafień w tydzień (sic!). Chwilę później równie imponującą cyfrę wyśrubował Clos Gómez, który pokazał Vranjesowi drugą żółtą kartkę, odsyłając go do szatni, i jednocześnie dyktując trzeci rzut karny w tym spotkaniu na korzyść Barcelony. Tym razem egzekutorem okazał się Neymar. Czyżby to już był koniec? Ależ skąd, w końcu Luis nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Widocznie Urugwajczyka nie satysfakcjonował hat-trick z dwoma trafieniami z karnych, dlatego postanowił uniezależnić się od decyzji Gómeza i wziąć sprawy we własne ręce. Po podaniu Messiego po raz czwarty pokonał Cuellara, ustalając wynik na 6:0.

Nadal jesteśmy w tej grze. Nadal wszystko zależy od nas. Panie i panowie – jedziemy dalej!

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (1624)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze