Nie w opasce kapitańskiej, a na ławce trenerskiej tkwi źródło problemu

Majerr

6 lipca 2015, 15:26

136 komentarzy

Po zakończonym Copa América, w którym Argentyna drugi rok z rzędu zawiodła w finale wielkiej imprezy, tylko czekałem na pojawienie się takiego tekstu, jakim uraczył nas redaktor naczelny argentyńskiego dziennika sportowego Olé. Trzeba przyznać, że teza, iż „opaska kapitańska jest na złym ramieniu”, jest jak najbardziej słuszna. Nie zgodzę się natomiast z wnioskami, jakie zaprezentował w swojej publikacji Leo Farinella. Postaram się Wam wytłumaczyć dlaczego.

Chyba dopiero teraz tak naprawdę zrozumiałem, dlaczego w swojej ojczyźnie Leo Messi tak często jest poddawany krytyce. Od 25 lat Albicelestes nie zdobyli żadnego znaczącego trofeum, co dla kibiców tej reprezentacji, w której od kilku dobrych lat mamy takie nazwiska jak: Messi, Agüero, Di María, Tevez, Lavezzi, Mascherano czy Zabaleta, jest po prostu nie do przyjęcia. Kolejna porażka w finale wielkiej imprezy sprawiła, że w Argentynie ponownie pojawiły się głosy potępiające Leo Messiego. Czy słusznie? Można powiedzieć, że tak i nie.

W swoim tekście Leo Farinella słusznie zauważył, że Messi nie powinien być kapitanem (o tym za chwilę), jednak wysnuł całkowite złe wnioski z występu Argentyny na Copa América, obarczając winą za osiągnięty rezultat cracka Barçy. To nie Messi jest winien kolejnej porażki w finale i kolejnego słabego turnieju (pod względem prezentowanej gry, a nie osiąganych rezultatów) Albicelestes. Problem tkwi znacznie głębiej. Tkwi on w trenerze kadry i jego sztabie szkoleniowym, który zawiódł na całej linii, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości.

Wielu z Was stwierdziło, że to decyzje personalne Martino przyczyniły się do porażki Argentyny z Chile, jednak w moim odczuciu źródło problemu tkwi jeszcze głębiej. To sam sposób prowadzenia zespołu oraz brak wyraźnego pomysłu na jego grę oraz jego podzielenie na zawodników broniących i atakujących pchnął Albicelestes w otchłań dla przegranych, w czarną dziurę z napisem „wicemistrzowie”.

W życiu wychodzę z założenia, że jeśli ktoś popełnia w swojej profesji te same błędy, to zwyczajnie jest przeciętny bądź też słaby w tym, co robi. Martino nie odrobił zadania domowego z roku spędzonego na Camp Nou, w efekcie czego jego Argentyna nie mogła się podobać. Nie mógł podobać się Messi, który na co dzień zachwyca w Barcelonie, a w kadrze jedynie od czasu do czasu daje niewielką próbkę swojego geniuszu, jakim regularnie częstuje fanów Blaugrany. Spostrzeżenia redaktora Olé były słuszne: „czasem można grać dobrze, czasem nie. Jednak nigdy nie można sobie spacerować i spacerować w odosobnieniu, podczas gdy koledzy wylewają z siebie siódme poty. Bycie najlepszym to nie tylko prawa, ale też obowiązki”. Messi najzwyczajniej w świecie przeszedł obok tego finału. Nie potwierdzą tego tylko zaślepieni fanatycy Argentyńczyka, dla których jego każde dotknięcie piłki jest „magiczne”. Kilkukrotnie podczas finału przez moją głowę przeszła myśl, kiedy patrzyłem na spacerującego ze spuszczoną głową Messiego: „twoja drużyna walczy o mistrzostwo Ameryki Południowej, a ty nie robisz nic, aby podnieść ten puchar. Czekasz na karne?”. Takie myśli wybrzmiewały w mojej głowie, teraz widzę, że nie tylko jak odniosłem takie wrażenie.

Wcześniej napisałem, że głosy potępiające Messiego są zarazem słuszne i niesłuszne. Można obwiniać Leo za jego bierność i brak walki, lecz według mnie źródło problemu nie leży w samym zawodniku, a w sztabie szkoleniowym. Dokonajmy krótkiej analizy, potwierdzającej te słowa. U Guardioli Leo walczył, biegał, starał się, niejednokrotnie gryzł trawę. W jego grze było widać pasję, zawziętość, chęć bycia najlepszym. Z Martino na ławce Argentyńczyk cały bity rok przespacerował. Chodził ze spuszczoną głową, obserwował murawę. Nie był sobą. Doskonale to wiecie. Wielu twierdziło: „spokojnie, oszczędza się na mistrzostwa. To najważniejszy turniej w jego karierze”. Nadszedł mundial w Brazylii i co widzieliśmy? Człapiącego w zespole Sabelli Leo Messiego, który długimi momentami był poza grą. Oczywiście swoim geniuszem rozstrzygał mecze, lecz to nie był ten Messi, który zachwyca, który porywa tłumy i sprawia, że ludzie krzyczą w niebogłosy z zachwytu.

Klęska na wszystkich frontach (poza Superpucharem Hiszpanii) w sezonie 2013/14 sprawiła, że z ławką trenerską FC Barcelony pożegnał się Gerardo Martino, a w jego miejsce przyszedł Luis Enrique. Od samego początku zapowiadano, że na Camp Nou wraca trener z jajami, taki, który nie boi się przywołać graczy do porządku, taki, który potrafi powiedzieć do samego Xaviego: „możesz zostać w zespole, ale jeżeli nie będziesz grał, to nie truj mi dupy”. Jaki był zeszły sezon w wykonaniu Leo? Imponujący. Niejednokrotnie mogliśmy obserwować naszego cracka, który nawet w końcówkach meczów, za przeproszeniem, zapieprzał tak po murawie, że aż się za nim kurzyło. Leo odzyskał radość z gry, zaczął znowu biegać, walczyć, angażować się w grę defensywną. Odzyskaliśmy wersję Messiego, który znów zachwycał całą piłkarską planetę. To pod jego wodzą Katalończycy zdobyli drugi historyczny tryplet, Barça znowu zasiadła na piłkarskim Olimpie i stała się odnośnikiem dla reszty europejskich drużyn.

Ta krótka analiza pokazała nam, że to nie jest tak, że Messi jest boiskowym leniuchem, który od zawsze chodził po boisku i od czasu do czasu raczył nas swoim geniuszem. To oczywista nieprawda. Ta analiza udowadnia nam, że najlepszą wersję Leo oglądamy tylko wtedy, gdy na ławce trenerskiej zasiada facet, który nie da sobie wejść na głowę i ma jaja oraz charakter. Prawdą jest, że najciężej prowadzi się wielki gwiazdy, gdyż trzeba umieć do nich dotrzeć. My otrzymujemy najlepszego Messiego, gdy jest on prowadzony przez odpowiedniego trenera, który nie powie mu: „ty jesteś najlepszy na świecie, tak więc nie muszę ci mówić, co masz robić. Sam wiesz to najlepiej”, lecz zmusi go do ciężkiej pracy na rzecz całego zespołu. Nie chcę snuć tutaj teorii spiskowych, lecz początkowy konflikt Leo z Enrique mógł wynikać właśnie z tego, że po rocznym okresie samowolki w klubie pojawił się facet z charakterem, który miał wobec napastnika Barçy konkretne wymagania, jakich nie miał Martino. Być może Leo na początku się to nie podobało i stąd powstał ten cały rozdmuchany przez prasę konflikt, lecz efekty takiego postawienia sprawy przez Enrique widzieliśmy na koniec sezonu, gdy Barça najpierw podniosła Puchar Króla, później wygrała Ligę, a następnie sięgnęła po Ligę Mistrzów. Martino na ławce Argentyny – to prawdziwe źródło problemów Argentyny. Nie Leo Messi, który potrzebuje twardej ręki trenera z charakterem, aby pokazywać swoją futbolową „boskość” (Guardiola, Enrique), a nie „jedynie” piłkarski geniusz (Martino czy Sabella).

Na koniec jeszcze kilka słów dotyczących tezy redaktora Olé. Messi rzeczywiście nie nadaje się na kapitana. Nie jest to piłkarz, który swoją postawą, swoim zachowaniem wpływa motywująco na zespół. W finale nawet na chwilę nie poderwał swoich kolegów do walki. W przerwie pierwszego spotkania z Paragwajem wspólnie z Di Marią żartował sobie z Agüero, który ostrzegał, że wynik 2:0 niczego nie gwarantuje i czeka na nich jeszcze ciężka przeprawa. Dawanie opaski kapitańskiej zawodnikowi, który jest najlepszy, ale nie ma predyspozycji przywódczych, to ogromny błąd. Niezrozumiałe są zatem decyzje Argentyńczyków czy Brazylijczyków, którzy na swoich przedstawicieli wybrali odpowiednio Messiego i Neymara. Leo jest boiskowym geniuszem, lecz szczerze wątpię, aby kiedykolwiek mógł nosić kapitańską opaskę. W życiu nie można mieć wszystkiego, w zespole nie można być człowiekiem orkiestrą. Messi nigdy nie będzie Puyolem, Xavim, Mascherano czy Ramosem, którzy w swoich zespołach są stworzeni do liderowania, reprezentowania drużyny i stawania w jej obronie. Dopóki Argentyna nie zrozumie, że źródło jej problemu tkwi w złych wyborach trenerskich (Maradona, Sabella, Martino), jej kibice nigdy nie otrzymają takiej wersji Messiego, która będzie w dużym stopniu przypominać tę z Barcelony (Messi w reprezentacji nigdy nie będzie taki jak w Barçy, co jest wiadome z oczywistych względów).

Najbardziej w całej tej sytuacji szkoda Leo, który całym sercem kocha barwy narodowe, lecz nie jest w stanie zyskać sobie w kraju takiej miłości jak w stolicy Katalonii. Choć w jakiejś części ponosi on odpowiedzialność za swoją postawę, to jednak problemu szukałbym w szkoleniowcach bez charakterów, nie potrafiących wykrzesać z Leo tego, co najlepsze. Jeżeli u Guardioli czy Enrique Messi jest „piłkarskim bogiem”, to dlaczego u Maradony, Sabelli czy Martino nie można użyć wobec niego takiego określenia? Problem tkwi w samym zawodniku czy ławce trenerskiej? Sami poszukajcie odpowiedzi na te pytania…

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (136)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze