Przy Canaletes mówią. Zmierzch niedawnych bohaterów

Mateusz Bystrzycki

9 lutego 2015, 18:46

102 komentarze

Po raz pierwszy od 2012 roku FC Barcelona strzeliła minimum trzy gole w pięciu kolejnych ligowych potyczkach. W sumie w obecnej kampanii Primera División zdobyła 62 bramki, co przy jedynie 13 straconych daje oszałamiający bilans +49. Najlepszy w całej lidze. Dziewięć kolejnych zwycięstw po porażce na Anoeta całkowicie odmieniło nastroje w środowisku barcelonismo oraz przywróciło Blaugranie niezależność w walce o mistrzostwo Hiszpanii. W tej beczce miodu jest jednak łyżka dziegciu. O tyle zaskakująca, że dotyczy formacji pomocy. Największy atut zwycięskiej Barçy z lat 2008-12 stał się jej najpoważniejszym mankamentem.

Produktywności pomocników nie ocenimy jedynie na podstawie liczb. Bo przecież matematyka to w futbolu jedynie część prawdy. Ale część duża i najbardziej obiektywna, niezależna od subiektywnego wrażenia optycznego, które na dodatek czasem miesza się z kibicowską warstwą emocjonalną. Bo przecież gdyby serce dyktowało skład wyjściowej „jedenastki” FC Barcelony, z pewnością wszyscy nadal wpychalibyśmy do niej trio Busquets-Xavi-Iniesta. To ten zestaw piłkarzy zapewnił Dumie Katalonii największe sukcesy w historii. Ale zmierzch Generała i jego nieco młodszego kolegi jest oczywisty. To nadal doskonali piłkarze, ale przesadne zaufanie do ich przebrzmiałych umiejętności zaprowadziło Barçę na sportowe mielizny. Należy im się szacunek i dozgonna wdzięczność, lecz niestety już nie miejsce w wyjściowym składzie. Futbol w kształcie proponowanym przez niezwyciężony niegdyś tercet stał się archaiczny, wolny i schematyczny. Bo to już nie osławiona tiki-taka, a jej karykatura.

W trwającym sezonie Busquets-Xavi-Iniesta zagrali wspólnie w „podstawie” tylko trzykrotnie - przeciwko Realowi Sociedad (bodaj najsłabszy mecz FC Barcelony w tej kampanii, 0:1), Realowi Madryt (1:3) oraz Rayo Vallecano (łatwe 2:0 z nieco naiwnym, acz uroczym rywalem). To oczywiste, że boisko brutalnie zweryfikowało sens upartego stawiania na dawnych mistrzów, pogrążonych teraz w niezaprzeczalnej dekadencji. Warto odnotować, że w sumie uzbierali oni jedynie 11 asyst. Na froncie ligowym tylko 5.

Jak więc powinno wyglądać optymalne zestawienie pomocy FC Barcelony? Przede wszystkim, aby możliwe było upchnięcie w podstawowym składzie magicznego tridente ataku i bezpiecznej czwórki w obronie, druga linia musi liczyć trzech piłkarzy, nie zaś np. czterech, co wydarzyło się w spotkaniu przeciwko PSG na Camp Nou (Mascherano-Busquets-Iniesta-Pedro, 3:1). Wykluczyć należy również wspólne występowanie w drugiej linii Masche i wysuniętego na pozycję „szóstki” Busquetsa. Taki zestaw zawodników, uzupełniony o Xaviego, dał Barcelonie triumf nad Valencią na Mestalla, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że to mało produktywna opcja, raczej destrukcyjna, oddelegowana poniekąd do twardej, fizycznej walki i kontroli boiskowych wydarzeń przedkładanej ponad kreację akcji. A nie o to przecież chodzi w FC Barcelonie. Nie tej Lucho, nie tej z ostatnich tygodni.

W tych radosnych dla culés dniach grę Blaugrany napędzało magiczne trio Suárez-Messi-Neymar. O zasadności ich obecności w składzie nie ma nawet sensu dywagować. Lubujący się w rotacjach Lucho wybrał nie tylko optymalne zestawienie ataku, ale również pomocy. Logiczne byłoby więc stwierdzenie, że najlepszym składem pomocników jest wybierany w ostatnich dniach najczęściej Busquets-Rakitić-Iniesta. Ich wspólne liczby również nie powalają, ale w związku z kapitalną formą i nowym wcieleniem Messiego zadania drugiej linii mogą być bardziej defensywne, oparte o założenie, że najważniejsze jest odebranie piłki i szybkie dostarczenie jej do barcelońskiego „trójkąta”. Na powyższe trio pomocników  Luis Enrique zdecydował się aż 10-krotnie. Bilans FC Barcelony z tych meczów to osiem zwycięstw (w tym trzy z Atlético), jeden remis (z Málagą) i jedna porażka (przeciwko PSG na wyjeździe). Nie jest to jednak doskonałe rozwiązanie, bo zakłada obecność w wyjściowym składzie bezproduktywnego, nierzadko bezbarwnego Iniesty. Nie sądziłem, że kiedyś wypowiem tę myśl na głos, ale miejsce Don Andrésa jest na ławce rezerwowych lub na pozycji numer sześć. I to jedynie w mniej wymagających spotkaniach. Bohater ze Stamford Bridge asystuje wręcz incydentalnie (w tym sezonie w lidze ani razu), rzadko też efektywnie drybluje lub podaje prostopadle, przecinając linię obrony przeciwnika. W jego grze nie ma już elementu zaskoczenia. Ba, podobnie jak Xavi, 30-latek jest raczej hamulcowym kontr, w których ostatnio (z powodzeniem) lubuje się ekipa z Camp Nou. Obecnie Barça potrzebuje pomocników dynamicznych, agresywnych, grających szybko i wertykalnie. Powyższe założenia spychają na ławkę rezerwowych zarówno Xaviego, jak i Iniestę.

W moim przekonaniu najlepszą dziś linią pomocy Blaugrany jest ta złożona z Busquetsa, Rakiticia i Rafinhi. Co ciekawe, Enrique wystawił wspomniany tercet w nieudanych meczach z Almeríą (2:1), Celtą Vigo (0:1) i Villarrealem (1:0). Ale od ostatniego z wymienionych spotkań minęły trzy miesiące, w których zarówno Chorwat, jak i młodszy z braci Alcântara zaliczyli kilka spektakularnych występów. Były piłkarz Sevilli ma na swoim koncie cztery gole i sześć asyst. Rafinha uzbierał dwie bramki i dwa ostatnie podania. Niby niewiele, zwłaszcza w przypadku Brazylijczyka, ale w tym wypadku wrażenie optyczne, o którym wspomniałem na wstępie, odgrywa kluczowe znaczenie. Rakitić jest świetny w destrukcji, kryciu i odbiorze. Doskonale współpracuje na prawej stronie z ustawionym bliżej środka Alvesem czy schodzącym do skrzydła Messim. Ich trójkowe kombinacje przywołują najsłodsze wspomnienia z czasów Pepa Guardioli. W meczu przeciwko Deportivo la Coruña współpraca Messiego i Rakiticia wkroczyła na inny, wyższy poziom. Od tej chwili trudno oprzeć się wrażeniu, że pomiędzy Argentyńczykiem a 26-latkiem istnieje specjalna nić porozumienia, synergia trudna do uchwycenia, nawet odwołując się do liczb. Rakitić długo się rozkręcał, nie grał w wyjściowym składzie w ważnych meczach (np. przeciwko Realowi czy PSG na Camp Nou), ale w ostatnich tygodniach do agresji, ambicji i doskonałego przygotowania kondycyjno-motorycznego dołożył piłkarską jakość.

Podobny opis można poświęcić Rafinhi. 21-latek długo szukał boiskowej formy, iskrę talentu pokazując jedynie od święta. W uzyskaniu optymalnej dyspozycji nie pomagały powracające mikrourazy. Ale dobre omeny z presezonu wreszcie znalazły swoje potwierdzenie w regularnej, poważnej bitwie. Kulminacją rosnącej dyspozycji Rafinhi był niedawny mecz przeciwko Villarrealowi. I nie chodzi nawet o zdobytą bramkę, jakże ważną w kontekście końcowego rezultatu. Brazylijczyk wykonał 56 podań, głównie do przodu, „przez defensywę” niełatwego przecież rywala. Stracił tylko cztery piłki, przy czym odzyskał ich aż sześć. Był aktywny, zarówno w defensywie, jak i ofensywie. Ponadto, udanie szukał wolnych przestrzeni, nieustannie będąc „pod grą”. Po jednym ze starć z rywalem musiał opuścić boisko. Kiedy po interwencji lekarskiej powrócił na plac gry, był jeszcze zamroczony. Mimo to, wykonał imponujących rozmiarów sprint do Sergio Asenjo. Jego ofiarność w połączeniu z niezaprzeczalnymi „delicjami” piłkarskimi sprawiła, że Luis Enrique, nie pierwszy zresztą raz, nazwał Rafinhę „przyszłością Barçy”.

Należy jednak zaznaczyć, że swój najlepszy mecz Brazylijczyk zagrał na „szóstce”. Tam czuje się komfortowo, dużo lepiej aniżeli na pozycji Iniesty czy w roli prawego napastnika, gdzie już w tym sezonie występował. Jak więc upchnąć w jednym składzie Rakiticia i Rafinhę? To kwestia do dopracowania na treningach, wyzwanie dla sztabu szkoleniowego, który powinien zadbać o wypracowanie automatyzmów oraz wymienność funkcji. A może warto przesunąć Chorwata nieco wyżej, gdzie w trwającej kampanii również występował (z mniejszym powodzeniem)? Wówczas mógłby wykonywać zadania podobne do tych z czasów występów w Sevilli, które ostatnio z rozrzewnieniem wspominał. Wydaje się jednak, że nie należy rozbijać dobrze funkcjonującej współpracy na prawej stronie w trójkącie Alves-Rakitić-Messi. Ponadto, Chorwat lepiej niż Rafinha kontroluje tempo gry i efektywniej pracuje w defensywie. Jest też piłkarzem bardziej doświadczonym, przy czym nieco mniej kreatywnym. W mojej opinii Rafa powinien więc objąć schedę po gasnącym w oczach Inieście.

Sześciokrotnie w tym sezonie Lucho posyłał w bój pomoc w kształcie Busquets-Rakitić-Xavi. Co ciekawe, wszystkie z tych meczów FC Barcelona wygrała, ale z trudniejszych przepraw należy odnotować jedynie domowe starcie z Sevillą (5:1) oraz wczorajszy bój na nowym San Mamés. Interesujące wydają się statystyki zwłaszcza z rywalizacji z Athletikiem Bilbao. W klasyfikacji wykreowanych szans królował bowiem Messi (5), następnie Neymar, Alves, Suárez i Pedro (po 2). Busquets i Xavi „wyprodukowali” po jednej bramkowej sytuacji dla gości. Generał zagrał solidnie, ale bez błysku, czyli w zasadzie tak, jak przez ostatnie dwa lata. Z kolei Busi najlepszy w kreacji był wówczas, kiedy rywal grał w osłabieniu, a Enrique przesunął Rakiticia nieco bliżej bramki Claudio Bravo. To wówczas zaliczył asystę przy trafieniu Pedro. Co więcej, w najczęstszych kombinacjach podań tylko raz pojawia się nazwisko któregoś z pomocników - Alba podawał do Neymara 32 razy, Alves do Messiego 23, Alba do Xaviego również 23, zaś Mathieu do Alby 21. Powyższe dane nie przekonują, co nie zmienia faktu, że ogólnie występ pomocników Blaugrany na San Mamés należy ocenić pozytywnie. Ta uwaga dotyczy zwłaszcza kapitalnego w destrukcji Busiego, który swoimi ostatnimi występami dał pozytywne sygnały o powrocie do wielkiej formy oraz raczej na dobre zepchnął do linii obrony Javiera Mascherano.

Nie da się napisać o wszystkich zawiłościach tego newralgicznego w systemie gry Barcelony miejsca. Bo należałoby wspomnieć również o tym, że choć Rafinha z Iniestą zapewnili kibicom doskonałe widowisko przeciwko Villarrealowi, to jednak balans pomiędzy obroną a atakiem został niebezpiecznie zachwiany. Ale dziś, po okresie błędnej tułaczki, bardziej niż kiedykolwiek wydaje się, że Barça wraca do gry o najważniejsze trofea. Nie tylko dzięki wspaniałemu tridente w ataku i nadzwyczajnej solidności w defensywie, ale również w oparciu o rewitalizację tak istotnej przecież linii pomocy. Rewitalizację, która na margines spycha Xaviego i Iniestę, nie tak dawnych przecież bohaterów.

Mateusz Bystrzycki, autor książki „Gerard Piqué. Urodzony na Camp Nou”

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (102)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze
« Powrót do wszystkich komentarzy