Pożegnalny list Xaviego do Luis Aragonesa

Jan Kidawa

2 lutego 2014, 15:51

El País

43 komentarze

Zapraszamy do lektury listu do zmarłego wczoraj, byłego selekcjonera reprezentacji Hiszpanii, Luisa Aragonésa. Szkoleniowca wspomina Xavi Hernández, który wiele zawdzięcza właśnie temu trenerowi. Tekst ukazał się dziś na łamach hiszpańskiego dziennika El País.

„Pan nie jest Japończyk, żeby nie rozumiał, co do pana mówię", powiedział mi pewnej nocy. Mam go przed oczami, znajduje się w jednym z hotelowych pokoi. Wiem, że będę za nim tęsknił. I to bardzo. Bardzo kochałem Luisa Aragonésa. I bardzo dużo z nim rozmawiałem.

Wiedziałem, że nie był w najlepszej formie, ale nie miałem pojęcia, że to coś tak poważnego. Nie zdawałem sobie sprawy, że odejdzie tak nagle, tak szybko, w ten sposób. „Mam się dobrze, mam się dobrze", mówił, kiedy pytałem go o zdrowie. Rozmawialiśmy co jakiś czas, gdyż stanowił dla mnie przykład, od kiedy tylko go poznałem. Przypuszczam, że to trener, z którym najwięcej rozmawiałem o futbolu. Przychodziłem do jego pokoju i rozprawialiśmy godzinami, czasami w stylu: „To jest właśnie klucz Xavi, żebyśmy wiedzieli, jak chcemy grać". Zawsze bardzo ważnym było, aby, oprócz połączenia na boisku samych najlepszych graczy, nie bać się nikogo, żadnej drużyny, nieważne, ile by biegali. „Zarówno pan, jak i ja dobrze wiemy, że piłka i tak jest szybsza od nich. I że operujemy nią lepiej niż oni", mówił mi. Z Luisem mam najlepsze wspomnienia, jeśli chodzi o samą rozmowę. I nie ważne, czy odbywała się w korytarzu, czy w jadalni. Zawsze dawał ci do myślenia. I zawsze miał rację. Zawsze.

Luis zawsze patrzył ci w twarz. Na treningu podchodził do ciebie i mówił: „Pan się obija. Przyszedł pan tu trenować i ja nie widzę, żeby pan to robił. Nie podoba mi się to". Po czym odchodził. Luis zawsze mówił wszystko bez ogródek, prosto w twarz. „Ty nie zagrasz, bo w tym tygodniu szkoda było na ciebie patrzeć. Jesteś zmęczony czy co?", czy też: „Byłeś dziś fantastyczny, nadchodzący tydzień jest twój", „Masz mnie za idiotę? Myślisz, że jestem głupi?". Taki właśnie Luis był naprawdę...

Pamiętam też pewną anegdotę związaną z tym, jak po raz pierwszy powołał mnie na zgrupowanie reprezentacji. Nie zadzwonił do mnie podczas pierwszego zgrupowania kadry, a na następnym, w sierpniu, jak tylko przyjechałem, już na mnie czekał. „Co myślałeś, co? Że ten stary skurwysyn cię nie weźmie? A ja przerażony odparłem: „Nie, ani przez chwilę tak nie pomyślałem trenerze". A on na to (cały Luis): „Tak, tak, mnie nie tak łatwo oszukać. Póki co na górę i potem porozmawiamy". Tamtego dnia rozmawialiśmy przez wiele godzin. 

Luis to fundamentalna postać zarówno w mojej karierze, jak i w całej historii La Roja. Bez niego to wszystko byłoby niemożliwe. To dzięki niemu wszystko się zaczęło. To on połączył nas, tych najmniejszych: Iniestę, Cazorlę, Cesca, Silvę, Villę... Z Luisem dokonaliśmy rewolucji. Przełożyliśmy wściekłość na posiadanie piłki i udowodniliśmy, że owszem, można wygrać, grając dobrze. Jeśli nie wygralibyśmy mistrzostw Europy, nie zdobylibyśmy później pucharu świata. Oczywiście nie można tutaj zapomnieć o roli innego fenomenu, czyli Del Bosque.

Na Luisie ciążyła spora presja, gdyż to on wyznaczył nam drogę. To on nadał reprezentacji Hiszpanii styl, który ma do dziś. Na tym polu zawsze się ze sobą zgadzaliśmy. To Luis dobrze ocenił sytuację i postawił na niskich graczy. „Będę stawiał na dobrych, gdyż są na tyle dobrzy, że wygramy te mistrzostwa Europy". I wygraliśmy. Był inteligentny i bardzo odważny.

Na płaszczyźnie osobistej Luis sprawił, że znowu poczułem się ważny. I to w momencie, kiedy moja samoocena była tragicznie niska. To on powierzył mi stery w reprezentacji, kiedy nie miałem ich nawet w Barcelonie. „Tutaj pan rządzi", powiedział mi, „A mnie niech krytykują". Postanowiłem odwdzięczyć mu się za otrzymane zaufanie na boisku. Jeśli wybrano mnie najlepszym piłkarzem tamtych mistrzostw Europy, to tylko dzięki niemu. Choć on sam temu zaprzeczał. Łączyło nas wiele szczególnych momentów. Do Niemiec przyjechałem z kontuzją, a on i tak na mnie czekał. Odwiedził mnie w Barcelonie, gdyż martwił się o moje kolano. Pamiętam, jak wraz z Paredesem (człowiekiem od przygotowania fizycznego) w ramach rehabilitacji wchodziłem na górę La Mola, a Luis dzwonił do mnie co chwilę i mówił: „Postaraj się Xavi, przecież wiesz, że na ciebie czekam".

Słowo futbol już na zawsze powinno iść w parze z nazwiskiem Aragonés. Luis to futbol w czystej postaci. Jest personifikacją futbolu.

Żegnaj Trenerze. Dziękuję za wszystko. I niech pan pamięta: „Ani pan, ani ja nigdy nie byliśmy Japończykami".

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (43)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze
« Powrót do wszystkich komentarzy