/Poniższy tekst jest opinią jego autora i nie reprezentuje stanowiska całej redakcji w poruszonym temacie/
„W każdym klubie jest święta trójca - piłkarze, trenerzy i kibice. Prezesi do niej nie należą. Oni są tam tylko po to żeby podpisywać czeki". Bill Shankly
Jak wiadomo legendarny menedżer Liverpoolu, Bill Shankly, nie przebierał w słowach. Do historii przeszło wiele jego ostrych i bezkompromisowych wypowiedzi, takich jak stwierdzenie, że gdyby Everton grał w jego ogródku zasunąłby zasłony, czy też wykład, którego udzielił pewnego razu Tommy'emu Smithowi na temat prawa własności względem kolana gracza The Reds: „Ściągaj ten bandaż! I co masz na myśli mówiąc „moje kolano"? To kolano należy do Liverpoolu!". Jednak mój tekst postanowiłam rozpocząć od innego cytatu Shankly'ego, w którym tym razem nie oszczędził on włodarzy i zarządców klubów piłkarskich. Rozpoczęłam od tego zdania, ponieważ wbrew pozorom pociąga ono za sobą wiele pytań. Ile racji miał Shankly wymieniając swoją „świętą trójcę"? Czym tak właściwie jest „klub"? I do kogo w końcu należało kolano Tommy'ego Smitha?
Klub - czyli co?
Problem ten poruszył, czy raczej w marginalny sposób zasygnalizował, Sid Lowe w swoim felietonie dla Guardiana. „Czym jednak jest klub?" - pytał Lowe i już po chwili sam sobie odpowiadał. - „Abstrakcyjne pojęcie „klubu" sprzeciwia się instytucjonalnej rzeczywistości. Kluby są prowadzone przez ludzi, którzy często błądzą i często kierują się egoistycznymi pobudkami. Piłkarze nie dbają o swoje kluby. A jak wielu właścicieli dba? Czy Glazerowie są kibicami Manchesteru United? Czy Tom Werner dorastał oglądając co weekend mecze Liverpoolu? Kluby prowadzone są przez ludzi, ludzi, którzy wykorzystują swój status „klubu" jako własną przewagę. Sędziami i jurorami są kibice". W słowach Lowe'a wydaje się pobrzmiewać ten sam sceptycyzm względem rzeczywistej roli klubowych włodarzy, który wręcz wylewa się z otwierającego ten tekst cytatu Shankly'ego. Jednak zostawmy na chwilę kwestię zarządów i prezesów, o tym później, a skupmy się na pytaniu, które postawił Sid Lowe, i które nadal pozostaje otwarte: czym jest klub?
Klub - czyli kto?
Może to jest bardziej odpowiednia forma tego pytania? Niejeden raz spotykamy się i niejeden raz sami powtarzamy takie deklaracje jak: „jestem wierny mojemu klubowi" czy „kocham ten klub". W naszym przypadku słowo „klub" oczywiście tożsame jest zwykle ze słowem „Barca". Jednak co tak naprawdę deklarujemy w ten sposób? Komu jesteśmy wierni? Kogo kochamy? Piłkarzy? Trenerów? Zespół techniczny? Zarząd? Całą społeczność kibiców? W końcu wszyscy oni: od pań sprzątających korytarze La Masíi począwszy, na prezydencie skończywszy, tworzą klub. Jednak to tylko wymiar hierarchiczny, zaś istnieje co najmniej jeszcze jeden, który powinniśmy wziąć pod uwagę: wymiar czasowy. „Klub" to nie tylko Barça w chwili obecnej, wykadrowana ze swojej historii, ograniczona do ścisłych ram czasowych, w których dane nam było ją poznać. Barça to cały szereg ludzi na przestrzeni ponad stu lat, szereg ludzi rozpoczynający się od Joana Gampera. Klub piłkarski to suma bardzo wielu elementów, wielu składowych, a za każdym z nich kryje się człowiek. To generuje kolejne pytanie: czy wszystkich członków klubu, (a może powinnam napisać „twórców", bo klub jest formą dynamiczną, cały czas się zmieniającą), czy wszystkich członków klubu, zarówno w wymiarze hierarchicznym, jak i czasowym, traktujemy tak samo? Czy wszystkich w taki sam sposób identyfikujemy ze słowem Barca? I jeśli nie* to dlaczego? Czy wartościując tę identyfikację z klubem poszczególnych jego członków jesteśmy w stanie dokonać prostego rachunku ich zasług i win względem... no właśnie, względem klubu? I czy da się tego w ogóle w jakikolwiek sposób dokonać? Najwyższy czas by uciec do kolejnego akapitu, zanim zginę pod lawiną piętrzących się niebezpiecznie pytajników.
Akapit bezpieczeństwa czyli „wewnątrz" kontra „na zewnątrz"
Kwestia hierarchiczności jest chyba najłatwiejsza do rozwiązania. Widząc armię rzadko kiedy rozpatrujemy niezależnie zasługi każdego z szeregowców ponieważ postrzegamy ich jako zbiorowość. Tak samo jest z całą armią anonimowych ludzi dźwigających na swoich barkach sporą część ciężaru klubu.
O wiele bardziej interesująca jest kwestia postrzegania klubu i ludzi, którzy go tworzyli, w kontekście, który nazwę roboczo strukturalno-temporalnym. Brzmi groźnie, jednak to właśnie ta płaszczyzna przynależności do klubu generuje najwięcej kontrowersji i konfliktów. Doświadczyliśmy tego na własnej skórze, niejeden raz. Podstawowym pytaniem jest tutaj czy klubem są tylko ludzie, którzy znajdują się w nim w tej chwili? To uproszczenie, które przychodzi nam bardzo łatwo, jednak i ono często stosowane jest wybiórczo. Niektórzy piłkarze czy trenerzy opuszczając Barçę zostają nagle zdegradowani przez kibicowską społeczność do roli „historii", „przeszłości", „ludzi zupełnie niezwiązanych już z klubem" czasem nawet „zdrajców". Innych obdarzamy ciepłą pamięcią powtarzając, że zawsze będą częścią klubu. Skąd ta różnica? Czy na pewno wynika jedynie z bilansu zasług dla drużyny i z okoliczności opuszczenia klubu? Sądzę, że nie. Bardziej niż kwestia zasług i obiektywnej oceny (a przynajmniej jej próby) jest to kwestia naszych własnych emocji. Często im większe nadzieje z kimś wiążemy i im bardziej utożsamiamy tę osobę z naszą wizją klubu tym łatwiej przebywa ona w naszych umysłach drogę od „bohatera do zera". Thiago Alcântara zgrabnie służy za przykład.
Wszystko to sprowadza się do tego, że jeśli ktoś Barçę opuścił, z takich czy innych przyczyn, bardzo łatwo przychodzi nam wyciąć go z mozaiki ludzi tworzących klub. Zupełnie jakby liczyło się tylko to, co tu i teraz. Dla wielu z pewnością to właśnie się liczy, ale jeśli tak jest, jeśli zgadzamy się przyjąć to założenie, to jednocześnie musimy pogodzić się z tym, że odcinamy się od całej klubowej historii. Bo historia nie jest wybiórcza. Jeśli sięgamy po gumkę i wymazujemy nią niewygodny portret Luisa Figo to równie dobrze to samo możemy uczynić z Kubalą. Albo z Messim. I nie ma tu znaczenia, że ich zasługi wobec klubu oraz stosunek wobec niego nie są równe. Są historią i częścią klubu. Nie każda część musi być chlubna.
Pułapka wybiórczości
Odgrzewając kotlety i sięgając w niedaleką przeszłość łatwo znaleźć przykłady. Od czasu objęcia przez Guardiolę Bayernu niejeden raz spotkałam się z opiniami oburzonych barcelonistów grzmiących, że Pep zaatakował „klub". W tym miejscu zataczamy koło i powracamy do niedawnych słów Lowe'a. „ Kluby prowadzone są przez ludzi, ludzi, którzy wykorzystują swój status „klubu" jako własną przewagę. Sędziami i jurorami są kibice". Pułapka wybiórczości, w którą wpaść nader łatwo, pozwala nam uwierzyć, że „klub" tożsame jest z „zarząd". W tym przypadku „klub" tożsame jest nawet z „prezydent". Nie jest, nie było i nigdy nie będzie. Na całe szczęście. Żaden klub nie jest strukturą jednolitą. Żaden nie obywa się bez drobnych (albo i całkiem dużych) wojenek podjazdowych i formowania się zwalczających wzajemnie, mniej lub bardziej publicznie, stronnictw. To naturalne, w końcu klub, to ludzie. Trzymając się przykładów i analizując przypadek - Guardiola wyraził żal wobec osoby, dość mocno spersonalizowany. Jednak ponieważ zadziałała optyka „wewnątrz" - „na zewnątrz", wielu osobom łatwo przyszła całkowita identyfikacja osoby Rosella z klubem a, co za tym idzie, osoby Pepa jako jego przeciwnika. Nie Rosella, klubu.
Pójdźmy krok dalej i przyjrzyjmy się przykładowi jeszcze świeższemu. Podobny proces dotyka Johana Cruyffa. Ponieważ były trener i legenda Barçy nie znajduje się już wewnątrz klubu łatwo zanegować jego związki z nim i wrzucić go do worka z napisem „opozycja". Jeśli Johan w mało wybrednych słowach obchodzi się z barcelońskim prezydentem (i nie z nim jednym) to przecież musi oznaczać, że za nic ma Barçę. To takie kuszące uproszczenie, tak łatwo rozróżniające ludzi na dobrych i złych, przyjaciół i wrogów. Klub i nie-klub. W najlepszym przypadku Holendrowi można wypomnieć starczą demencję. Tyle że demencja niesie za sobą zaburzenia pamięci, więc co można zarzucić kibicom, którym udało się zapomnieć o roli Cruyffa w tworzeniu Dream Teamu, fundamentu pod budowę Barçy takiej, jaką jest dziś?
Nawet Abidalowi, przez długi czas idolowi i wzorowi culés (póki Francuz nosił koszulkę blaugrana, oczywiście), nie udało się uciec spod topora. Wystarczyło, że wyraził rozczarowanie postanowieniem klubowych decydentów, na mocy którego nie przedłużono z nim kontraktu. Natychmiast dało się słyszeć głosy, że Éric płacze, że nie powinien narzekać, że tak nie zachowuje się mężczyzna. Tymczasem co mogłoby bardziej wybitnie świadczyć o jego identyfikacji z Barçą niż chęć pozostania w klubie, która w sposób oczywisty była powodem jego rozczarowania?
Propaganda sukcesu
Przyczyn takiej optyki, którą kibice, czyli jak pisze o nich Lowe - sędziowie, okazują nadzwyczaj często jest sporo. Jadnak jedną z najważniejszych jest wyjątkowo mocne pragnienie wcielenia w życie propagandy sukcesu. „Propagandę sukcesu" rozumiem jako próbę dość nachalnego wybielenia obrazu klubu**. Chcemy wierzyć w to, że nasz klub jest czysty i nieskazitelny. Że każda podjęta decyzja jest słuszna, każde wypowiedziane słowo wyważone. To dlatego zawsze stajemy po stronie „klubu", czy może raczej tych, których uważamy za „klub". Dlatego w każdym słowie wypowiedzianym przez kogoś „z zewnątrz" względem kogoś „z wewnątrz" tak łatwo widzimy atak. Atak na świętą i nieskalaną ideę klubu.
Oczywiście jeśli tylko zdobędziemy się na odrobinę emocjonalnego dystansu optyka łatwo może się zmienić. Nie ma ludzi idealnych i nieomylnych, dlatego nie ma też idealnych klubów. Każdy w swojej historii (rękami i słowami zarządzających nim ludzi) podejmował błędne decyzje, często krzywdzące innych członków klubu. Każdy błądził.
Klub w walce z klubem
Jeszcze niedawno popatrywaliśmy, może z uśmiechem, w kierunku Realu Madryt, gdzie we wzajemną grę polegającą na kopaniu pod sobą dołków zaangażowało się całkiem sporo osobistości: José Mourinho, Florentino Pérez, Jorge Mendes, Ramon Calderón, Jorge Valdano, w końcu nawet Iker Casillas... Środowisko madridismo łatwo uległo podziałom, łatwo wpadło w pułapkę wiary, że skoro klub targany jest konfliktami ludzi, którzy go tworzą, lub tworzyli, to znaczy, że jedni z nich są klubem a inni nie. Albo nawet, że jedni są klubem bardziej od innych.
Teraz pewnie mniej nam do śmiechu, bo ta sama pułapka coraz szerzej rozdziawia paszczę przed barcelonismo, jednocześnie kiwając zachęcająco palcem i nakłaniając nas żebyśmy dali się złapać. Trawiąca Barcelonę prywatna wojenka Rosella i Laporty, w którą z rozmaitych przyczyn, przyczyn często osobistych, zaangażowało się wiele osób z klubowego środowiska, buduje iluzję konieczności podziałów. Prezydent zbywa to uśmiechem i machnięciem ręki mówiąc, że wszyscy jesteśmy barcelonistas. Jesteśmy, ale to nie oznacza, że kiedykolwiek przestaną funkcjonować „-izmy", które Sandro według swoich deklaracji tak bardzo chciałby wyeliminować. Nie przestaną one istnieć dopóki ludzie najbardziej opiniotwórczy w barcelońskim środowisku i najbardziej odpowiedzialni za klub, jako całość, nie zakopią wojennego topora. Do tego czasu będą istnieć laportiści i roselliści, cruyffiści i guardioliści, i nie oznacza to, że którekolwiek z tych stronnictw jest bardziej „klubowe" od innego. Po prostu każde z nich trochę inaczej widzi klub i trochę innymi priorytetami się kieruje. Trzeba to uszanować i przestać wyrzucać za klubową burtę tych, których opinia w tej materii jest inna.
Uproszczenie zakładające, że teraz „Barçą" jest Sandro Rosell i jego zarząd już po chwili zastanowienia prowadzi do paradoksów. Bo jeśli tak, to znaczy, że Laporta jest wrogiem „Barçy", ale jednocześnie, jeszcze parę lat wcześniej to on był „Barçą"? A wcześniej Gaspart? To dopiero radosna myśl! W uproszczeniu tym jest o tyle prawdy, że każdy z prezydentów i członków zarządu ukuł swoją małą cegiełkę klubu***, jednak utożsamianie któregokolwiek z nich z klubem jako takim jest ogromnym błędem. Osobiście jestem w tej kwestii bliższa filozofii Shankly'ego, zaś szczególnie rozsądna wydaje się ona właśnie w czasach konfliktów pomiędzy wymienionymi bohaterami. Konfliktów osobistych, w których tak łatwo zasłonić się słowem „klub", wykorzystując je jako magnes w poszukiwaniu popleczników.
Do kogo należy kolano Tommy'ego Smitha?
Pytanie ostatnie i fundamentalne. Czyje, w epoce wewnątrzbarcelońskich wojen, jest kolano Tommy'ego Smitha? Z ciężkim sercem nie mogę zgodzić się z opinią Shankly'ego w tej kwestii, nie należy ono do Liverpoolu, a przynajmniej nie zawsze.
Niech naszym wirtualnym kolanem stanie się opinia i publiczne jej wypowiedzenie. Nie każde słowa ludzi, w taki czy inny sposób związanych z klubem, mają konotacje klubowe. Nie każde są oficjalnym stanowiskiem klubu i nie każde są wypowiedzią skierowaną w klub. Zwłaszcza, gdy są to słowa krytyczne. Pozwólmy ludziom, którzy są częścią Barçy, zachować margines człowieczeństwa i odrębności od tego, czym jest klub. Oczywiście, są osoby, na których spoczywa większa odpowiedzialność za swoje słowa ze względu na społeczną pozycję. Oczywiście, nie raz padły, padają i jeszcze padną słowa, które paść nie powinny. Jednak nie zawsze musimy nadawać im klubowy podtekst.
Jestem pewna, że jeśli Tommy'emu Smithowi zdarzało się zasiąść przed telewizorem zakładając nogi na stół, to jego leżące na stole kolano nie służyło w tej chwili Liverpoolowi w żaden sposób. A to, czy zakładanie nóg na stół jest godne pochwały, czy też nie, pozostaje poza ramami tych rozważań.
*Ależ oczywiście, że nie. To pytanie było jedynie retoryczne. Jeśli znajdę kogoś, kto pod groźbą wariografu, odpowie na nie twierdząco, to jestem skłonna zafundować mu swoistego konia z rzędem naszych czasów, jakim jest zwykle butelka dobrego trunku.
**Choć oczywiście w przypadku Barçy „wybielenie" nie jest najbardziej trafionym terminem.
***I często całkiem sporo zupełnie prywatnych cegiełek, z których można by postawić niezłą willę.
Komentarze (76)