Wywiad FCBarca.com: M. Bystrzycki, cz. 3

Challenger

7 września 2013, 15:00

28 komentarzy

FCBarca.com: Jak można ocenić bilans Davida Villi na Camp Nou?

Mateusz Bystrzycki: W sezonie 2010/2011 Villa strzelił 18 goli, dokładając do tego 10 asyst. Następna kampania już nie była tak udana, ale za kadencji Tito Vilanovy „El Guaje" wpakował kolejne 10 goli. Te liczby nie powalają na kolana, należy jednak wziąć pod uwagę poważną kontuzję Villi oraz fakt, że wielokrotnie był zmuszany do gry na pozycji skrzydłowego, choć Hiszpan najlepiej czuje się na szpicy.

Villa miał wielkie momenty w Barcelonie. Wystarczy przypomnieć bramkę z finału Ligi Mistrzów z Manchesterem United, która definitywnie rozstrzygnęła kwestię zwycięstwa. Villa przybił swój stempel na Pucharze Europy i drużyna już nie wypuściła go z rąk. Dublet podczas „manity" to inny przykład, a tych ważnych goli napastnika z Asturii było więcej. Swoją grą i tym co zaprezentował w pamiętnych dla klubu meczach, David Villa zasługiwał na więcej minut, a przede wszystkim wsparcie i zaufanie. Pod koniec jego przygody z Les Corts odnosiłem nieodparte wrażenie, że „El Guaje" myślami błąka się już poza Barceloną, a odpowiednia pomoc nie nadeszła ani ze strony drużyny, zajętej bieżącymi sprawami i zdrowiem Tito Vilanovy, ani ze strony sztabu szkoleniowego, ani też włodarzy klubu. Dlatego ocena jego ostatniego sezonu w barwach Barçy nie może być jednoznaczna. „El Guaje" nie otrzymywał wielu minut, ale gdy już wybiegał na plac, to bardzo nieregularnie, epizodycznie, zrywami. Widoczny był wówczas brak płynności w grze, której Villa potrzebował jak ryba wody. To z kolei budowało jego kiepską kondycję mentalną. Villa jest typem gracza, który odżywa, gdy się na niego stawia, gdy czuje zaufanie szkoleniowca i drużyny. Brakowało mu tego w rozgrywkach 2012/2013 i w kilku innych momentach jego pobytu na Camp Nou.

Czy Messi nie stał się na przestrzeni ostatnich dwóch sezonów „nadpiłkarzem" w składzie Barçy? To trend ze źródłami już podczas obecności na Camp Nou Zlatana Ibrahimovicia, ale pewnych zachowań Messiego nie widzieliśmy wcześniej wcale, a ostatnio widzimy je regularnie. Czy Messi czuje się pana zdaniem za pewnie, jak można by to zmienić i przytemperować zapędy egoistyczne Argentyńczyka?

Mniejsze obciążenie minutami Messiego to bardzo dobry kierunek. Nie chciałbym być odebrany jako osoba widząca w Messim źródło kłopotów Barçy - absolutnie nie, bo Messi to najlepszy piłkarz świata, a także pokorny, spokojny, skromny człowiek, w dodatku lojalny wobec klubu. Messi jest tej drużynie niezbędny, nie należy podważać sensu opierania drużyny na Argentyńczyku. Wpływ Leo na drużynę jest olbrzymi, ale nie można mówić o uzależnieniu Barçy od Messiego. Barcelona to nie tylko Messi i dziesięć koszulek, to wielcy piłkarze w typie Xaviego, Alexisa, Cesca czy Iniesty. Owszem, „Blaugrana" jest słabsza bez Argentyńczyka, opiera swoją grę na jego geniuszu, ale przeciwne postępowanie byłoby strzelaniem sobie w stopę. Każdy wielki team ma w swoim składzie lidera, bez którego funkcjonuje inaczej, mniej wydajnie i skutecznie, ale świat nie wali się, gdy Barcelonie brakuje Messiego, Realowi C. Ronaldo, a Bayernowi Ribéry'ego. 

Nie powinniśmy także postrzegać Messiego jako nadczłowieka, którego przywileje w szatni są ponad wszystkimi innymi. Nie jest najlepsze dla drużyny, gdy Messi decyduje o tym, kto i na jakiej pozycji ma grać w pierwszym składzie, a tego typu historie w ostatnim czasie docierały do nas niemal regularnie. To nie Messi jest od ustalania, kto ma grać, i nie Messi jest od wyręczania trenera w decyzjach taktycznych. Żaden, nawet najlepszy, piłkarz nie może stać ponad klubem, jego wewnętrzną strukturą czy hierarchią. Nikt nie jest ważniejszy od interesu drużyny. Argentyńczyk jest tylko piłkarzem, zatrudnionym i opłacanym przez klub, który określił rangę zawodnika jako niższą w stosunku do trenera. Dlatego bardzo dobrze dla drużyny, klubu i samego Messiego, że na Camp Nou trafiła osoba z zewnątrz, która już od samego początku sezonu stara się przedefiniować rolę Messiego w zespole, oszczędniej zarządza jego minutami i dba w tym wszystkim o odpowiednią komunikację. Widzę w takiej postawie Martino nie tylko troskę o zdrowie i wytrzymałość Leo, czego dotąd brakowało, ale także przypomnienie Messiemu, że jest tylko piłkarzem, pracownikiem klubu. Messi musi odpoczywać, mieć czas na regenerację, „złapanie" głodu futbolu. Przekłada się to na wydajność w pressingu, przygotowanie motoryczne i kondycyjne. Postępowanie Martino to dobry sygnał mentalny dla Messiego, który tak jak wszyscy inni, musi pamiętać o pokorze względem swoich przełożonych.

Postać Martino - rodaka Messiego, osoby przybywającej z Newell's, znającej jego trenerów z okresu juniorskiego - gwarantuje Messiemu „miękkie przejście" w tym procesie?

To prawda. Martino powiedział niedawno: „Nie będę ściągał Messiego z boiska w pięciu meczach z rzędu". To pokazuje jego mądrość i logikę postępowania. Uważam, że to krok w dobrym kierunku. Poprzedni szkoleniowcy traktowali życzenie Messiego jak rozkaz. Leo chciał grać zawsze, więc wychodził w pierwszym składzie nawet w starciu mniej ważnym czy prestiżowym, i to na pełne 90 minut.

Na całym świecie najlepsi odpoczywają i rozumieją, że czasem muszą ochłonąć, złapać oddech, spojrzeć na boisko z dystansu. Wyjątkiem od tej reguły był Messi, który decydował, kiedy i jak gra. To niestety zarzut pod adresem dotychczasowych szkoleniowców Barçy. Messi jest najlepszy na świecie, być może najlepszy w historii, ale jest tylko pracownikiem klubu o ludzkich przypadłościach podobnych do zwykłego śmiertelnika. W trosce o losy jego i drużyny należy zadbać o zdrowie i odpoczynek Argentyńczyka, a także zrozumienie roli w funkcjonowaniu klubu. Jestem przekonany, że przy odpowiedniej komunikacji i argumentacji to zadanie uda się wykonać nowemu trenerowi.

Czy możemy się zatem spodziewać, że Martino częściej będzie stawiał na piłkarzy ze względu na ich formę, a nie za nazwisko? Pamiętamy, że było tak w przypadku Xaviego wiosną tego roku, kiedy grał w Gran Derbi choć ewidentnie był pod formą, a Fàbregas z Thiago siedzieli na ławce.

To jest niezwykle delikatna materia. Szczególnie w Barcelonie, w szatni pełnej mistrzów świata i mistrzów Europy. To miejsce, które hołduje przeszłym legendom, ludziom, którzy zasłużyli się dla klubu. To wspaniałe, bowiem szacunek i pamięć o historii są równoznaczne z wysoką kulturą osobistą oraz lojalnością względem tradycji i tożsamości.

Bez względu na dyspozycję obecną czy tę z poprzedniego sezonu, należy pamiętać, że np. Xavi zrobił dla Barçy tak dużo, jak mało kto. Kibice winni mu są każdego dnia respekt i uznanie za to, czego dokonał, za lojalność względem klubu i odpowiednie reprezentowanie klubowych wartości. Przy postaci tego formatu, zasłużonej także dla reprezentacji Hiszpanii, żadna decyzja nie jest łatwa dla trenera, ale dyspozycja minutami musi być zależna od aktualnej dyspozycji i wartości piłkarskiej. To warunek równorzędnej rywalizacji na najwyższym, światowym poziomie. W pewnym momencie zasługi, medale i honory należy odłożyć do klubowego muzeum. Myślę jednak, że obecny sezon i obecność Martino na ławce przyniosą zmianę tej kwestii w przypadku Xaviego.

Jeśli w najważniejszych meczach sezonu „Generał" nie będzie odpowiednio dysponowany, jego grze będzie brakować elementu zaskoczenia, i będzie ona wyglądać tak, jak jego wypowiedzi, to trzeba będzie sięgnąć po inne rozwiązania, piłkarzy lepiej dysponowanych. Na starcie nowej kampanii można zauważyć, że Martino widzi w dobrze wyglądającym Fàbregasie następcę Xaviego właśnie.

Brak zakupu defensora w letnim okienku transferowym to mimo wszystko ryzyko ze strony władz klubu i wspierającego tę decyzję swoimi wypowiedziami trenera Martino. Czy nie prognozuje to zespołowi kłopotów na decydującą fazę sezonu?

W przypadku Barcelony stawiałbym na pierwszym miejscu tzw. transfery wewnętrzne. Zanim Barça zerknie poza swoje terytorium w poszukiwaniu nowego piłkarza, powinna wnikliwie przejrzeć zasoby własne młodych talentów. Są one imponująco olbrzymie. To nie tylko kwestia sportowa czy finansowa, ale również uczciwości wobec barcelońskich wartości i polityki transferowo-kadrowej, która przyniosła drużynie sukcesy i międzynarodowy splendor. To gracze będący w pierwszej drużynie, na jej zapleczu i w drużynach młodzieżowych stanowią podstawę funkcjonowania klubu, jego DNA i tym samym fundament tożsamości.

Poza tym widzę w tej sytuacji rękę Gerardo Martino, po którym widać, że chce kontynuować politykę, która do tej pory przynosiła Barcelonie sukcesy. Nikt nie zamierza dokonywać tu trzęsienia ziemi i bardzo dobrze. Po 0:7 z Bayernem pojawiły się głosy o potrzebie rewolucji, ale zostały szybko stłamszone hasłem „ewolucja". Tej ewolucji Barcelonie rzeczywiście potrzeba i Martino wydaje właściwą osobą na właściwym miejscu.

Jeśli do Barcelony nie może trafić stoper z absolutnie najwyższej, światowej półki, który nie będzie potrzebował długich tygodni na aklimatyzację, mogący właściwie od razu wskoczyć do pierwszego składu, to najlepszym transferem Barcelony będzie zdrowy Carles Puyol. To postać pomnikowa, którą śmiało można ustawiać na jednym poziomie z Xavim, Iniestą, którego absolutnie uwielbiam, czy Valdésem. Przy całym moim krytycznym osądzie w stosunku do władz klubu, w tej akurat kwestii uważam, że „Puyi" będzie odpowiednią osobą do wzmocnienia formacji defensywnej.

Inna sprawa, że nie dziwię się, że Martino „na dzień dobry" podporządkował się sugestii klubu w sprawie stopera. Przyjście byłego szkoleniowca Newell's na Camp Nou odbyło się w atmosferze współczucia dla Tito Vilanovy, całość miała charakter ekspresowy. Ponadto, Argentyńczyk jest nowy w Barcelonie, miejscu, które nigdy nie było i nie będzie łatwe, środowisko jest specyficzne, a wymagania olbrzymie. Martino nigdy nie pracował w klubie o takim wymiarze organizacyjnym i minie jeszcze trochę czasu zanim wypracuje sobie pozycję i autorytet na Camp Nou. To wszystko sprawia, że bez widocznego sprzeciwu uległ sugestii włodarzy klubu, która zakładała transfer wewnętrzny w postaci Puyola.

Czy chce pan przez to powiedzieć, że nowy trener Barçy chce w ten sposób jakby przypodobać się władzom klubu, koniec końców swoim nowym przełożonym?

Nie. Po prostu nie jest jeszcze na tyle silną postacią, żeby w takiej sytuacji postawić veto. Martino doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jeszcze wielu osobom będzie musiał udowodnić swoje umiejętności i kompetencje, że nie znalazł się w tym klubie przez przypadek. Pomimo swoich wcześniejszych, niebagatelnych przecież dokonań.

Minęło parę dni pomiędzy naszymi rozmowami i znowu łubu-du! Ofiarą omawianego ostatnio horrendalnej wysokości transferu Bale'a stał się Mesut Özil. Ku zaskoczeniu mnóstwa obserwatorów, z Cristiano na czele. Czy rzeczywiście odejście głównego asystenta Portugalczyka z Madrytu, jednego z niewielu graczy Realu Mourinho, który poniżej pewnego poziomu zwyczajnie nie schodził - wzmocni nie tylko „Kanonierów", ale i Barcelonę?

Nie chciałbym postrzegać odejścia ważnego zawodnika Realu Madryt, jako wzmocnienie Barcelony. Wolałbym, żeby Blaugrana była silniejsza względem rywala dzięki dokonaniom własnym, a nie Madrytu. Musimy być zjednoczeni i skupieni na zwycięstwie być może jak nigdy dotąd i odpierać ataki przeciwników tylko na boisku. Nigdy poza nim. Barça musi być silna dzięki głodowi trofeów, profesjonalizmowi, zaangażowaniu, wierności swoim ideom, zjednoczeniu barcelonismo, odpowiedniej komunikacji pomiędzy drużyną, sztabem, a dyrekcją klubu. Barça powinna być silna dzięki samej sobie, swojej postawie meczowej i nie tylko, a nie ze względu na osłabienie personalne tego czy innego rywala.

Wydaje się, że w takim układzie ogromną odpowiedzialnością za rozegranie w Realu zostanie obdarzony Luka Modrić. To piłkarz, który w zeszłej kampanii rozegrał w barwach „Królewskich" 3-4 udane mecze, z czego tylko na Old Trafford z renomowanym rywalem i w wakacje z powrotem na Wyspy wysyłała go cała angielska piłkarska mediosfera. Pozbycie się Özila i pozostawienie w klubie Modricia wyjdzie Realowi bokiem?

Mesut Özil to wspaniały piłkarz, którego pierwszy ogląd robi olbrzymie wrażenie. Prowadzi piłkę tak, jakby miał ją przywiązaną do stopy jakąś niewidzialną żyłką, jest elegancki, kreatywny i bardzo dojrzały, a przecież to stosunkowo młody zawodnik. Nie wiem, czy odejście Niemca odbije się Realowi czkawką i prawdę mówiąc nie chcę wdawać się w tę polemikę. Wolę poprzestać na przyznaniu, że Özil to wspaniały gracz, a jego odejście, zestawione z przyjściem Garetha Bale'a za ponad 90 mln euro, wywołuje przedziwne wrażenie, że to, co Real zbudował transferami Isco, Illarramendiego, Carvajala czy Casemiro legło w gruzach. Być może sportowo, a na pewno wizerunkowo.

Szatnia „Królewskich" ledwie odetchnęła po odejściu José Mourinho i jego przybocznych, ciągle zmaga się z kwestią Ikera Casillasa, nie przyjęła jeszcze Bale'a, a znów w niej zawrzało ze względu na odejście zawodnika, do którego nie można było mieć zastrzeżeń. Özil był jednym z ostatnich winnych niepowodzeń Realu, był ponoć lubiany przez piłkarzy i kibiców. Jakby na to nie spojrzeć, sądzę, że to błąd, ale to nie powinniśmy się tym zajmować. Madrycki klub zachował się przy tej sytuacji w swoim, znanym nam stylu, który sprawia, że nigdy nie byłem i nie będę kibicem tej drużyny.

Jeśli wierzyć madryckim mediom, ultimatum dla Ancelottiego było trochę inne. Albo Özil, albo Di María... Niemiec dawał stabilność, pewność, chłodną głowę. Argentyńczyk - wprost przeciwnie. Zdolny w pojedynczych meczach otrzeć się o geniusz, ale drugiego piłkarza o tak zmiennej formie na tym poziomie chyba nie znajdziemy. Włoch podjął właściwą decyzję czy raczej odpalił sobie bombę z opóźnionym zapłonem?

Wolałbym nie odpowiadać na to pytanie. Nie postrzegajmy rzeczywistości w kategoriach zero-jedynkowych, radykalnych, ostatecznych. Dostrzegajmy barwy pośrednie, tonujmy nastroje, zachowujmy wstrzemięźliwość i uczciwość oceny, zwłaszcza w rozmowie o Realu Madryt. To rywal, niestety także poza boiskiem, ale jednocześnie przeciwnik, którego należy szanować i oddać mu należny pokłon. Real to wielki klub.

Kogo w Realu darzy pan największym uznaniem za walory piłkarskie?

Sergio Ramos. To utalentowany i wszechstronny piłkarz. Doskonały w kryciu, odbiorze, grze na wyprzedzenie, poukładany technicznie, niemal zawsze skupiony i skoncentrowany, pełen pasji i zaangażowania. Ramos to jakościowy piłkarz, na którym zawsze możesz polegać, niemal nie schodzi poniżej wysokiego poziomu. Widać, że jeśli do niego trafisz, może nawet umrzeć za drużynę i trenera. Nie zawsze podoba mi się jego zachowanie, zarówno na boisku, jak i poza nim, ale należy przyznać, że Ramos jest jednym z najlepszych defensorów świata.

Które drużyny zaliczyłby pan do grona faworytów, których możemy spodziewać się w półfinałach? Dlaczego te konkretne ekipy? Znamy już zestaw uczestników, grupy, więc można już powiedzieć coś konkretnego. Świadomie nie mówimy o faworycie do zwycięstwa, bo tego nie przewidzi nikt, ale o gronie czterech zespołów mających pana zdaniem największe szanse na końcowy triumf.

Przed nami fascynująca Liga Mistrzów. Drużyn wygłodzonych, w pewnym sensie zranionych, z przebudowanymi składami, po wzmocnieniach, z nowymi szkoleniowcami, jest bardzo dużo. Zwłaszcza w Anglii. Wiadomo, że Premiership czuje się mocno zdyskredytowana wynikami swoich klubów w LM przed rokiem. Kluby z Wysp zrobią wszystko, aby tym razem zatrzymać hegemonię hiszpańskich drużyn i rozwój trendu niemieckiego, który na przestrzeni ostatnich lat niewątpliwie ma miejsce.

A jakie jest pana zdanie na temat Pepa Guardioli i jego okoliczności odejścia z Camp Nou?

Uważam, że Pep Guardiola zasłużył na dozgonną wdzięczność i szacunek, za to jakim był piłkarzem, a także trenerem. Kwestie sportowe są niepodważalne, on już zawsze będzie wielki, bo zapisał się w historii klubu. W Barcelonie wystąpił w 479 meczach, zdobył 16 różnych tytułów. „Mundo Deportivo" napisało o nim kiedyś: „Najmłodszy bohater, jakiego kiedykolwiek miała Barca".

Jako trener dał jej 14 tytułów, ale być może większą wagę ma to, jak reprezentował klub na poziomie instytucjonalnym, a także czego dokonał w kwestii krzewienia filozofii i tożsamości Barçy, a także jej polityki personalno-kadrowej. Można zważyć wszystkie sukcesy, rekordy czy liczbę debiutantów, a i tak będzie to niewielki wycinek zasług Pepa. Styl gry drużyny, promocja idei „barcelonismo" na świecie, a także niekwestionowana elegancja i kultura osobista - to są dokonania epokowe, zmieniające historię Barcelony, nie do przecenienia. Pep to geniusz, najlepszy trener w historii Barçy.

Co dla mnie szczególnie istotne, w życiu Guardioli rozwój duchowy i intelektualny zawsze odgrywał ważną rolę, kiedy był piłkarzem widywano go w teatrach, operach czy barcelońskich kinach. Kiedy w jednym z programów telewizyjnych został zapytany o ulubioną piosenkę, jednoznacznie wskazał na utwór katalońskiego barda, Lluisa Llacha, pt. „Amor particular". Jeśli ktoś jeszcze nie miał styczności z Llachem, to polecam. Wzruszające, melancholijne, nostalgiczne.

Guardiola wręcz obnosił się z miłością do Barcelony, właściwie każdą swoją decyzję motywując przywiązaniem do klubowych barw, imponująca jest jego lojalność względem etyki i zasad. Nie wiem, czy największym sukcesem Guardioli nie jest styl jego Barcelony oraz genialne wręcz rozwinięcie i popularyzacja etosu Barçy jako „czegoś więcej niż klub". Jego profesjonalizm, system wartości, sposób bycia i prezencja są imponujące, dla mnie to wzór. I choć dziś jest daleko od Barcelony, z całego serca życzę mu powodzenia. Pep to gwarancja wiedzy i profesjonalizmu. Nawet jak nie uda mu się z Bayernem, i tak będzie wielki. Obronią go wartości i zaangażowanie.

Co sądzi pan o początku sezonu w wykonaniu Bayernu Guardioli? Po porażce z Dortmundem w Superpucharze Niemiec na katalońskiego trenera spadła silna krytyka, remis z Freiburgiem też nie napawał optymizmem, ale Pep odkuł się w Pradze, pokonał Chelsea i zdobył swoje pierwsze trofeum dla Bawarczyków. Jak ocenia pan przebieg tego meczu? Do czego zdolny jest Bayern pod wodzą Guardioli?

Bayern ma fantastycznych piłkarzy i kompetentnego trenera. Ponadto, dyrekcja sportowa pełna jest wykwalifikowanych, doświadczonych, zaangażowanych ludzi futbolu, o olbrzymiej wiedzy i autorytecie. Do tego świetne szkolenie młodzieży, zaplecze, finanse i logistyka - czego chcieć więcej? Bayern zdolny jest do wszystkiego. Zasłużenie wygrał Superpuchar Europy i jestem przekonany, że przed Bawarczykami kolejne sukcesy. Siłą rzeczy Guardiola będzie naszym przeciwnikiem, rywalem, ale nigdy wrogiem, a już na pewno nie zdrajcą.

Zdaniem wielu obserwatorów Barcelonie brakuje planu B. Mają rację?

Barcelona potrzebuje planu B. Mówiliśmy o tym w trakcie naszego poprzedniego spotkania, dlatego odsyłam do drugiej części rozmowy. Pragnę stanowczo, raz jeszcze, podkreślić, że jeśli Barça zmodyfikuje czasem swoją grę, nie będzie oznaczało wystąpienia przeciwko sobie i własnym wartościom. Barcelona incydentalnie musi być chłodną, wyrachowaną, oszczędną maszyną, która będzie umiała kalkulować i zadawać decydujące ciosy w najmniej spodziewanym momencie. Sprzedaż piłkarzy o charakterystyce takiej, jak Yaya Touré, Seydou Keita czy Zlatan Ibrahimović ograniczyła pole manewru Barçy do jednego konceptu taktycznego, modelu. To szczytna idea, efektowny styl gry, estetycznie może najlepszy - nikt do tej pory nie wymyślił czegoś bardziej efektownego i jednocześnie tak skutecznego, bo przecież porażki z Bayernem, Realem w Pucharze Króla czy trudy pojedynku z Atlético nie mogą przekreślać tego, co Barça osiągnęła przez ostatnie lata, zachowując wierność swojemu stylowi, szczególnie za kadencji Guardioli. Jednak plan B jest koniecznością. Gdyby czasem wystąpiła w innym składzie niż przyzwyczaiła do tego rywali, w innym ustawieniu taktycznym, np. z dwoma defensywnymi pomocnikami albo - choć w to akurat nie wierzę - pozyska nagle klasyczną „9-kę" pod postacią napastnika rosłego, silnego, potrafiącego grać tyłem do bramki, to od razu utrudniłaby zadanie swoim rywalom, którzy w jednowymiarowości taktycznej „Dumy Katalonii" czytają ostatnio jak z otwartej księgi. Powtórzę: nie oznaczałoby to porzucenia własnej tożsamości na boisku, bo Barcelona nie może być zakładniczką swojego stylu gry, piłkarskiego DNA.

Rzeczywiście, zostało to już zauważone w meczach presezonu, widzimy to także u progu nowej kampanii. Może to właśnie jest pomysł Martino na reaktywację potęgi Barcelony w tym sezonie, oby tak było. Dziękujemy za rozmowę.

To ja dziękuję za możliwość zaistnienia na łamach FCBarca.com. Dla mnie to wielkie wyróżnienie, by nie powiedzieć: zaszczyt. Choćby z racji faktu, że jestem „culé", a stronę odwiedzam stosunkowo często. Możliwość skonfrontowania swoich opinii z Czytelnikami FCBarca.com to dla mnie olbrzymia wartość i ciekawe doświadczenie. Zapewniam, że biorę pod uwagę Państwa głosy, wczytując się w nie z chęcią samodoskonalenia i ewentualnej korekty swego stanowiska. Raz jeszcze dziękuję.

Z red. Mateuszem Bystrzyckim rozmawiali Żwirek i challenger

* Mateusz Bystrzycki - dziennikarz sportowy z 12-letnim stażem. W 2009 roku trafił do stacji Sportklub Polska, gdzie pracuje do dziś. Na przestrzeni ostatnich lat skomentował blisko 400 meczów z udziałem najlepszych drużyn świata.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (28)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze