Barcelona zrobiła to po swojemu i odzyskała dumę

Challenger

14 marca 2013, 10:50

25 komentarzy

Punktem honoru dla Barçy jest zwyciężanie poprzez piękną grę. Nie ma jednego bez drugiego – to credo tego klubu. Barcelona zwróciła się do swych najgłębszych wartości i zdołała odwrócić losy dwumeczu po rozczarowującym 2:0 we Włoszech. Barça wróciła i pozostaje najbardziej przerażającą siłą współczesnej piłki.


I znowu na sam koniec Katalończycy wrzucili obrońcę do ataku. Tym razem nie był to Gerard Piqué ani akt desperacji. Lionel Messi pociągnął chwilę z piłką, znalazł na prawej flance Sáncheza. Na przeciwległym skrzydle, Jordi Alba młócił po trawie, nogi galopujące jak u Strusia Pędziwiatra. Doliczony czas gry, na tablicy wyników bezpieczne 3:0, niby można odetchnąć, a tu nagle lewy obrońca pędzi pod pole karne przeciwnika.

Są tacy, którzy uciekli by z piłką do rogu, ale Sánchez nie myślał o tym, tylko podniósł głowę. Zamiast zająć się kradzeniem sekund, posłał idealną centrę Jordiemu Albie. Gol, 4:0, ulga i odrodzenie.

Piłkarze Barcelony powrócili do tego, co dobrze znają, gdzie nie tylko chodzi o to, żeby wygrać, ale też: „jak”. Zrobili to po swojemu. Do strzału Alby w ostatnich minutach niebezpieczeństwo wciąż wisiało w powietrzu. Wystarczyło jedno trafienie Milanu, by Barcelona znalazła się za burtą Ligi Mistrzów. Pomimo całej dominacji gospodarzy, to nie było niemożliwe – M’Baye Niang trafił wcześniej w słupek („W tym klubie nie możesz popełniać takich błędów” – zaraz po meczu samokrytycznie powiedział o tej sytuacji Javier Mascherano.), a gdy mecz zbliżał się do końca, Jordi Alba skutecznie powstrzymał Robinho przed samą bramką. Na koniec postawili kropkę nad „i”.

 „Nawet jeśli byśmy przegrali, powiedziałbym to samo: Jestem dumny z tego zespołu”, na pomeczowej konferencji prasowej stwierdził asystent trenera, Jordi Roura. Mascherano dodał: „Fani wracają do domu szczęśliwi, tak samo ze względu na rezultat, jak jakość naszego występu.”

OK, przede wszystkim z powodu wyniku. Ale tutaj obie te rzeczy nie są ze sobą rozłączne. To zaskakujące, jak często są traktowane jak by były. „Wolisz wygrać czy grać pięknie?” – to pytanie często zadawane w Hiszpanii. Niezależnie od tego, że „grać ładnie dla oka” często jest naładowane wieloma zbędnymi frazesami, odpowiedź najczęściej jest bardzo krótka: grać z rozmachem, dosłownie zabrać rywalom piłkę – to najprostsza droga do zwycięstwa. Taka jest mentalność tutejszej piłki. Widzieliśmy wspaniały spektakl i w tej wspaniałości na wskroś barceloński. Wierność swojemu stylowi pozwoliła im wyrwać ten awans na swoją stronę. Tego ranka już nie wydaje się, żeby cokolwiek było nie tak z piłkarską filozofią FC Barcelony.

W listopadzie, Andrés Iniesta analizował dla “Guardiana” styl gry stosowany przez Barçę i hiszpańską reprezentację. Powiedział nam wtedy: „Nie chodzi o to, że chcemy zrobić z futbolu naukę ścisłą i mówimy: grając w ten sposób, zawsze wygrasz. Gramy tak, bo nam to pasuje, odpowiada. Nie mamy wielu piłkarzy pozwalających nam grać inaczej. Ludzie mówią o futbolu „pragmatycznym”, podporządkowanym wynikowi... Dla nas to jest pragmatyzm. Tak jest nam wygodnie, z taką grą czujemy się dobrze, tak chcemy grać i uważamy, że grając w ten sposób mamy największą szansę na jak najlepszy wynik.”

Albo to, tym razem z po meczu: “Powróciliśmy do źródeł naszych sukcesów, odzyskaliśmy styl gry, który stanowił tożsamość tej drużyny przez ostatnie pięć lat”, wyjawił dziennikarzom we wtorkowy wieczór Javier Mascherano, jeden z tych o najkrótszym stażu w zespole; z pełną świadomością, że „to prawda, przez pewien czas byliśmy daleko od takiej piłki”.

Nie chodzi o to, że Barcelona zmieniła w tydzień swój styl gry. Dani Alves stawia sprawę jasno: chodzi o jego odzyskanie. „Możesz przegrać mecz, ale [jako drużyna – przyp. chllngr] nie możesz nigdy stracić swojej tożsamości.”

DNA Barçy ma się dobrze. Rozmowy o planie A czy B stają się jałowe, gdy tiki-taka działa. Owszem, inne opcje są przydatne, potrzebne, ale piłka nożna jest bardziej skomplikowana niż kilka szablonów do wyboru. Plany A, B, C czy D – czasem nie chodzi o to, by do celu dążyć na wiele sposobów zależnie od okoliczności, lecz wybrać jeden i stosować go dobrze, z konsekwencją. Jest powód, dla którego na Camp Nou sprowadzono Zlatana Ibrahimovicia i jest też powód, dla którego się go pozbyto.

Jedenastka Barçy, która wybiegła na murawę we wtorek, jest identyczna do składu, który zaczął finał Ligi Mistrzów 2011 z Manchesterem United, za wyjątkiem Abidala, zastąpionego Albą. Wracając do źródeł tamtego sukcesu, Barcelona odzyskała efektywność swojej gry – cecha, której tak bardzo brakowało im ostatnio. Naturalnie, nie brakowało różnic, detali, niuansów, które zmieniły obraz gry (liczba strzałów z dystansu, na początek), ale ta Barcelona, którą oglądaliśmy we wtorek – wyglądała znajomo. Ta z ostatnich trzech tygodni – ani trochę.

David Villa odzyskał rolę snajpera i skuteczność. Niezależnie od tego, jak wyjaśnił później Roura, Villa wiązał do siebie stoperów Milanu, kreując przestrzeń dla Iniesty, Xaviego, Alvesa i Messiego, pomagając drużynie efektywnie rozciągać grę. Iniesta w środku pola jest sobą, nie to co na zesłaniu pod boczną linią. Xavi porządnie wypoczęty. Busquets, jak zwykle, był niesłychany.

Bez Cesca Fàbregasa tłok w środku od razu zniknął. Messi też nie musiał się tam krzątać, bo z Villą u boku nie musiał stawiać czoła pomocnikom gości, lecz mógł grać znacznie wyżej, co natychmiast dało efekty. Alves grał szeroko i kursował od jednej linii końcowej do drugiej, zapewniając drużynie przestrzeń i agresywność.

No i jeszcze jedna rzecz – przed meczem Carles Puyol podkreślał, że Barcelona musi odzyskać niedającą rywalom oddychać presję jak najwyżej na ich połowie, która latami cechowała ich grę. I proszę, we wtorek wysoki pressing wrócił. Pełna mobilność piłki i ciał. Momentami wyglądało to niesamowicie. Zapierało dech. Bramki przyszły po znakomitych przechwytach: Iniesty przy golu nr 2, Masche przy trzecim. Trzy tygodnie spędzone na przygotowaniach do tego meczu, przyniosły efekt. Była skuteczność, była pewność siebie i tego, że ten sposób zapewni Camp Nou wieczór doskonały.

Często zapomina się, że FC Barcelona to drużyna atletów, nie tylko estetów; sportowców, dla których kondycja fizyczna jest fundamentalna. Zeszli z boiska wycieńczeni. Mascherano musiał zejść z powodu skurczów. “To prawda, że ostatnio brakowało nam świeżości”, zauważył Jordi Alba, „ale mieliśmy ją dzisiaj.” Fakt, szczególnie gdy mamy przed oczami jego sprint w ostatniej akcji meczu.

“Dzisiaj”, jak ujął to Roura, “wróciliśmy do bycia drużyną, którą byliśmy zawsze.”


* Sid Lowe - stały korespondent The Guardian. Ekspert ligi hiszpańskiej, którą opisuje od kilkunastu lat. Mieszka w Madrycie.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (25)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze