Barcelona równie dobrze może odebrać koronę mistrza La Liga już teraz. Żaden zespół nie odrobił tak dużej różnicy punktów, by wygrać ligę - a Real Madryt prawdopodobnie nie przejdzie do historii i nie dogoni Katalończyków.
W 2011 roku, ludzkie koło na murawie, piłkarze i skład wirują oraz śpiewają, samotny kamerzysta wewnątrz uwiecznia chwilę. W niedzielny wieczór nie było świętowania - w rzeczywistości musieli się bardzo starać, aby nie świętować - ale być może po raz trzeci w ciągu siedmiu lat FC Barcelona wygrała ligę na stadionie miejskim w Walencji. Tym razem nie w maju, lecz w listopadzie; nie matematycznie, lecz praktycznie. Do takiego wniosku doszło wiele osób. I tak naprawdę nie można ich za to winić.
Sport nazwał to "coup de grâce" (dobicie rannego - red.), a Mundo Deportivo decydującym "ciosem", podczas gdy AS pisał, że Barcelona "uciekła", a okładka Marki ostrzegała: "Oddalają się".
Być może już do tego doszło. Niewiarygodnie genialny Andrés Iniesta strzelił jedną bramkę i asystował przy trzech, w tym przy dwóch Messiego, w zwycięstwie nad Levante 0:4. To był czwarty z rzędu mecz wyjazdowy, w którym Barcelona strzeliła 4 razy i złożyło się to na osiągnięcie najlepszego startu w historii ligi hiszpańskiej. Drużyna Tito Vilanovy strzelała już 43 razy w tym sezonie, Messi zaś zdobył 19 z nich - tak wiele, jak Emilio Butragueño w sezonie 1990/91, gdy został królem strzelców. Z 12 zwycięstwami i 1 remisem w 13 spotkaniach, Barcelona wyrównała rekord Madrytu z sezonu 1991/92.
W tym sezonie Real raczej nie wygra ligi. Barcelona to zrobi. Jednak Vilanova szybko stwierdził, że Barça nie wygrała jeszcze tej kampanii. "Liga wygrana?", zapytał. "Nie. Wciąż pozostaje 75 punktów do zdobycia, a Atlético jest zaledwie 3 za nami".
Atlético? Ała. To prawdopodobnie nie był zamierzony kopniak, ale być może był najmocniejszym kopniakiem z możliwych. Wymierzonym z wielkiego Doc Martensa. Spoglądając w poniedziałkowy poranek w ligową tabelę widzimy Madryt zaledwie trzy punkty za Barceloną. Problem w tym, że to Atlético Madryt. I to oni są osiem punktów przed swoimi sąsiadami ze stolicy, z którymi zmierzą się w ten weekend. Okładka Marki deklarowała: "Oddalają się" i nie chodziło tylko o Barcelonę, ale także o Atlético.
Jednak jakkolwiek genialne było Atlético w tym sezonie - a było wspaniałe; konkurencyjne, dobrze zorganizowane i zaskakujące skuteczne - gdy dochodzi do wyścigu o tytuł trudno brać pod uwagę jakąś drużynę poza Realem i Barceloną. A w tej chwili nie dzielą ich tylko dwa miejsca, ale też 11 punktów. Różnica jest dramatyczna i naprawdę może być decydująca, nawet tak wcześnie. Na tym poziomie, w ostatecznym rozrachunku, to właśnie takie liczby dają możliwość redukowania luk punktowych. Jedenaście punktów to tylko o trzy więcej od sumy straconej przez Madryt w poprzednim sezonie i tylko o dziewięć więcej niż udało się zdobyć Barcelonie.
Madryt przegrał już 3 razy w lidze, pięć we wszystkich rozgrywkach - w ciągu trzech miesięcy więcej niż w całym poprzednim sezonie. W ciągu 21 spotkań przegrali tyle, ile wcześniej w 58 meczach. Żaden zespół nie zniwelował takiej różnicy punktowej, by wygrać ligę. Nigdy. W historii Madrytu sześciu trenerów doszło do tego momentu sezonu z ośmioma, lub więcej, punktami straty: Amat, Quincoces, Valdano, Toshack, García Remón i Schuster. Żaden z nich nie zachował posady.
Sid Lowe: Wspaniała Barcelona już teraz powinna być ukoronowana
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (17)