Poniższy felieton powstał pod wpływem chwili. Jego bohater przeżywa obecnie trudne chwile, z pewnością jedne z najtrudniejszych w swojej dotychczasowej karierze. Ale powróci. Zwycięży. Jak zawsze.
David Villa, bo o nim mowa doznał koszmarnie wyglądającej kontuzji podczas półfinałowego meczu Klubowych Mistrzostw Świata przeciwko katarskiemu Al-Sadd. El Guaje wiedział, co się stało. Jego mina mówiła wszystko. Z zewnątrz był twardy, ale w środku cierpiał. Wyrok: złamanie kości piszczelowej. Powrót do futbolu? Najwcześniej za 4-5 miesięcy. To dla gracza, który obecny sezon indywidualnie był nienajlepszy, brzmiało jak koszmar. Jego kontuzja poruszyła całe Barcelonismo. Koledzy z zespołu na finałowy mecz z Santosem wyszli z koszulkami z napisem Mucha Fuerza Guaje, który miał jasny przekaz. Asturyjczyk jest wielkim twardzielem. Pokazał to zjawiając się tuż po założeniu gipsu na prawej nodze. Nie było lamentu, płaczu, narzekań. Był uśmiech. Już wtedy wiedział, że wróci, że wszyscy będą na niego czekali, że Klub nie będzie szukał dla niego zastępstwa. Byłem dumny z decyzji zarządu i sztabu szkoleniowego, który zdecydował, iż kadra zespołu jest kompletna. Tak naprawdę nie mamy etatowej '9', środkowego napastnika. Jedynym był Villa. Na jego miejsce nikt nie przyjdzie, będziemy czekali na jego powrót tyle, ile będzie trzeba.
David powróci, o tym wiedzą wszyscy. W swoim życiu wygrywał już wielkie ‘mecze'. Niewielu zna pewną historię z dzieciństwa 30-letniego obecnie zawodnika. W wieku 4 lat David spadł ze schodów i złamał kość udową w trzech miejscach. Doszło także do zerwanie więzadeł. Konieczna była operacja, jednak lekarze nie mogli zapewnić, iż nawet pomimo udanego zabiegu, chłopiec będzie normalnie chodził, o grze w piłkę nie wspominając. Istniało ryzyko, iż prawa noga Davida będzie bezużyteczna. Lekarze twierdzili, iż młodziutki chłopak przez całe życie może poruszać się przy pomocy kul. Dzięki ciężkiej pracy i ogromnej determinacji również swojego ojca, David przezwyciężył koszmar, by dziś być jednym z najlepszych piłkarzy świata. Pokonał przeznaczenie, kopał, kopał, kopał aż się dokopał. Na piłkarski szczyt. Jest jednak jeszcze jedna kolejna warta uwagi historia z jego biografii. W wieku 14 lat, po jednym z treningów i nienajlepszych relacjach z ówczesnym trenerem, nastolatek postanowił się poddać i rzucić futbol. Na to nie zgodził się jego ojciec, który przekonał syna, iż zawsze warto walczyć o swoje, do samego końca. Powrócił. I znów zwyciężył. Dziś te dwa istotne wydarzenia w życia Villi można czytać z czystą ciekawością, można tylko gdybać, co by było gdyby nie José Manuel (jego ojciec).
David Villa grając w Valencii był jednym z najbardziej pożądanych piłkarzy na transferowym rynku. Był prawdziwym koszmarem dla bramkarzy rywali, w każdym sezonie walczył o Trofeo Pichichi - tytuł najlepszego strzelca Primera Division. Kilkuletnią walkę o snajpera z zawsze idealnie niczym murawa na Camp Nou ułożoną fryzurą wygrała Barcelona. Ekscytacji jego transferem nie ukrywali zwłaszcza jego koledzy z zespołu, którzy z bramkostrzelnym napastnikiem doskonale znali się z reprezentacji. A już na pewno z jego przyjścia najbardziej cieszył się Victor Valdés. Dlaczego? O tym Culés, którzy z Barçą są nie od dziś doskonale wiedzą.
Villa na Mistrzostwa Świata z La Furia Roja pojechał już jako Blaugrana. Zachwycał jak zawsze. Strzelił 5 bramek zostając królem strzelców turnieju wraz z trzema innymi piłkarzami, a Hiszpanie zdobyli mistrzowski tytuł. Wtedy już nikt nie miał najmniejszych wątpliwości, iż transfer Villi, nawet za 40 milionów euro to strzał w przysłowiową '10'.
Jego kariera na Camp Nou wiązała się jednak ze zmianą pozycji. Przyzwyczajony do gry na szpicy snajper musiał przenieść się na skrzydło i ustąpić miejsca Leo Messiemu. Początkowo mogło się wydawać, iż mając za kolegów właśnie Argentyńczyka, a także Xaviego czy Iniestę, Villa stanie się jeszcze bardziej śmiercionośną maszyną do strzelania bramek. Rzeczywistość okazała się nieco inna. Zmiana pozycji wiązała się z mniejszą skutecznością, a co za tym idzie, mniejszą ilością bramek. Ale tylko skończony kretyn uzna, iż debiutancki sezon El Guaje był nieudany. Pewien mądry człowiek powiedział kiedyś, iż wielkich piłkarzy poznaje się po wielkich meczach. Villa w takich chwilach sprawdza się idealnie. Może nie strzelał tylu goli, co grając dla Los Ches, ale mecze i rywale jakich pokonał w najważniejszych momentach budzą respekt. Wspomnę tylko o dwóch, które wszyscy doskonale pamiętacie. Pierwszy. 29 listopada 2010 roku, pamiętacie tę datę? Tak, tak pamiętna manita i wielkie lanie chłopców niejakiego Mourinho. Villa nie był dobry, nie był bardzo dobry, nie był też świetny. Był zajebisty. Drugi, jeszcze bardziej wyjątkowy - finał Ligi Mistrzów w Londynie. Wielu miało pretensje, iż Villa, który pod koniec sezonu delikatnie mówiąc nie błyszczał formą, na najważniejszy mecz sezonu wyszedł w pierwszym składzie. Pep mu zaufał, a David odwdzięczył się „najważniejszym golem w karierze". Golazo Asturyjczyka było zwieńczeniem wspaniałego spektaklu, który całemu światu sprezentowała wielka Barça. Za darmo.
Początek obecnego sezonu był równie niesamowity. Arcymocny Real mierzył się z wakacyjną Barceloną w finale Superpucharu Hiszpanii. Tradycyjnie lepsza okazała się Blaugrana, a kolejne golazo Davida było dowodem na to, że ten wyjątkowy piłkarz nawet nic nie grając jest w stanie strzelić gola, który sprawia, że nawet największy rywal robi w gacie nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje. Pewnie wszyscy pamiętacie zachwyt Szpaka po strzale Villi, czy jedno z nielicznych mądrych zdań wypowiedzianych przez ‘komentatora' sic! Trzeciaka. Później było już gorzej, David nie strzelał tylu bramek, ilu oczekiwano, grał poniżej oczekiwań. Chwile słabości zdarzają się nawet najlepszym, a że jak dotąd nie było bardzo ważnego meczu, to gdzie Guaje miał się pokazać? :) W GD nie zagrał. Niemal od początku sezonu, David grał z bólem w piszczelu, który był spowodowany jego delikatnym pęknięciem. W chwili gdy nasz napastnik na noszach opuszczał boisko w meczu z Al-Sadd, fala krytyki, która na niego spadła poszła w niepamięć. Boli mnie jednak fakt, iż wielu było takich, którzy stwierdzili, że po takiej kontuzji już nie wróci na poziom, którym zachwycał, że jest na to... za stary. Pisaliście to i inne jeszcze większe pierdoły. Jeśli nadal tak uważacie... Obejrzyjcie powtórki meczów o których wspomniałem powyżej albo wylejcie do zlewu whisky, piwo czy co tam teraz pijecie, bo bredzicie.
Ostatnim napastnikiem, który przez kibiców Barcelony (w Polsce) nie był krytykowany był Samuel Eto'o. Gracz absolutnie wspaniały, którego zawsze będę szanował i za którym zawsze będę tęsknił. Kochałem go za charakter. Zapominacie jednak, że on jako ostatni... grał na swojej pozycji, nie musiał ustępować Messiemu. Przez całe 5 lat spędzonych na Camp Nou. Ot taka różnica. David nie zawsze musi dawać drużynie bramki, jest graczem na tyle szczególnym, że potrafi brak goli odpracować grą w innych aspektach. Gra na skrzydle dla piłkarza, który najbardziej błyszczał na szpicy to ogromne wyzwanie. Pokazał to już przypadek Henry'ego. Ci którzy skreślili już Villę śmieszą mnie tak samo jak pewien gracz Realu Madryt, który kolejną (którą to już?) wygraną z jego drużyną nazwał „przypadkiem". Może nie napisałbym o tym gdyby takie zdanie padło z ust Ikera Casillasa czy Xabiego Alonso. Powiedział to jednak gość, który w GD pojawia się tylko na początku meczu, gdy na ekranie telewizorów przedstawiają składy. Mesut Özil. Znacie takiego? Z El Clasico raczej nie, w nich zawsze grała tylko jego koszulka. Wiem, że pojawią się głosy o mojej wrogości do Madrytu, ale zdążyłem się już do tego przyzwyczaić i szczerze mówiąc obchodzi mnie to tak samo, jak to, kto został mistrzem świata w czyszczeniu lodu przez ślizgającym się czajnikiem.
David Villa wyjątkowy jest i basta. On wróci, jeszcze silniejszy. I znów będzie strzelał w najważniejszych meczach. Marzę, by wrócił na finał Ligi Mistrzów, strzelił w nim bramkę i wzniósł ku górze Puchar Mistrzów. A marzenia podobno się spełniają. Wiem, że wrócisz tam, gdzie jest Twoje miejsce. Na szczyt. Mucha Fuerza Guaje!
Komentarze (279)