Rok po 'Vilafrancagate'
Był wtorek, 13 lutego. Słoneczny poranek w Vilafranca del Penedés przyćmiły kontrowersyjne i ostre słowa Samuela Eto'o, który postanowił dać upust nagromadzonym emocjom i powiedzieć, że w szatni Barcelony nie ma sielanki, a jest nieład. Padło wiele gorzkich słów w kierunku trenera, niektórych piłkarzy i otoczenia klubu. Nikt nie był na to przygotowany.
Dzisiaj mija rok od tamtego niechlubnego incydentu. Z perspektywy czasu można spojrzeć na to co wydarzyło się przez 365 dni, choć dla Dumy Katalonii dobrego było niewiele. Polegliśmy na wszystkich możliwych frontach, a z drużyny, która była wzorem dla całego piłkarskiego świata, staliśmy się największym rozczarowaniem. Odrodził się za to Real Madryt, który na życzenie Barçy sięgnął po mistrzowski tytuł.
Przypadek czy nie? Niestety od słynnej 'Vilafrancagate' wyniki nie uległy poprawie. Gwoli sprawiedliwości należy powiedzieć, iż już wcześniej pojawiały się symptomy problemów, które wróżyły rychły upadek imperium. O ile klęskę w spotkaniu o Superpuchar Europy z Sevillą (0:3 - przyp. red.) uznano jeszcze za wypadek przy pracy, o tyle porażka w finale Klubowych Mistrzostw Świata zapowiadała poważniejszy kryzys. Kontrowersyjne słowa Eto'o z 13 lutego 2007 roku były tylko potwierdzeniem tezy, że w drużynie nie dzieje się najlepiej.
Wszystko to czym Barcelona imponowała przez dwa lata pękło niczym bańka mydlana. Zapalnikiem dla samego Eto'o był mecz Barça-Racing rozegrany na Camp Nou 11 lutego. Kameruńczyk obserwował pojedynek z ławki rezerwowych, bowiem miał za sobą długą rehabilitację po kontuzji. Rijkaard chciał wpuścić go na boisko na ostatnie minuty, lecz napastnik nie pojawił się na placu gry. Trener mówił po spotkaniu, iż Samuel odmówił gry, na co Barcelonismo usłyszało odpowiedź z ust piłkarza dwa dni później.
Rozjuszony Kameruńczyk nazwał Rijkaarda "złym człowiekiem, który na konferencji prasowej mówi, że Eto'o nie chce wyjść na boisko". Dostało się także Ronaldinho, o którym podobnie jak o Misterze Samu nie mówił bezpośrednio podkreślając, iż "jeśli zawodnik zaznacza, że należy myśleć o zespole, sam powinien to robić". Eto'o poruszył także kwestię wojny między Laportą i Rosellem i powtarzał, że jest tym, którzy przede wszystkim myśli o drużynie.
Dzień później w La Masia można było już zobaczyć Eto'o i Ronaldinho w serdecznym uścisku. Zapanował spokój. Rok po tym wydarzeniu wszyscy jego "bohaterowie" kontynuują karierę na Camp Nou. Barça nie jest już jednak na szczycie...
[źródło: Mundo Deportivo]
Dzisiaj mija rok od tamtego niechlubnego incydentu. Z perspektywy czasu można spojrzeć na to co wydarzyło się przez 365 dni, choć dla Dumy Katalonii dobrego było niewiele. Polegliśmy na wszystkich możliwych frontach, a z drużyny, która była wzorem dla całego piłkarskiego świata, staliśmy się największym rozczarowaniem. Odrodził się za to Real Madryt, który na życzenie Barçy sięgnął po mistrzowski tytuł.
Przypadek czy nie? Niestety od słynnej 'Vilafrancagate' wyniki nie uległy poprawie. Gwoli sprawiedliwości należy powiedzieć, iż już wcześniej pojawiały się symptomy problemów, które wróżyły rychły upadek imperium. O ile klęskę w spotkaniu o Superpuchar Europy z Sevillą (0:3 - przyp. red.) uznano jeszcze za wypadek przy pracy, o tyle porażka w finale Klubowych Mistrzostw Świata zapowiadała poważniejszy kryzys. Kontrowersyjne słowa Eto'o z 13 lutego 2007 roku były tylko potwierdzeniem tezy, że w drużynie nie dzieje się najlepiej.
Wszystko to czym Barcelona imponowała przez dwa lata pękło niczym bańka mydlana. Zapalnikiem dla samego Eto'o był mecz Barça-Racing rozegrany na Camp Nou 11 lutego. Kameruńczyk obserwował pojedynek z ławki rezerwowych, bowiem miał za sobą długą rehabilitację po kontuzji. Rijkaard chciał wpuścić go na boisko na ostatnie minuty, lecz napastnik nie pojawił się na placu gry. Trener mówił po spotkaniu, iż Samuel odmówił gry, na co Barcelonismo usłyszało odpowiedź z ust piłkarza dwa dni później.
Rozjuszony Kameruńczyk nazwał Rijkaarda "złym człowiekiem, który na konferencji prasowej mówi, że Eto'o nie chce wyjść na boisko". Dostało się także Ronaldinho, o którym podobnie jak o Misterze Samu nie mówił bezpośrednio podkreślając, iż "jeśli zawodnik zaznacza, że należy myśleć o zespole, sam powinien to robić". Eto'o poruszył także kwestię wojny między Laportą i Rosellem i powtarzał, że jest tym, którzy przede wszystkim myśli o drużynie.
Dzień później w La Masia można było już zobaczyć Eto'o i Ronaldinho w serdecznym uścisku. Zapanował spokój. Rok po tym wydarzeniu wszyscy jego "bohaterowie" kontynuują karierę na Camp Nou. Barça nie jest już jednak na szczycie...
[źródło: Mundo Deportivo]
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (0)