Gwiazdorzy żegnani białymi chusteczkami i gwizdami

Looky

13 maja 2007, 18:39

Brak komentarzy
Klęskę z Getafe piłkarze Barcelony puścili w niepamięć. Wydawało się, że to dobrze i nawet nie szczędzący słów krytyki kibice, w ostatnich dniach "odpuścili" i zgodnie z prośbami zespołu, prawie w komplecie stawili się na Camp Nou. Każdy był zmobilizowany, każdy wiedział gdzie popełnił błąd, każdy miał zagrać na sto procent. W efekcie nadmuchany 80-tysięczną publicznością borodowogranatowy balon pękł dziś z wielkim hukiem pozostawiając po sobie niesmaczny obraz zdegustowanego Laporty, Rijkaarda i drużyny, która zrobiła niewiele, by obronić pozycję lidera. I najbardziej w tym towarzystwie wzajemnej adoracji żal kibiców, którzy wierzyli i mieli nadzieję na dobry wynik. W przypadku Barcelony prezentującej aktualną formę nadzieja jest jednak matką głupich. A tych głupich na Camp Nou było prawie 80 tysięcy.

Zaczęło się dobrze, bo już w 2. minucie faulowany w polu karnym był Deco, a rzut karny pewnie wykorzystał Ronaldinho zdobywając tym samym swoją osiemnastą bramkę w rozgrywkach La Liga. Betis niewiele przeciwstawiał atakującym gospodarzom, którzy za sprawą Eto'o i Messiego już po pół godzinie gry powinni wypracować trzybramkową przewagę. Na uwagę zasługuje zwłaszcza akcja z 32. minuty kiedy Ronaldinho zagrał do Eto'o, a ten mocnym strzałem przewrotką prawie pokonał bramkarza Betisu. Prawie, bo Contreras instynktownie odbił piłkę.

Mimo składnych akcji i ofensywnej gry, Barça imponowała nieskutecznością, co jeśli na początku uchodziło jeszcze uwadze czujnego widza, to z biegiem czasu zaczęło niesamowicie irytować. Mając co najmniej sześć klarownych sytuacji w pierwszej połowie, piłkarze Rijkaarda zachowywali się jak nowicjusze i niemiłosiernie pudłowali. Łapali się za głowę, lecz w głębi duszy zapewne myśleli, że wygrają, bo przecież "coś wpaść musi, a jeśli nie, to skończy się na 1:0 i wszyscy będą zadowoleni". I skończyło się tak jak chcieli, tyle że był to dopiero półmetek tej nierównej dla Betisu konfrontacji.

Po przerwie obraz gry nie uległ zmianie, choć podopieczni Rijkaarda nie mieli już tyle swobody i z biegiem czasu akcje ofensywne były coraz bardziej sporadczyne. Rijkaard wpuścił na plac gry Bellettiego, zdjął natomiast Zambrottę, po dwudziestu minutach Edmílson zastąpił Ronaldinho, a chwilę później Messiego Saviola. Kolejny raz zmiany okazały się kontrowersyjne i całkiem prawdopodobne, że sam trener się w nich pogubił. Nawet jednak takie eksperymenty nie pomogły Betisowi rozwinąć skrzydeł, a że zadowolona z wyniku (o zgrozo!) Barça w pewnym momencie również przestała grać, na placu gry widzieliśmy głównie leżących piłkarzy gości, którzy trzymali się albo za brzuch, albo za nogi, albo za plecy. Trzymanie okazało się zbawienne, bowiem po chwili ból mijał i można było wrócić do gry.

A na koniec stało się najgorsze. Najpierw jeszcze świetną interwencją popisał się Valdés, ale chwilę później Sobis był już bezbłędny i drugą składną akcję Betis zakończył wyrównującym golem. Do końca spotkania pozostało tylko kilka minut i choć zwycięstwo mogli dać jeszcze Iniesta i Deco, to zakończyło się rezultatem 1:1. Na własne życzenie i tylko dzięki totalnej niemocy strzeleckiej Barça oddała pozycję lidera Realowi Madryt.

Po końcowym gwizdku Culés zgotowali Barcelonie to co ona zaprezentowała im w przekroju całego meczu. Obserwując wściekłe twarze kibiców, którzy jeden po drugim coraz odważniej machali białymi chusteczkami, docierał do mnie autentyczny obraz żalu i rozpaczy ludzi, którzy identyfikują się z Barçą w każdym momencie swego życia. Mina Laporty przekazywała milion gestów i cierpkich słów, lecz zarazem nie wyrażała żadnych emocji. Od czasu objęcia zespołu przez Rijkaarda nie widziałem też u niego takiej frustracji jak dziś wieczorem, jego twarz mówiła dużo więcej niż po spotkaniu z Getafe. Holender wyglądał tak jakby szukał azylu w postaci szatni, do której nikt nie będzie miał wstępu. Nie znalazł.

Kiedy w oka mgnieniu kibice odsłaniali monumentalny napis "mes que un club", zadałem sobie pytanie czy bohaterowie są zmęczeni? Na pewno. Ale kiedy traci się pewne trzy punkty, które Barça powinna mieć już w kieszeni po pierwszej połowie, na usta cisną się najbardziej niecenzuralne słowa. Słowa szczerej krytyki należące się wszystkim po kolei - piłkarzom, trenerom, prezydentowi i innym ludziom sytuowanym "na górze". Nie znajduję usprawiedliwienia dla wyniku dzisiejszej konfrontacji.

Gole:
1-0 Ronaldinho (5')
1-1 Sobis (90')

FC Barcelona: Víctor Valdés; Zambrotta (Belletti, 46'), Thuram, Puyol, Gio; Iniesta, Deco, Xavi; Messi (Saviola, 75'), Eto'o, Ronaldinho (Edmílson, 66').

Real Betis: Contreras; Ilic, Juanito, Melli, Isidoro; Capi, Rivera (Assunçao, 58'), Vogel; Odonkor (Robert, 67'), Edu, Fernando (Sobis, 62').

Sędzia: Eduardo Iturralde González

Żółte kartki: Betis: Odonkor, Edu, Vogel; Barça: Gio, Eto'o

Widzów: 77.748

Więcej o przebiegu meczu w relacji live.

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.