Leo Messi rozpalił media sportowe i całe barcelonismo swoim wpisem na Instagramie, ze zdjęciami z Camp Nou. Argentyńczyk wyraził nadzieję na powrót do Barcelony „i to nie tylko po to, żeby pożegnać się jako piłkarz”. Wywołuje to wiele pytań. Czy „Last dance” Messiego w Barcelonie naprawdę jest możliwy?
Szczerze mówiąc, czytając wpis Leo, w pierwszym odruchu sądziłem raczej, że Messiemu generalnie chodzi o powrót w przyszłości do klubowych biur, a na poziomie boiskowym – o potencjalne zorganizowanie jakiegoś pożegnalnego, pojedynczego meczu. Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym więcej zadaję sobie jednak pytań, czy może powrót na nieco dłuższy czas nie byłby możliwy… Rzecz jasna są one wywoływane i potęgowane przez emocje, których w tym szczególnym przypadku nie da się całkowicie oderwać od chłodnej, racjonalnej analizy.
Oczywiście nie mówimy tu o przejściu na stałe. W końcu Leo przedłużył kontrakt z Interem Miami do 2028 roku. Nawet gdybyśmy zakładali istnienie jakiejś klauzuli umożliwiającej przejście do Barcelony, nie wydaje się, żeby Messi na tym etapie życia zamierzał jeszcze wracać do elitarnego futbolu klubowego na dłuższy okres. W grę wchodziłoby zatem raczej tylko wypożyczenie.
Precedensy
Wydaje się, że taki wariant byłby realny. Nie było czasu na szczegółówą analizę przepisów (jeżeli temat będzie grany, oczywiście to zrobimy), ale mamy przecież precedensy pokazujące, że w przeszłości dochodziło do krótkich wypożyczeń gwiazd MLS, korzystając z innego systemu rozgrywek w Stanach Zjednoczonych (wiosna-jesień, rozgrywki startujące w okolicach marca).
Bodaj jedną z pierwszych dużych postaci, które zdecydowały się na taki ruch, był David Beckham. Słynny Anglik, będąc już graczem Los Angeles Galaxy, na początku 2009 roku wylądował na półrocznym wypożyczeniu w Milanie. Co więcej, rok później znów drugą część sezonu spędził w ekipie Rossonerich, na tej samej zasadzie. Beckham wrócił do Europy jeszcze w 2013 roku, gdy dołączył do PSG w ramach wypożyczenia do końca kampanii 2012/13.
Podobny schemat dotyczył byłego piłkarza Barcelony. Thierry Henry na początku 2012 roku wrócił do ukochanego Arsenalu, gdy był zawodnikiem New York Red Bull. Wziął udział tylko w siedmiu spotkaniach, bo wypożyczenie trwało jedynie do połowy lutego, a potem Francuz wrócił do obowiązków w USA. Powrót Henry’ego był jednak wielkim wydarzeniem dla fanów Kanonierów. Podobnych wariantów można by wymienić więcej, żeby tylko wspomnieć wypożyczenie Robbiego Keane’a do Aston Villi w 2012 roku.
Tak więc w przeszłości miały już miejsce wypożyczenia gwiazd z MLS do klubów europejskich w okresie międzysezonowym. W dodatku jedna z nich, Beckham, jest jednym z właścicieli… Interu Miami (posiada mniejszościowy pakiet udziałów). Kto mógłby lepiej zrozumieć od Anglika, który trzykrotnie wracał na Stary Kontynent, chęć powrotu piłkarza, choćby na chwilę, na najwyższy światowy poziom klubowy? Wydaje się, że większościowy właściciel ekipy z Florydy Jorge Mas tak bardzo przychyla Messiemu nieba, że raczej też by nie oponował. A może taki wariant był nawet brany pod uwagę przy porozumieniu z Interem dot. nowego kontraktu…? Ja tylko głośno myślę…
Naturalna dźwignia
Nie powinno być pod tym kątem problemu zwłaszcza w przypadku krótszego wypożyczenia w stylu Henry’ego. Messi mógłby ponownie zakosztować rywalizacji w Europie, godnie pożegnać się z kibicami Barcelony, a potem wrócić do Interu na jego rozgrywki i spokojnie przygotowywać się do mistrzostw świata. Klub z Florydy dostałby z powrotem piłkarza, który znów podbił swoją wartość na rynku i zwiększył zainteresowanie swoją osobą.
Z kolei Barça unormowałaby swoje relacje z gwiazdą, z którą wiąże przyszłość także po zakończeniu kariery sportowej i nabiłaby klubowy budżet ogromnymi zyskami. W końcu ile będzie jeszcze okazji do zobaczenia w Europie najlepszego piłkarza w historii biegającego po murawie? Pamiętając zainteresowanie, jakie wzbudził powrót Henry’ego do Arsenalu, można pomnożyć to przez tysiąc, a wtedy i tak możemy niedoszacować zysków z powrotu Messiego na każdym polu, marketingowym, merchandisingowym, biletowym. Laporta mógłby wpisać dowolną kwotę przy wycenie biletów i wszystkie one na nowym Camp Nou rozeszłyby się jak towary w sklepach przed świątecznym weekendem. Naturalna dźwignia, która nie budzi wątpliwości na poziomie moralnym czy prawnym.
Trudności
Tebas na drodze
Oczywiście trzeba mieć na uwadze, że byłyby też ogromne problemy na drodze do realizacji takiej operacji. Javier Tebas niejednokrotnie potrafił rzucać kłody pod nogi i dodawać kolejne przepisy oraz ich interpretacje, które utrudniały klubom rywalizację na rynku, w myśl utrzymywania dogmatu Finansowego Fair Play. W tym kontekście trudno przewidzieć, jakie byłoby zachowanie nieobliczalnego prezesa, który mógłby nawet zastosować działania wyprzedzające, gdyby zakładał, że Barça może zrobić jakiś myk niezgodny z jego koncepcją, spróbować wykorzystać jakąś lukę w przepisach. Pamiętajmy, że Tebas i jego świta wliczają do FFP niekoniecznie same zarobki piłkarza, ale wręcz kwotę uznaniową wynikającą z ich wyceny wartości wynagrodzenia zawodnika (patrz przypadek João Felixa). Choć przecież powrót Messiego do tej zdziadziałej, czerstwej LaLigi byłby gigantycznym bonusem dla rozgrywek i samego prezesa, przy którym organizacja meczu w USA wygląda jak próba zorganizowania wesela w szopie.
Tebas może zresztą nawet nic nie zrobić, a jest taka opcja, że operacja nie dojdzie do skutku. Barcelona w celu rejestrowania piłkarzy musi spełniać dotychczasowe zasady kontroli finansowej. A nie ukrywajmy, sytuacja jest pod tym względem nadal bardzo trudna. W dodatku potrafi dynamicznie się zmieniać (w ostatnich latach niestety częściej na gorsze...). Czy wliczenie przychodów ze sprzedaży lóż VIP do rachunków i powrót na Camp Nou rozwiążą problem? To jest materiał na zupełnie inne rozważania. Z miejsca możemy jednak założyć, że nie będzie łatwo, zwłaszcza przez wspomniany sposób interpretacji wynagrodzenia piłkarza przez LaLigę. Messi mógłby nawet zgodzić się grać za darmo, Inter mógłby na to przystać, a Tebas i tak nie wliczy „0” do kosztów Barçy.
Co z relacjami z Laportą?
Aspektów całej operacji byłoby jeszcze więcej. Powrót Messiego musiałby też wiązać się z poprawą relacji z Joanem Laportą. Zwłaszcza w roku wyborczym, bo ściągnięcie cracka z Rosario z miejsca wyglądałoby na ogromny sukces obecnego prezydenta, ponieważ odejście Leo stanowiło jeden z zasadniczych zarzutów wobec niego. A nie ma wątpliwości, że te stosunki były fatalne w związku z nieoczekiwanym opuszczeniem Barçy przez Argentyńczyka, które musiało być dla niego prawdziwą traumą. Gdyby nie doszło do chociaż zawieszenia broni ze strony Messiego, nawet przy założeniu powrotu, 38-latek mógłby w tym okresie wyborczym podkopywać wizerunek Laporty. Na co prezydent raczej nie pozwoli.
Mam swoją prywatną tezę, którą się podzielę, choć nie jest ona oczywiście potwierdzona. Wbrew temu, co uważa np. kataloński Sport, nie sądzę, żeby Messi mógł ot tak wejść sobie na Camp Nou pod osłoną nocy bez wiedzy klubu. Zakładam, że Laporta miał świadomość tego przedsięwzięcia. A jednak nie doszło do żadnych przecieków, w mediach nic nie wyszło. Leo mógł sobie sam wrzucić relację o pobycie na stadionie, a Barça zachowała tajemnicę. Czy to był test zaufania wobec władz Barcelony i pierwszy krok na drodze do poprawy stosunków bez czczych gadanin, tylko poprzez realne działanie? Całkiem możliwe.
Co na to Flick?
Inna sprawa, jak do tematu podszedłby Hansi Flick. Niemiec ma już swoją wizję zespołu i pracy, a w trakcie sezonu dostałby zawodnika, o którego wpływie na drużyną można by napisać osobny felieton. Nie mam wątpliwości, że ostatecznie Flick nie miałby nic do gadania, gdyby sprawa była dopinana przez Barcelonę. To zbyt duże przedsięwzięcie, żeby ograniczać je opinią trenera. Na pewno wpłynęłoby jednak na dynamikę drużyny i to też byłaby kwestia do rozwagi z naszej strony w ocenie takiego ruchu.
Gdy emocje biorą górę...
Myślę jednak, że wspomniany wariant chociaż dwumiesięcznego wypożyczenia mógłby zaspokoić nasz głód emocjonalny, dostarczyć kolejnych pięknych wrażeń związanych z godnym pożegnaniem legendy, ale też niekoniecznie musiałby oznaczać jakąś niepowetowaną ingerencję w projekt Flicka. Byłby też chyba najbardziej realną opcją pod kątem interesów Interu czy samego Messiego w perspektywie mundialu. Żadna chłodna kalkulacja i bieżące interesy nie są zresztą w stanie wygrać z poziomem emocji względem wizji ewentualnego last dance tego chłopaczka z Rosario w Barcelonie. Na które zasługuje i on, i my.
Komentarze (66)