Fermín López wrócił tak, jakby nic się nie stało. Jakby te tygodnie przerwy z powodu urazu w ogóle nie istniały, jakby jego mięśnie i czucie piłki nigdy nie przerwały rytmu meczowego. Ostatni raz widzieliśmy go pod koniec spotkania z Valencią, w którym strzelił dwa gole i zszedł z urazem, a potem pauza, rehabilitacja i niepewność, czy po powrocie nie zniknie coś z tej drapieżnej wersji zawodnika. W jego przypadku nie zniknęło absolutnie nic.
Wraca na mecz z Gironą i od pierwszych minut zachowuje się, jakby ktoś go włączył prosto z gniazdka. Kilka typowych już dla niego potężnych uderzeń na bramkę Gazzanigi "na dzień dobry". Choć ostatecznie nie miał udziału przy golu na 2:1, był on zdecydowanie pozytywnym impulsem, za którym nie ruszyli pozostali koledzy. A teraz Olympiakos i pierwszy hat-trick Hiszpana w historii Barcelony w tych rozgrywkach.
I co ciekawe - wszystkie trzy gole lewą nogą, tą, którą jeszcze niedawno określano jako "słabszą", a przecież już ten pierwszy gol z Realem w USA zapowiadał coś zupełnie innego. A przecież Barça cierpiała ostatnio bez "dziesiątki". Dani Olmo nie przekonywał - najpierw zgaszony, potem kontuzjowany. Flick próbował łatać środek różnymi wariantami. Ostatnio dobrze spisał się tam nawet Frenkie de Jong, ale brakowało jednego elementu - zawodnika, który potrafi przyjąć między strefami, obrócić się i bez zastanowienia ruszyć na bramkę.
I wtedy wraca Fermín, w idealnym momencie. Drużyna z lekkim zjazdem formy, Flick szukający nowych impulsów, a tu pojawia się on - z twarzą, której odwaga bije się z każdym spojrzeniem przeciwnika. W samą porę na El Clásico. W samą porę, żeby dać sygnał, że Barça znowu ma kogoś, kto potrafi łączyć bieg z finezją, a serce z chłodną skutecznością.
Komentarze (5)