Decyzja o posłaniu do gry Ansu Fatiego w meczu z Mallorcą wywołała spory szok w otoczeniu kibiców Barcelony. 22-latek od 5 stycznia tylko raz pojawił się na krótko na murawie, a teraz miał wystąpić w podstawowym składzie w kolejnym ważnym spotkaniu w walce o mistrzostwo Hiszpanii. Co być może było jeszcze bardziej zaskakujące, Fati spisał się w nim nadspodziewanie dobrze.
Wychowanek został już przez wielu w zasadzie niemal skreślony. Kontuzje stale uniemożliwiały odbudowę Fatiego, który nawet w obecnej kampanii dwukrotnie wypadał z gry. To sprawiło, że Hansi Flick w zasadzie nie dawał mu szans, zakładając, że napastnik nie jest przygotowany, aby sprostać wymaganiom rywalizacji. Od listopadowego urazu 22-latek grał tylko 28 minut w starciu z Barbastro w Pucharze Króla. Potem już tylko wszedł w samej końcówce pojedynku z Borussią, prawdopodobnie z inicjatywy Lamine Yamala.
Na poważną szansę, pierwszą w podstawowym składzie, Fati czekał od października (spotkanie z Sevillą wygrane 5:1) aż do wczorajszej konfrontacji z Mallorcą. Od początku rywalizacji był bardzo aktywny. Wykazywał się energią i chęcią zrobienia czegoś konstruktywnego w niemal każdej akcji. To właśnie takiej inicjatywy oczekuje się od rezerwowego dostającego szansę w miejsce podstawowego gracza. Fati mógł też zaimponować świeżością w swoich poczynaniach oraz zachowaniem pewnych automatyzmów we współpracy z partnerami. Nie wyglądał źle na poziomie szybkości i gibkości. Nie było też po nim widać dołka mentalnego, w który mógłby wpaść po takiej serii nieszczęśliwych zdarzeń, jakie miały u niego miejsce w ostatnich latach.
Występ Fatiego był pozytywną niespodzianką pojedynku z Mallorcą. Zaskakiwać mogło, że napastnik próbował również technicznych i kombinacyjnych zagrań, nie tylko prostych rozwiązań, co charakteryzuje piłkarzy wchodzących do gry po długim czasie. Choć oczywiście brakuje mu optymalnego czucia piłki (sytuacja, gdy futbolówka mu uciekła przy uderzeniu lewą nogą), to wysłał pewne pozytywne sygnały w tym zakresie. Miał 86% skuteczność podań i zanotował trzy kluczowe zagrania. Oddał cztery strzały. Nieco gorzej było w pojedynkach (wygrał 1 na 8), ale i tak nie wyglądał tak źle na tle rywali, biorąc pod uwagę tak długi brak obycia w rywalizacji.
Ansu w 62. minucie wreszcie schodził z boiska z uśmiechem na twarzy, co stanowi kontrast do poprzedniego meczu, w którym kopnął ze złości lodówkę znajdującą się przy ławce rezerwowych po kolejnej bezowocnej, czyli niezakończonej pojawieniem się na murawie rozgrzewce. Kibice po raz pierwszy mogli zobaczyć przebłyski dawnego potencjału Fatiego i nie ukrywali swojego wsparcia dla wychowanka, parę razy skandując jego nazwisko.
Takie spotkanie może dać 22-latkowi impuls do dalszej poprawy i pozwolić mu poczuć się jak jeden z członków kadry. Zwłaszcza że Fati z pewnością dał argumenty Hansiemu Flickowi, żeby dostawać kolejne minuty, które byłyby cenne także dla zespołu po kontuzji Roberta Lewandowskiego. Droga do jakiejkolwiek odbudowy jest jeszcze bardzo daleka, ale ważne, że wychowanek wykonał ten pierwszy krok, żeby być chociaż wartościowym elementem kadry.
Komentarze (81)