Jak Andrés Iniesta trafił do Japonii zamiast do Chin?
Gdy latem 2018 roku Andrés Iniesta odszedł z Barcelony, świat futbolu spodziewał się, że kolejny rozdział jego podróży rozpocznie się w Chinach. Ale zamiast w Państwie Środka, legenda Barçy nieoczekiwanie wylądowała w Kraju Kwitnącej Wiśni. Leszek Orłowski opisał, w jaki sposób "Don Andrés" znalazł się w Japonii, w książce "Barça. Burzliwa dekada" dostępnej na: https://bit.ly/fcbarca-dekada

fot, Iniestazo, CC BY-ND 2.0
TUTAJ MOŻESZ ZAMÓWIĆ KSIĄŻKI
Fragment
Historia jego odejścia do Azji jest bardzo ciekawa i wielowątkowa. Otóż zaufany współpracownik przywódcy Chin Xi Jinpinga, biznesmen Jiang Lizhang, jest wielkim fanem futbolu. Spośród piłkarzy zaś najbardziej ukochał właśnie Andrésa Iniestę. W 2018 roku był właścicielem dwóch znanych europejskich klubów: włoskiej Parmy i hiszpańskiej Granady. W 2017 roku kupił średniaka ligi chińskiej Chongqing Dangdai (człon dodany do nazwy po kupnie) Lifan i wymyślił sobie, że właśnie u niego zagra hiszpański pomocnik, gdy postanowi odejść z Barcelony, a ściślej – że poprowadzi skromny klub do odebrania w Chinach hegemonii tak znanym zespołom jak Beijing Guoan czy Guangzhou. Dotarł więc do piłkarza i przekonywał go do azjatyckiego kierunku. Gdy wieść się rozeszła, do zawodnika zgłosili się szefowie innych klubów z Państwa Środka, ale Lizhang był pewien, że nie przekabacą Iniesty i ten zostanie zawodnikiem jego ekipy.
A jak nakłonił pomocnika Barcelony? Otóż pan Lizhang ma liczne biznesy. Jednym z nich jest konsorcjum Wuhan Dangdai, które posiada firmę Desports, zajmującą się marketingiem sportowym. Ta z kolei nabyła w 2016 roku udziały w hiszpańskiej firmie z tego sektora, Media Base Sport, której innymi udziałowcami pozostawali koncern Mediapro oraz Pere Guardiola, brat Pepa, a przy tym nie tylko agent, ale też zaufany przyjaciel i doradca Iniesty, a w zasadzie Iniestów, bo Andrés był i jest otoczony liczną rodziną dyskontującą jego piłkarskie sukcesy. Mówiąc o Inieście biznesmenie, mówimy o Andrésie, ale oczywiście trzeba pamiętać, że stoi za nim tata.
Za pośrednictwem Pere w 2017 roku Lizhang zaprosił Iniestę do Chin, gdzie przyjmował go po królewsku. Dotarł do niego jako człowiek, zawarł z piłkarzem coś w rodzaju przyjaźni, nakłonił nawet zawodnika do pozowania w koszulce jego klubu, traktując to jako zapowiedź transferu. Pere zaś miał do zarobienia na całej akcji wielką kasę. Z kontraktów reklamowych, jakie załatwił podopiecznemu w Hiszpanii, między innymi z bankiem BBVA i Sony, Iniesta kasował około pięciu milionów euro rocznie, a Pere rzecz jasna pobierał od tego stosowną prowizję. W Chinach miało to być – i dla zawodnika, i dla jego agenta – nawet osiem razy więcej!
Pan Juan Antonio Iniesta umiał zainwestować pieniądze zarabiane przez syna. Nabył w jego imieniu w rodzinnych stronach Kastylii-La Manchy ziemię – zrazu 10 hektarów, potem kolejne, aż do areału wielkości 140 hektarów – i zaczął na niej uprawiać winorośl oraz produkować wino pod marką Bodega Andrés Iniesta. W 2016 roku firma, pod zarządem nie tylko taty, ale i mamy Andrésa, osiągnęła przychód w wysokości 5,3 miliona euro, zysk netto 436 tysięcy, a jej wartość była szacowana na 32,5 miliona. Dużo, ale nie w zestawieniu z zarobkami Andrésa na boisku. Pan José Antonio chciał więcej. O ambicjach seniora rodu Pere poinformował Lizhanga, a ten zgłosił się do taty piłkarza z ofertą nie do odrzucenia: że sprzeda na chińskim rynku trunek produkowany przez Bodega Andrés Iniesta za 180 milionów euro! Być może został też przy okazji poruszony temat innej rodzinnej firmy, z branży deweloperskiej, założonej przez tatę dla syna: Andrés Iniesta Construcciones. Nic dziwnego, że pan Juan Antonio zaprosił syna na rozmowę.
Jeśli Andrés Iniesta, uważany za bardzo porządnego, uczciwego człowieka, miał jakieś dylematy moralne związane z przenosinami do Azji, to prawdopodobnie pan Bartomeu szybko je rozwiał, mówiąc, że powinien pojechać promować Barcelonę na rynku chińskim, co klubowi jest bardzo potrzebne.
Pozostaje kwestia sytuacji rodzinnej. Andrés Iniesta w 2018 roku miał wraz ze swoją żoną Anną Ortiz troje dzieci, apartament w Barcelonie, dwa domy pod miastem i trzy posiadłości w rodzinnej Fuentealbilli. Nie miał za to – w związku z napiętym kalendarzem europejskich rozgrywek – czasu dla rodziny, na co wielokrotnie narzekał. A liga chińska miała wystartować dopiero w marcu 2019 roku i w ogóle grało się tam mało, przerwa między sezonami każdorazowo trwała trzy miesiące, więc zanosiło się na dużo wolnego bez straty finansowej. Ta perspektywa musiała być kusząca.
A jak to się stało, że mając wszystko dogadane z Chińczykami, Andrés Iniesta znalazł się ostatecznie w Japonii? Zaczęło się od tego, że na wieść, iż piłkarz mający do końca kariery grać w Barcelonie chce jednak odejść, zgłosiły się doń silne kluby europejskie: Manchester City, PSG, Arsenal. Pep Guardiola wcześniej mówił, że tacy zawodnicy jak Iniesta nie mogą po prostu założyć już innej koszulki niż ta ukochanego klubu, ale w nowych okolicznościach złożył ofertę byłemu podopiecznemu i stwierdził, że odejście Iniesty do City zamiast do Chin będzie mniejszą stratą dla futbolu.
W połowie maja, gdy było już wiadomo, że Iniesta opuści Barçę, ale nie było jasne dokąd, sam zainteresowany mówił tak: „Odchodzę, ponieważ uważam, że nie będę w stanie dawać drużynie tyle, ile do tej pory. W Barcelonie są wymagania, którym być może nie mógłbym już sprostać. Ale mam zamiar jeszcze długo grać w piłkę, może nawet dziesięć lat, i nadal zdobywać cenne tytuły. Rozważam dwa kierunki: Chiny i Japonię. Pewne sprawy są już w zasadzie przesądzone, ale nie mogę o tym mówić, dopóki nie skonkretyzują się do końca”. Czyżby Iniesta uznał, że jego gra w Chinach to byłaby jednak jakaś profanacja jego klasy? Czyżby doszedł do wniosku, że skoro chcą go Manchester City i PSG, to nie może odejść do tak słabej ligi jak chińska? Czyżby stwierdził, że skoro już musi grać w Azji, to Japonia będzie lepsza? Z biznesowego punktu widzenia Kraj Kwitnącej Wiśni też dawał Pere Guardioli oraz José Antonio Inieście duże możliwości, choć pewnie nie aż tak wielkie jak Chiny. Dla pana Bartomeu z pewnością był to o wiele lepszy wybór. Właściciel Vissel Kobe, japoński miliarder Hiroshi Mikitani, to przecież założyciel i właściciel firmy Rakuten. A Rakuten od sezonu 2017/18 sponsorował Barcelonę i wedle pierwszej pierwszej umowy miało tak być przynajmniej do 2021 roku; ostatecznie rozstanie nastąpiło dopiero rok później.
Zapewne chodziło jednak o coś jeszcze innego. W dniu, kiedy Iniesta został zaprezentowany jako nowy zawodnik Vissel Kobe, Lizhang zorganizował własną konferencję prasową, na której przeprosił fanów klubu i w ogóle chińskich miłośników futbolu za to, że nie udało mu się zakontraktować hiszpańskiego wirtuoza. „To tylko moja wina” – powiedział, nie rozwijając tematu. Catalunya Radio podało, że chodziło o naruszenie przepisów finansowych obowiązujących chińskie kluby. Ja to widzę inaczej: oto gdy podliczono całkowity koszt operacji sprowadzenia i utrzymania Iniesty w klubie, na końcu pojawiła się kwota 81 milionów euro. A wtedy Xi Jinping wezwał Lizhanga i powiedział mu: „Czyś ty zwariował?”. Mikitami zaś, powiązany z Lizhangiem licznymi biznesami, wybawił swego chińskiego kolegę z honorowego kłopotu, że złożył obietnicę i teraz nie może się z niej wywiązać. Może kiedyś wszystkie aspekty tej sprawy zostaną ujawnione, ale mając na uwadze to, że mówimy o Chinach, raczej bym się tego nie spodziewał.
O książce
Od Luisa Enrique do Hansiego Flicka – jak zmieniła się Barça w ciągu ostatnich 10 lat.
W 2015 roku Barcelona zdobyła potrójną koronę i wydawało się, że nikt ani nic nie zatrzyma jej potęgi. Kilka lat później klub pogrążył się jednak w chaosie – przepalone miliony euro, błędne transfery, nietrafieni trenerzy i nieudolne zarządzanie na każdym szczeblu niemal zniszczyły Dumę Katalonii.
Leszek Orłowski w książce „Barça. Burzliwa dekada” zabiera czytelnika za kulisy wielkich triumfów i bolesnych porażek Blaugrany. Autor pyta, czy legendy takie jak Piqué, Xavi, Iniesta i Busquets nie ponoszą części winy za trudną sytuację klubu? Czy Leo Messi nie stał się w pewnym momencie jej ciężarem? Pokazuje też, jak Robert Lewandowski, Pedri i Lamine Yamal zarządzani przez Hansiego Flicka stali się symbolem odrodzenia Barcelony.
To pełna anegdot, zakulisowych intryg i nieoczywistych wniosków opowieść o klubie, który z nieba spadł niemal do piekła – i znów próbuje wrócić na szczyt. To książka, po którą musi sięgnąć każdy kibic FC Barcelony, podobnie jak po lekturę „Pedri i legenda o złotych butach”, piłkarzu fundamentalnym dla zespołu Flicka.
TUTAJ MOŻESZ ZAMÓWIĆ KSIĄŻKI
Książka dla dzieci przedstawiająca historię Pedriego
„Pedri i legenda o złotych butach” to przepięknie zilustrowana opowieść o młodym zawodniku FC Barcelony Pedrim, który dzięki pasji, ciężkiej pracy i wierze w siebie spełnił swoje marzenia. To historia, która pokazuje, że w sporcie - podobnie jak w życiu - najważniejsze są wytrwałość, przyjaźń, odwaga i serce do gry. Ale to nie tylko książka o futbolu, ale także o sile rodziny i znaczeniu celów, które napędzają nas każdego dnia. Wspólne rodzinne kibicowanie to przecież wspomnienia na całe życie, a „Pedri i legenda o złotych butach” może być pierwszym krokiem w stronę pasji do Barçy!
„Pedri i legenda o złotych butach” to opowieść, która uczy stawiania czoła wyzwaniom, wytrwałości oraz motywuje do odkrywania swojej unikatowej tożsamości! Ta poruszająca, magiczna opowieść pokaże Twojemu dziecku, że zawsze trzeba w siebie wierzyć, a ciężka praca, przyjaźń i odrobina szczęścia, to wszystko, czego potrzeba, aby spełnić marzenia!
Obie książki łączą pokolenia fanów Barçy – ojców i synów. Zamów na LaBotiga.pl ⏩ https://bit.ly/fcbarca-dekada
