„Byłem przekonany, że nas wyeliminują”. Busquets wspomina mecz z Chelsea

Rewanżowy mecz z Chelsea w Lidze Mistrzów w sezonie 2008/09 i gol w końcówce Andresa Iniesty stały się mitem założycielskim FC Barcelony Pepa Guardioli. Piłkarze, który grali w tamtym spotkaniu, wspominają je po latach w książce „Kiedy staliśmy się legendą. FC Barcelona Pepa Guardioli”, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa SQN. W książce znalazła się lista imion, nazwisk i miejscowości zamieszkania blisko 3500 fanów Blaugrany, którzy wzięli udział w akcji zapisów na https://bit.ly/fcbarca-zapisydoksiazki.
Zamów książkę „Kiedy staliśmy się legendą. FC Barcelona Pepa Guardioli” na LaBotiga.pl: https://bit.ly/kiedy-barca-legenda
- książka dostępna wyłącznie na LaBotiga.pl
- barwione brzegi kartek, twarda oprawa, kapitałka w barwach Barcelony, hologram „FC Barcelona Official Product”
- z kodem LATO4ZA3 czwarty produkt Wydawnictwa SQN za darmo!
Fragment książki
Był to wielki mecz, pełen kontrowersji i emocji. Mecz, który Barcelonie wymknął się z rąk. Mecz, do którego przystąpiła bez kilku podstawowych zawodników, sztywna. Mecz, w którym Duma Katalonii miała wiele do stracenia, ponieważ pierwsze spotkanie, na Camp Nou, zakończyło się bezbramkowym remisem, więc The Blues wystarczał gol, wynik 1:0, by awansować do finału, który miał zostać rozegrany 27 maja na Stadionie Olimpijskim w Rzymie.
I strzelili tego gola bardzo wcześnie, bo już w dziewiątej minucie: Michael Essien posłał zza pola karnego mocny strzał, niemożliwy do obrony dla Víctora Valdésa, koncertowo spisującego się w trakcie całego spotkania, w którym Barça cudem nie poległa. Podopieczni Guusa Hiddinka przejęli kontrolę nad starciem z połataną drużyną, z Yaya Touré na środku obrony i z zawieszonym za kartki Puyolem na trybunach, siedzącym obok Manela Estiarte.
„Wciąż musi go boleć noga, bo za każdym razem, gdy Chelsea atakowała, a atakowała naprawdę często, ściskałem go za kolano – opowiada Puyol. – Fatalnie to znosiłem, ale byłem przekonany, że będziemy mieli jedną szansę i ją wykorzystamy. Powtarzałem mu tylko: »Spokojnie, Manel, strzelimy«”.
„Ja siedziałem już na ławce. Do końca zostało pięć minut i zmienił mnie Bojan – wspomina Busquets. – Potrzebowa liśmy jednego gola, żeby nie odpaść. Prawdę mówiąc, byłem przekonany, że nas wyeliminują, bo atakowali częściej niż my… W tym momencie meczu mogliśmy już liczyć tylko na cud. Choć zawsze zostaje jakaś nadzieja, jakieś przypadkowe odbicie, geniusz Leo, instynkt Eto’o… No i wtedy pojawił się Iniesta: zobaczyłem, że strzela i że siatka się rusza. Nie zobaczyłem, jak piłka wpada; ze swojego miejsca widziałem jedynie poruszającą się siatkę. To było niesamowite”.
„Zawsze był jednym z najbardziej skrytych zawodników w zespole, co jeszcze się pogłębiło, kiedy wpadł w depresję – opowiada Estiarte. – Andrés nie mówił dużo, nie więcej, niż uważał za stosowne, ale zawsze na wszystko zwracał uwagę. Sporo komunikował gestami. Na przykład kiedy widziało się, że spuszcza głowę, to znaczyło, że coś mu się nie podoba. Trzeba było go rozszyfrowywać. Mimo to zawsze był mocno zaangażowany w grupie, nic mu nie umykało. W ciszy Andrés czuł się chroniony. Podobnie było w przypadku Leo. Od czasu do czasu od każdego z nich mogłeś dostać wiadomość na WhatsAppie, w ten sposób mogli wszystko swobodnie wyrazić. Andrés dawał się lubić i drużyna bardzo go lubiła. Myślę, że właśnie dlatego jeszcze bardziej, o ile to możliwe, cieszyliśmy się z tamtego gola: ponieważ strzelił go on”.
Zresztą to właśnie Andrés Iniesta, na początku sezonu, kiedy sytuacja Barçy wyglądała fatalnie (jeden punkt po dwóch kolejkach), zapukał do gabinetu Guardioli i powiedział:
– Spokojnie, trenerze. Jesteśmy na dobrej drodze. Wszystko się ułoży.
Jego gol na Stamford Bridge zapewnił Barcelonie awans do finału Ligi Mistrzów.
„Zawsze powtarzałem, że uderzyłem piłkę duszą” – stwierdza Iniesta.
Dzięki jego duszy tamtej nocy w dzielnicy Chelsea w Londynie, obok cmentarza Brompton, wystrzeliły korki od szampana.
„Było wspaniale. Przypomniało mi się Kaiserslautern – opowiada Joan Laporta. – Pamiętam, że poszedłem do toalety, potwornie zdenerwowany, i w loży zobaczyłem mnóstwo butelek szampana. Pomyślałem: »Ciekawe, kto je wypije!«. Do końca meczu został jakiś kwadrans. W kółko sobie powtarzałem: »Strzelimy«. Ale wciąż nie strzelaliśmy, a na domiar złego to oni mieli więcej okazji. Więc pomyślałem: »W takiej sytuacji uratuje nas tylko jakieś Kaiserslautern«. No i zobacz, wszystko wraca. Wtedy pojawił się Andresito. Kiedy tylko dotarłem do szatni, uściskałem Iniestę, o mało go nie zmiażdżyłem. Nie potrafiliśmy wykrztusić słowa, tylko się obejmowaliśmy”.

TUTAJ MOŻESZ ZAMÓWIĆ KSIĄŻKĘ
A szampan?
„Gdy opuściliśmy lożę honorową, okazało się, że kierownictwo Chelsea zniknęło – wspomina Txiki Begiristain. – Zostaliśmy więc sami. Ujrzałem butelki. Oprócz mnie byli tam prezydent, Yuste… jeszcze ktoś z kierownictwa. Chyba Manel, ale nie jestem pewien. Może Carles Puyol… Powiedziałem: »Chyba tak tu tego nie zostawimy, co?«. Sam otworzyłem co najmniej dwie. Nie mogliśmy przecież ich tam zostawić! Tak więc to my wypiliśmy tego szampana. Był dobry, bo co jak co, ale catering Chelsea jest premium, top, najwyższej jakości”.
„Może mieliśmy szczęście mistrzów, że się posłużę tym frazesem – zastanawia się Xavi Hernández, tamtego wieczoru w Londynie kapitan FC Barcelony pod nieobecność Carlesa Puyola. – Ale możliwe, że po prostu tamta drużyna wierzyła. Zresztą nigdy się nie poddawała. W końcu dopiero co strzeliliśmy sześć goli Realowi na Santiago Bernabéu, a przecież w tamtym meczu musieliśmy odrabiać straty”.
Podczas gdy Anglicy wyrażali swoje oburzenie decyzjami sędziego („Okradli nas, jesteśmy ofiarami straszliwej niesprawiedliwości” – powiedział Hiddink), w malutkiej szatni gości na Stamford Bridge, po prawej stronie na końcu wąskiego korytarza, trwała impreza.
A Andrés?
„Jako ostatni wyszedł z szatni Chelsea. Został sam, siedział zamyślony – wspomina Carles Naval, który zawsze jako ostatni opuszcza stadion, zamyka drzwi i mówi do widzenia. – W poprzednim meczu, na Santiago Bernabéu, kiedy wygraliśmy 6:2, nie strzelił. Miał jakąś okazję, ale nie strzelił. I na pewno był zły. Podszedłem do niego i powiedziałem: »Spokojnie, Andrés, w końcu wpadnie«. Odparł, że jest zadowolony, ale że zabrakło mu gola w tym festiwalu. A potem, w Londynie, z tym swoim humorem powiedział mi: »Widzisz? Gola z tamtego dnia zachowałem na dziś«”.
O książce
„Cztery sezony wystarczyły, żeby stać się wiecznym”.
Kiedy staliśmy się legendą to ekscytująca opowieść o kadencji Pepa Guardioli na ławce trenerskiej Barcelony. Blaugrana pod jego wodzą zdobyła nie tylko najcenniejsze trofea, ale przede wszystkim wprawiała w zachwyt miliony kibiców na całym świecie stylem gry. Książka Luisa Martína Gómeza ukazuje kulisy pracy Katalończyka, który miał pomysł na każdego piłkarza, począwszy od Xaviego, Iniesty czy Busquetsa, a skończywszy na Keitcie i Pedro.
Historia tamtych dni, opowiedziana oczami jej głównych bohaterów, Guardioli, Laporty, Puyola i Messiego, przenosi nas w sam środek piłkarskiej rewolucji, do której doszło wówczas na Camp Nou. Barcelona stała się wtedy obiektem podziwu, inspiracją, a dla niektórych wręcz kwintesencją piłkarskiej doskonałości.
Kiedy Guardiola pomyślał o tym, żeby zostać trenerem? Dlaczego urodziny córki Valentiny były dla niego fundamentalne w kontekście pracy w Barcelonie? W jaki sposób Pep trafił do głowy Leo Messiego? I przed jakim meczem włączył swoim piłkarzom wideo z koncertem Erosa Ramazzottiego?
FC Barcelona Pepa Guardioli to wzruszająca, pełna pasji i taktycznych detali podróż do czasów, w których Duma Katalonii znajdowała się w centrum piłkarskiego uniwersum. Dzięki umiejętności kierowania mistrzami i powoływania żołnierzy do służby drużynie Pep stworzył Barçę, która była poza zasięgiem rywali i zdefiniowała współczesny futbol.
