Członek poprzedniego zarządu FC Barcelony i obecny kandydat na jej prezydenta Xavier Vilajoana udzielił wywiadu dziennikowi AS. Opowiedział o Messim, Neymarze, wyborach i obecnej sytuacji zespołu prowadzonego przez Ronalda Koemana.
To ciężkie dni. Wciąż myślisz o zostaniu prezydentem, widząc, w jakim stanie jest Barca?
Tak, jestem jeszcze bardziej zmotywowany. Uważam, że obszar sportowy potrzebuje wzmocnienia kimś, kto dobrze wie, jakie decyzje należy podjąć, by wrócić do korzeni. To bardzo ważne.
Dotyczy to też Koemana?
Do końca sezonu na pewno. Trenerzy nie wygrywają ani nie przegrywają meczów. Piłkarze też sami tego nie robią. Trener powinien przestawiać pionki, kiedy jest to konieczne. Koeman jest w klubie od niedawna, ma rzeczy, które mi się podobają. Jest odważny w stawianiu na młodych, tak musi być w Barcelonie. Filozofia Barçy musi jednak powrócić do tej, którą była w przeszłości.
Czy jest to związane z ustawieniem 4-3-3?
Nie. Model Barçy bazuje na organizowaniu się wokół piłki. Ustawienie to rysunek taktyczny, a piłkarze się poruszają. Jeśli uwierzą w Koemana i będą grali, szczególnie wychowankowie, to jestem optymistą.
Czy to moment, w którym Messi może być już nieco toksyczny dla grupy?
Nie wierzę w toksycznych piłkarzy. To kwestia dostosowania się do grupy oraz dostosowania grupy do gracza takiego jak Messi. Role zawodników zmieniają się, Messi musi powoli przestawiać się na inną. To zadanie należy do trenera, Messiego i jego kolegów. Kiedy pytają mnie o Leo, ja zawsze mówię, że najpierw powinni zapytać się jego. Zobaczymy, co odpowie, jeśli 24 stycznia zostanę prezydentem i wyjaśnię mu, jaka powinna być jego rola w ostatnich latach kariery.
Problem z pozostaniem Messiego jest sportowy czy finansowy?
Sportowy, absolutnie. Mówiłem tak od początku. Finanse są konsekwencją decyzji sportowych.
Czy poprzedni zarząd, którego byłeś częścią uzależniał decyzje sportowe od finansów?
Nie było to moim zadaniem, ale wiem, że Barcelona nie może pozwolić sobie na wydanie 400 mln euro na transfery i nie mieć wysokiej pewności, że piłkarze będą dobrze się spisywać od samego początku. Czasem ma się pecha, tak jak z kontuzjami Dembélé. Barça musi jednak wiedzieć, że kiedy pozyskuje gwiazdę, musi ona prezentować najwyższy poziom. Trzeba też wiedzieć, że taki gracz zaadaptuje się do modelu drużyny.
Czy dla klubu byłoby dobrze, gdyby Messi szybko podjął decyzję? Planowanie kolejnego sezonu z Leo lub bez niego to nie to samo.
To on musi podjąć decyzję. Wtedy zostaną ustalone warunki sportowe, jego rola. Myślę, że to piłkarz musi dostosować się do grupy, nie na odwrót. Z tego względu planów sportowych nie robi się z Messim lub bez niego. Niuanse mogą być inne, ale same plany nie powinny bardzo się różnić. Lubię stawiać kolektyw ponad jednostkę. W Barcelonie ciężar gry zawsze spoczywał na zespole.
Jak dużą odpowiedzialność za obecną sytuację Barçy ponosi poprzedni zarząd?
Odpowiedzialność zawsze jest wspólna. To prawda, że późno zaczęliśmy odnawiać drużynę. Od jakiegoś czasu mówię, że wolę stracić jeden dobry sezon pod koniec kariery jakiegoś piłkarza niż mieć go przez trzy sezony, ale nie na najwyższym poziomie. Trzeba być odważnym.
Jaki procent winy przypiszesz więc zarządowi Bartomeu?
To trudne. Zarząd nie był odważny, bo nie podjął decyzji, które mogły być niepopularne.
Jak mocno zmieniło Barcelonę odejście Neymara? Straciliście radość, wyniki, wydaliście pieniądze na dwóch piłkarzy, którzy nie spełnili oczekiwań.
Odejście Neymara miało znaczenie w kontekście tego, że miał on być naturalnym następcą Messiego. Jego odejście w połowie projektu wprowadziło zamieszanie. Pomyślano, że jeden piłkarz może wygrywać mecze. Straciliśmy z oczu wartość kolektywu. Wtedy polityka sportowa zaczęła się psuć, szukano jego zastępcy. W drużynie nigdy nie znajdzie się zastępców, a odmiennych zawodników, którzy dają coś innego. To był błąd.
Niektórzy mówią, że powrót Neymara byłby też powrotem do przeszłości? Ty jesteś tego zwolennikiem?
Nie, ponieważ zaletą Barçy musi być teraz gra zespołowa oparta na wychowankach. Chciałbym wspomnieć, że w Dream Teamie również budowano drużynę na graczach, którzy niekoniecznie byli sprowadzani jako gwiazdy. Trzeba do tego wrócić.
Barça jest w kryzysie finansowym i sportowym. Boisz się, że spotka was los United czy Milanu?
Nie, ponieważ te kluby nie mają takiej szkółki jak my.
A jednak od Roberto aż do Ansu Fatiego nikt się nie wybił.
Na ostatnim szczeblu zastosowano błędną politykę sportową, nie było pewności, która była potrzebna. To się już nie wydarzy. Regeneracja zespołu nie musi prowadzić przez suszę. Barça znów będzie rywalizować. W poprzednich latach była o wiele lepsza od rywali, ale utrzymanie tego wiecznie jest niemożliwe. Nie oznacza to jednak, że przestanie rywalizować. Trzeba walczyć aż do końca.
Czy wychowanek, który odszedł, może wrócić?
To zależy od okoliczności. Nigdy nie chcę, by odchodzili utalentowani piłkarze. Przedłużyliśmy umowy z 95% rocznika 2004, z cadete A, skąd w przeszłości odchodzili gracze. Teraz widza, że mogą awansować. Nasz juvenil jest najmłodszy w historii. Nie rozumiem jednak, kiedy argumentem za odejściem jest projekt sportowy. Wątpię, by jakiś klub formował piłkarzy tak jak Barça i oferował im taki projekt jak ona.
W reprezentacji grają Adama, Dani Olmo, Cucurella… Barcelona popełniła błąd, dając im odejść?
Nie puściłbym Cucurelli, ale każdy decyduje za siebie, a w jego przypadku trener pierwszego zespołu w niego nie wierzył. Drużyny młodzieżowe dostarczają graczy pierwszemu zespołowi, a później decyduje szkoleniowiec. Chcę być prezydentem, żeby umocnić tę ideę docierania wychowanków do pierwszego zespołu. Trener powinien decydować o 80% rzeczy, a o reszcie klub.
Klub szanował metodologię La Masii?
Tak, poza trzema latami. Kiedy przyszliśmy w 2015 roku, byłem odpowiedzialny za najmłodszych aż do cadete A. Wyżej rządzili Joan Vilà i Paco Seirul·lo, a za juvenilu i Barçę B odpowiedzialny był Pep Segura, który miał inne zdanie niż my. Wtedy właśnie zaczęli odchodzić piłkarze z zespołów cadete. Zaczęła się wewnętrzna walka. Teraz jest obszar metodologii z Seirul·lo jako liderem, co gwarantuje, że zawodnicy będą szkoleni w naszym modelu.
Jak przeżyłeś sytuację z wnioskiem o wotum nieufności?
To ustalone przez statut, socios mają do tego prawo. Jest jasne, że są niezadowoleni. Czy to wystarczy, czy moment był odpowiedni – to już inna sprawa.
Nie doceniono tego ruchu socios?
Niczego nie zakładam. Jako socio nie wsparłbym tego jednak ze względu na czas. Wybory były już ogłoszone. W dwa miesiące nie buduje się ani nie niszczy klubu.
Wybory mogą jednak pomóc zniszczonemu klubowi, a im szybciej, tym wydaje się, że lepiej.
Zyskano 3-4 miesiące… W tym czasie nie zmieni się polityki klubu. Inną sprawą byłoby, gdyby do wyborów zostało 1,5 roku. Trzeba patrzeć bardziej naprzód. Wotum było przedwczesne, ale nie wątpię w motywacje i powody.
Zebrano 20 tysięcy podpisów, to pokazuje, jak żywa jest Barca. Można jednak dostrzec w tym podziały w klubie i sposób na upokorzenie Bartomeu.
Nie znam motywów złożenia wniosku, bo nie znam osób, które się pod nim podpisały. Barça to pasja, a historie miłosne rzadko kończą się dobrze. W Barcelonie podejmuje się tak wiele decyzji sportowych i finansowych, że niemożliwym jest zadowolić wszystkich. To odbicie społeczeństwa. W wyborach na władze państwa nikt nie otrzymuje 90% głosów, a nikt nie zastanawia się, czy istnieją podziały, mówi się o różnych sposobach myślenia.
Boisz się, że wybory zmienią się w cyrk? Niektórzy obiecali pizze i tatuaże.
Start w wyborach to coś bardzo poważnego. Trzeba bardzo szanować socios. To wymaga pracy, zaangażowania, oddania. Socios zasługują na szacunek, na pracę, na treści. A nie na pizzę.
Będzie więc cyrk?
Myślę, że media także mają odpowiedzialną rolę do odegrania. Socios będą jednak umieli rozróżnić między kandydatami. Chodzi o zaangażowanie i hojność, ale nie w formie tatuaży i pizzy. Trzeba poświęcić temu czas.
Jak według ciebie postrzegają cię socios? Byłeś częścią zarządu obalonego przez „tych od pizzy”.
Ludzie są pozytywnie zaskakiwani. Myślę, że nie wiedzieli zbytnio, jaką pracę wykonałem, jaką mam historię, co łączy mnie z klubem. Z klubem, nie z prezydentem. Byłem piłkarzem, byłem w zarządzie Laporty, Rosella, Bartomeu. To ważne, żeby przyszły prezydent był w przeszłości sportowcem. Trzeba spojrzeć szerzej na CV kandydatów. Na ich wykształcenie, doświadczenie…
Wygląda więc na to, że idealnym kandydatem byłby Piqué.
Po mnie byłby świetnym prezydentem.
Rozmawiałeś z kilkoma piłkarzami. Co sądzą o wyborach w połowie sezonu?
Nie uważają tego ani za złe, ani za dobre. Wiedza, że takie rzeczy się zdarzają. Nie sądzę, by się martwili.
Jak zakończy ten sezon pierwsza drużyna?
Wierzę, że powalczy o mistrzostwo aż do końca. Może wydawać się, że oszalałem, ale wierzę w to. Trzeba patrzeć na grę i rywalizację, nikt nie jest tak silny, by się nie potknąć. Rywale stracą punkty, a Barça poprawi się i powalczy. W Lidze Mistrzów jest loteria. Na chłodno na Stamford Bridge mieliśmy 90% szans na odpadnięcie, jeśli spojrzymy na przebieg meczu. A jednak wygraliśmy. Szczęście i pewność siebie też mają wpływ.
Zespół musi się wzmocnić w styczniu?
Jestem sceptyczny w kwestii zimowego okienka, ponieważ drużyna wciąż jest w fazie budowy. Jeśli już, byłbym za wypożyczeniem. Kupno byłoby łataniem dziur, a wychowankowie muszą widzieć, że mogą grać.
Czy kolejny prezydent może postawić sobie za cel czwarte miejsce w lidze, tak jak to zrobił Laporta w 2003 roku?
Nie wierzę w lata przejściowe. Mamy drużynę, by walczyć. Wygramy czy nie, trzeba rywalizować o wszystkie trofea. Mówienie o celach ani nie uspokaja, ani nie denerwuje. Sam to przeżyłem. Nawet premie nie mają znaczenia. Na boisku piłkarz myśli o piłce, nie o pieniądzach.
W jaki sposób można pozbyć się traumy?
Nie robi się tego z dnia na dzień. Ważne jest, by się podnieść, ostatnio tego nie widać. W dniu, w którym Barcelona odrobi straty w jakimś spotkaniu, to zacznie się zmieniać. Każdy psycholog powie ci jednak, że potrzeba czasu i wyników.
Chcesz wybadać teraz czy masz odpowiednie narzędzia, by zostać prezydentem?
Znam odpowiednie mechanizmy i wiem, co zrobić, by odwrócić obecną sytuację. Mam wewnętrzną wiedze, to ważne. Prezydent musi podejmować ważne i odważne decyzje. Ja i mój zarząd jesteśmy w stu procentach niezależni.
I nie musicie poręczać waszym majątkiem [jako że był już członkiem zarządu - przyp. red.].
Dokładnie. Nie wiem zresztą, jak innych kandydatów na to stać. Jako socio nie chciałbym wiedzieć, że decyzje podejmowane przez prezydenta nie będą od niczego uzależnione.
Masz jakieś podejrzenia?
Nie, to tylko ważne pytanie, które trzeba zadać kandydatom. Ja mogę zagwarantować, że nie muszę nikogo prosić o pieniądze ani o przysługi. Trzeba zapytać o to innych.
Co sądzisz o deklaracjach przewodniczącego Komisji Zarządzającej?
Zadania Komisji nie są ani łatwe, ani trudne. Ma swoje obowiązki i zawsze zakładam, że podejmuje najlepsze decyzje dla klubu. Zobaczymy, czy tak jest… Gdyby nie pandemia, Tusquets mógłby wszystko przyspieszyć.
Powiedział, że istnieją faktury, których nie podpisze. Czy któraś jest z twojego działu?
Nie mam pojęcia. Z tego, co wiem, zostawiłem wszystko na zaawansowanym etapie. Podpisałem umowy z piłkarzami. Jeśli wygram wybory, zobaczymy, czego to dotyczy i jakie decyzje trzeba podjąć.
Co sądzisz o strategii Rousauda, który powiedział, że sprowadzi Neymara i nazwie Camp Nou imieniem Leo Messiego?
To jego strategia. Ja lubię wyznaczać zadania, a potem osoby za nie odpowiedzialne. Jeśli te osoby są ikonami klubu, to świetnie. Jeśli nie, najważniejsze są kompetencje. W przeszłości dawaliśmy stanowiska osobom, które nie miały odpowiednich cech na dane stanowisko. Mój zarząd nie będzie polegał na nazwiskach.
Komentarze (7)