Po bardzo słabym spotkaniu Barcelona przegrała z Juventusem w ostatniej kolejce fazy grupowej Ligi Mistrzów 0:3. Bramki zdobywali Cristiano Ronaldo (dwa razy z rzutu karnego) oraz Winston McKennie. Podopieczni Ronalda Koemana zaliczyli wyjątkowo przeciętny występ i na własne życzenie awansowali do 1/8 finału z drugiego miejsca, przez co w kolejnej rundzie czekać mogą na nich wyjątkowo nieprzyjemni rywale.
Mimo zapewnionego wcześniej awansu do fazy pucharowej, mecz Barçy z turyńczykami miał spore znaczenie ze względu na kolejność miejsc i równoczesne rozstawienie w losowaniu 1/8 finału. Nie dziwiły zatem jedenastki, jakie posłali w bój Pirlo i Koeman; obaj zdecydowali się na najmocniejsze możliwe ustawienia (do składu Barçy wrócił po dłuższej przerwie Araujo), zaś "smaczkiem" spotkania miała być kolejna odsłona rywalizacji Cristiano z Leo Messim.
Bez wątpienia w mecz lepiej weszli goście, stanowiąc monolit w obronie i raz po raz starając się wychodzić z kontratakami. Jeden z takowych w 13. minucie zakończył się wskazaniem przez arbitra na wapno. Cristiano Ronaldo był faulowany (choć dość lekko) przez Araujo. Do piłki podszedł sam poszkodowany i pewnym strzałem wyprowadził Juve na prowadzenie. Obrona Barcelony nie stanowiła tego dnia monolitu, więc można było spodziewać się, że na jednym golu się nie skończy. Ku rozpaczy culés, podwyższenie prowadzenia przyszło dość szybko, bo już w 20. minucie. Tym razem piłkę świetnie rozprowadził Ramsey, podając do Cuadrado na skrzydło, a ten wrzucił wprost na nogę McKennie'ego, który nie miał problemu z umieszczeniem piłki w siatce.
Tak szybka utrata dwóch bramek maksymalnie zdezorientowała Barcelonę, która nie mogła odnaleźć sowjego rytmu. Jedynym produktywnym zawodnikiem w ofensywie był Messi, zupełnie niewidoczni byli zaś Trincão i Griezmann. Równie słabo spisywał się środek pola. Dopiero ostatni kwadrans pierwszej części meczu przyniósł nieco inny obraz gry. Barça potrafiła zamknąć rywala w szesnastce, ale brakowało ostatniego podania lub wykończenia. Do szatni drużyny schodziły zatem z wynikiem 2:0 dla gości.
Na drugą połowę Juventus wyszedł zmotywowany w celu zdobycia trzeciej, zamykającej niejako mecz bramki. Ta sztuka udała mu się bardzo szybko, gdyż już w 52. minucie po przypadkowej ręce Lengleta sędzia po raz kolejny podyktował jedenastkę, do której znów podszedł niezawodny CR7. Ter Stegen poszedł w prawo, Portugalczyk uderzył w przeciwny róg i było 3:0. Po tym trafieniu z Barçy zupełnie zeszło powietrze. Mimo wielu zmian (weszli m.in. Braithwaite czy Riqui Puig), piłkarze Blaugrany nie byli w stanie przerwać ofensywnego impasu. Nieskończone próby Leo Messiego za każdym razem lądowały w rękawicach Gigiego Buffona.
Mecz mógł zakończyć się jeszcze wyższą porażką Barçy, lecz po golu Bonucciego sędzia dopatrzył się spalonego i anulował trafienie. Dalszy opis spotkania jest czynnością zbędną, gdyż przyjezdni skutecznie bronili dostępu do swej bramki, zaś kolejne ataki Azulgrany przypominały raczej walenie głową w mur. Nie dziwi zatem przygnębienie po końcowym wyniku, który brzmiał 3:0 dla Juventusu.
Ktoś zapyta: jak słaba jest ta Barcelona? Odpowiemy: ani tak słaba jak w dzisiejszym meczu, ani tak mocna jak w pierwszym spotkaniu w Turynie. Prawda, jak zwykle, leży gdzieś pośrodku. Nie pomagają braki kadrowe, kontuzje, uporczywe trzymanie się jednego ustawienia przez Koemana, bardzo słaba forma obrońców i środka pomocy oraz absolutny chaos w ataku.
Nie jest jednak tak, że z dnia na dzień Barça z topowej drużyny dochodzącej do ćwierćfinału Champions League stała się ekipą absolutnych przeciętniaków. W tych zawodnikach niewątpliwie drzemie ogrom potencjału. Inną kwestią jest czas, którego potrzeba na jego uwolnienie (a którego tak bardzo brakuje) oraz osoby odpowiedzialne za nadzorowanie tego procesu. Pojawia się coraz więcej wątpliwości, czy akurat Ronald Koeman jest do tego odpowiednim kandydatem. A gdzieś tam w tle biega sobie Leo Messi, coraz bardziej przypominający obcy elektron w kompletnie zdezorganizowanym systemie. Przykro na to patrzeć. Pozytywy? Awans do fazy pucharowej. I to by było na tyle...
Komentarze (756)