Chciwość czy konieczność? Miejsce Barçy w powstającej Superlidze

Karol Chowański

19 listopada 2020, 16:00

45 komentarzy

Fot. Puste Camp Nou w mecz z Sevillą [Getty Images]

Gdy miał swoje fochy albo nie chciał, żeby mu przeszkadzać, mój stary kumpel Clyde ugryzł mnie kilka razy. Nie miałem do niego żalu. Clyde był anakondą, którą gitarzysta „Slash” Hudson miał przez kilka lat. Muzyk od dziecka był znany z zamiłowania do gadów. W 2002 roku znalazł swojej kolekcji węży nowy dom, na kilka tygodni przed narodzinami pierwszego z synów. Każdy z nas zna uczucie poświęcenia czegoś ważnego w imię czegoś ważniejszego.

Przed podobnym dylematem stoi dziś Barca, a razem z nią pozostałe czołowe kluby Europy. Ten dylemat nazywa się „Superliga”.

W wyniku obecnej sytuacji gospodarczej kluby sportowe muszą przestroić swoją perspektywę. Nawet lokalne przemiany na polskim rynku praw telewizyjnych do zagranicznych lig dowodzą, że pandemia zmieniła warunki gry. Nieodwracalnie. W długim okresie na topie pozostaną ci, którzy dostosują się możliwie najszybciej, najskuteczniej. Swoje podejście zmienia UEFA. Jej władze ryzykują utratę najważniejszych piłkarskich marek. Stawka jest wysoka.

W budzącej coraz większe emocje dyskusji o Superlidze kluczowy będzie aspekt ekonomiczny. Warto precyzyjnie wyjaśnić, dlaczego.

Lekcja z historii

Początek lat 50. był w całej Europie okresem lizania ran po świeżych doświadczeniach wojennych. Biedni mieszkańcy zniszczonego kontynentu potrzebowali radości, nadziei, pokrzepienia. Rosła popularność sportu. Ligi krajowe zakwitły po 1945 roku jak róża na betonie. Kwestią czasu było powołanie rozgrywek międzynarodowych.

Miasta organizujące targi stanowiły wówczas centrum wstającej z gruzów gospodarki. W targowych kuluarach ma swe podłoże rozwój powojennego handlu, dyplomacji i eksplodujący dekadę później w zachodniej części kontynentu dobrobyt. W dniu 18 kwietnia 1951 roku założono Europejską Wspólnotę Węgla i Stali, pierwsze wcielenie integrującej się Europy.

Gdy niemal równocześnie powołano dwa turnieje, w których miały występować czołowe kluby piłkarskie, te najlepsze pochodziły z miast targowych. Tak też nazwano zapomniany dziś puchar, do którego dołączyła FC Barcelona. Zwolennikami tej decyzji* byli obaj wielcy prezesi tamtych lat, Agustí Montal Galobart i Francesc Miró-Sans. Real Madryt wybrał rywalizację w Pucharze Europy.

Rozpoczęta w 1955 roku premierowa edycja Pucharu Miast Targowych zajęła trzy lata. Tyle czasu trwało dogranie terminów zaangażowanych drużyn, których budżety zasilały częstsze niż dziś mecze towarzyskie (nawet w dalekiej Ameryce Południowej). Zwycięzca debiutującego w tym samym roku Pucharu Europy potrzebował do zdobycia tytułu siedmiu meczów. Formaty rozgrywek i listy uczestników pozwalają ocenić ich poziom.

Madrytczycy wygrali pięć pierwszych edycji Pucharu Europy (1955-1960). Barça zwyciężyła w obu premierowych odsłonach znacznie mocniej obsadzonego Pucharu Miast Targowych (1955-58 i 1958-60). W czwartej doszła do finału, a także odniosła triumf w 1966 r. Mimo zaangażowania w PMT Barcelona zdołała awansować do finału PE w 1961 roku. W zaciętym meczu została pokonana przez legendarną Benfikę Eusebio. Europa stała się za mała na dwa rywalizujące ze sobą turnieje. Znaczenie Pucharu Europy wzrosło, a Barça wypadła z grona jego finalistów na kolejne ćwierć wieku, do przegranego finału w Sewilli (1986). Katalończycy zdobyli swój pierwszy Puchar Europy w 1992 roku. Gdy sięgnęli po drugi (2006), Real miał na koncie dziewięć.

Historia Blaugrany jest historią rywalizacji z Realem Madryt. Zwycięstwo klubu z Les Corts nad madryckim rywalem w każdym Klasyku, sezonie ligowym czy europejskich pucharach jest małym triumfem Katalonii nad Kastylią – małego, podbitego narodu nad „sąsiadem” z przymusu, od którego region i zamieszkujące go 6 milionów ludzi wycierpieli niejedno.

Kto tego nie rozumie, nie pojmie zawiłych losów klubu z Les Corts ani motywów jego postępowania ponad sto lat od dnia założenia przez Gampera. Decyzją Bartomeu Barça jest obecna w ustaleniach o Superlidze od zarania tego projektu – ze względu na coraz bardziej widoczne dno klubowego skarbca i zamiar budowania przewagi nad Królewskimi na każdym froncie tej rywalizacji.

Z rozmów z Katalończykami mam pewność, że ktokolwiek zostanie prezesem FC Barcelony, zawsze będzie pamiętać bolesną lekcję o obstawieniu złego konia w latach 50-tych.

Kryzys ekonomiczny czasem poszukiwaczy złota

Kryzysy gospodarcze zawsze rodzą poszukiwaczy skarbów. Zależnie od okresu historycznego i szerokości geograficznej, ruszają żaglowcem na nowy kontynent, do domu opuszczonego przez sąsiada albo w mrozy Alaski. Ryzykowali wszystkim, którzy nie mieli niczego. Wielu straciło życie. Inni wygrali na loterii życia zostanie bogaczami.

Kolejny w XXI wieku globalny kryzys finansowy – tym razem w wyniku pandemii – oznacza nowe wyzwania i ograniczone możliwości. Odpowiednikiem XIX-wiecznych gorączek złota w XXI-wiecznym kapitalizmie jest szukanie nowych źródeł kapitału. Kluby piłkarskie pilnie rozglądają się od lutego za nowymi możliwościami. Potencjalne wpływy z Superligi są w pandemii jedną z niewielu, jakie mają w realnym zasięgu. Organizacje aspirujące do piłkarskiej NBA zachowują się jak każdy inny podmiot gospodarczy dążący do poprawy dynamicznie zmieniającej się sytuacji finansowej, niezależnie od branż i rynków: producent elektroniki badający nowe technologie, renomowany bank szukający luk prawnych na nowe formy lichwy lub narkotykowy kartel budujący w sercu Amazonii łodzie podwodne o zasięgu międzykontynentalnym.

Pieniądz nigdy nie śpi. Ekonomia ewoluuje. Wymaga adaptacji. Czy uznana za kaprys grupy futbolowych bogaczy Superliga w obecnej sytuacji gospodarczej staje się dla drużyn z półki Barçy koniecznością swoich czasów? Czy dla nas, widzów, musi to być coś złego?

„Przetrwać” nie znaczy „wygrać”

Koronawirus spowodował wiele ludzkich tragedii, a przy okazji szerokie konsekwencje ekonomiczne na całym świecie. W hiszpańskim sporcie sprowadzają się one do braku wpływów z biletów meczowych, zaniku przychodów z klubowych muzeów, spadku obrotów w stacjonarnych sklepach, że wymienię tylko te najbardziej oczywiste.

Kluby formatu Barçy, Bayernu, Liverpoolu przetrwają. Jednym będzie oczywiście łatwiej niż innym. Ewentualne bankructwa dotkną tylko małe kluby z niższych lig, których nikt nie chce oglądać w płatnej telewizji. Pozostałe otrzymają pomoc (samo)rządów, potną pensje, postawią na szkółki albo zostaną kupione przez nowych właścicieli z regionów świata, których kryzysy ekonomiczne nie dotyczą. Dadzą sobie radę.

Tylko, że to osobne pojęcia: „przetrwać” a „zwyciężyć”. FC Barcelona nie będzie skutecznie pełnić swej głównej od 1899 roku roli rzecznika i globalnego ambasadora Katalonii, jeśli trwale wypadnie z europejskiej czołówki. Błędy w zarządzaniu oraz polityce transferowej ostatnich lat wystarczająco dobiły fanów, drużynę, klub i jego prestiż, aby ideę Superligi sobie w Barcelonie darowano. Sportowo Barça jest w rozsypce, lecz podobnie jak w okresie między sukcesami Rijkaarda i kadencją Guardioli nie traci najwyższych aspiracji. W sporcie na tym poziomie aspiracje kosztują.

Klub Katalończyków ma zwyciężać, bo tego żądają Katalończycy, jego właściciele. Kto chce zwyciężać w sporcie czasu zarazy, musi ruszyć szukać złota. I powinien ruszyć szybko.

Czas przestać mylić „elitaryzm” z atrakcyjnością

Superlidze można oczywiście zarzucić elitaryzm. Można też: atrakcyjność.

Ten koncept nie jest nowy. Pandemia tworzy mu jednak nowe warunki. Przyspiesza nieuniknione. Jak w wielu innych dyscyplinach, widzowie domagają się rywalizacji najlepszych z najlepszymi. Czy to źle?

Liga Mistrzów przez swoją demokratyczność długo miała w sobie romantyzm, jaki doceniałem. Z czasem doprowadziło to do sytuacji, w której co roku przed startem rozgrywek mogę przewidzieć liderów grup w siedmiu przypadkach na osiem. Turniej stał się w ten sposób karykaturą rzekomej równości, bo wyniki 6:0, 6:2 i 5:1 tylko eksponują stale rosnące różnice między czołowymi ligami a resztą stawki, zamiast je ograniczać. Dlatego obecna Liga Mistrzów tak naprawdę zaczyna się dla mnie w fazie pucharowej.

Szansa awansu wyżej drużyn bijących się w większości grup o trzecie miejsce maleje z każdym rokiem. Nie ma co mówić o ich zwycięstwie w całych rozgrywkach. Po co zatem hipokryzja utrzymywania systemu, który daje im na to iluzoryczną szansę?

Wzorem Ligi Narodów, UEFA ma okazję stworzyć arenę rywalizacji o najwyższe cele dla najlepszych z korzyścią dla wszystkich zaangażowanych stron: widzów, klubów i piłkarzy podnoszących swoje wzajemne umiejętności na wielkich arenach, a nie kartofliskach na Cyprze lub Zakaukaziu. Ktoś ma przyjemność z oglądania Barcelony pokonującej ustępujący jej o kilka sportowych pięter Ferencvárosi TC? Ja nie mam. A w tym samym czasie co „demokratyczną” fazę grupową w obecnym kształcie wolę obejrzeć po dwa grupowe mecze Barcelony z Juventusem, Chelsea i Atlético.

Tak słodka perspektywa, że można się rozmarzyć.

Ponad 50 lat temu Puchar Miast Targowych ustąpił miejsca Pucharowi Europy. Skoro na kontynencie mamy dziś kilkanaście drużyn gwarantujących najwyższy poziom rywalizacji i ponad połowa z nich może aspirować do wygranej, być może nadszedł czas, aby Ligę Mistrzów zastąpić Superligą?

 

* Z różnych względów, jakie obszernie opisał m.in. Alfredo Relaño w książce „Barça vs. Real. Wrogowie, którzy nie mogą bez siebie żyć”, do której miałem przyjemność napisać przedmowę.

Ankieta

Czy jesteś za Superligą?

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

Tragiczny pomysł. Marginalizacja lokalnego "małego" futbolu i rodzimych lig. Zamienienie jak to zostało określone iluzorycznych szans na osiągnięcie czegoś przez małe zespoły w obecnym formacie Ligi Mistrzów na... nic, po prostu nie będą grali w ogóle bo kogo obchodzą małe zespoły? Tak jak teraz dystans finansowy się zwiększa a oczywiste machloje klubów w stylu PSG, City ale i naszej Barcy są puszczane płazem tak przy takiej superlidze ten dystans po prostu zrobi jeden wielki skok daleeeko do przodu i te małe kluby nigdy go nie nadrobią. Sztucznie zablokuje się przemiany które powoli ale jednak cały czas następują przykładem czego jest wybicie się Atletico Madrid a podupadnięcie np. Milanu czy Valencii (starsi użytkownicy z pewnością mogą wymienić mnogość dawnych potęg które podupadły). Zostanie kilkanaście "wielkich" klubów w sosie własnym, we własnej piaskownicy w której będą się bawić sami jak jakieś dzieci bogatej rodziny która chce je chronić przed światem. Weekendowe niespodzianki w stylu wygranej Cadiz nad Realem czy smaczki w stylu klątwy Anoeta odejdą do lamusa. Niedawny powrót Leeds United czy mistrzostwo Leicester przestaną się liczyć tak jak i przestaną się liczyć same ligi. Piłka jeszcze bardziej posunie się w strone fastfoodyzacji tak jak jest ze wszystkim innym. Dużo, szybko, łatwo. Starcia tytanów co tydzień, Juventus - Real, Barca - City, Atletico - Machester United. Po paru miesiącach te pojedynki tak spowszednieją że z nostalgią będziemy wspominać dawną Lige Mistrzów, gdzie teoretycznie mogło wydarzyć się wszystko. Gdzie niby nic nie znaczące historie w stylu wygranej Wisły z Barcą Guardioli nie będą miały racji bytu (bo kogo obchodzi Wisła Kraków?) W tej kwestii jestem niepoprawnym romantykiem, i nie chce by ten romantyzm opuścił piłke, żeby została ona do szczętu wyciśnięta jak gąbka, zyski wymaksowane, koszulki sprzedane, 100% populacji Chin i Indii podłączone do transmisji... Nie podoba mi się to. Zaczynam coraz bardziej rozumieć Kartofliska i Against Modern Football. Na boga nie możemy w nieskończoność brnąć w komercjalizacje.

Przecież to nie wypali. Który klub wysokiej rangi będzie sobie mógł pozwolić na zajęcie ostatniego miejsca w takiej lidze albo nawet miejsca 10, 11, 12 itp.

Może będą pieniądze z tego ale na popularności klubów i ich wyjątkowości źle sie to odbije

Sięganie po trofeum będzie graniczyło z cudem i co takie United, Atletico, City czy Lpool bedą wygrywać trofeum raz na 4/5/6 lat? Bayern by wygrał w obecnej formie najbliższe 3 lata co oznaczałoby zero trofeów dla reszty klubów. Kto sobie może na to pozwolić

Zresztą ile można takie mecze oglądać. Po to jest LM. Kto nie chce od czasu zobaczyć sobie manity z Espanyolem czy Villareal.

Mnie ten pomysł nie przekonuje. Niech kluby dalej płacą krocie i potem płaczą, że budżety nie wytrzymują. To trochę jak płacz banku, że zarobił miliard a nie dwa i musi zwijać żagle. Ja lubię oglądać mecze lepszych z teoretycznie słabszymi i nie jest to dla mnie problemem. Jest to też frajda dla tych słabszych. Lubiłem oglądać El Clasico kiedy trzeba było na nie trochę poczekać bo było to święto a potem mi spowszedniało. Oglądanie na okrętke tego samego też pewnie będzie mnie nudzić. Te kluby mają wiele i chcą jeszcze więcej i to zwykła chciwość. Kiedyś czytałem o kilku możliwych formach Superligi, ale tak naprawdę nie wiem jak będzie to wyglądało. Pewnie ona powstanie i pozostanie jedynie zaakceptować taki stan rzeczy. To chyba kiedyś czytałem.


https://newonce.sport/2020/04/jak-moglaby-wygladac-pilkarska-superliga/

Tutaj troszkę o gościu z football leaks

https://newonce.sport/2020/02/naciska-alarm-inni-milcza-niewidzialna-walka-dobra-ze-zlem-football-leaks-zza-krat/
Komentarz usunięty przez użytkownika

Przydalaby sie ankieta u dolu artykulu, czy jestes za superliga, czy nie.

Ja bym zaglosowal za tak. Kiedys sie wzbranialem, zylem tak samo tym romantyzmem, ale wiecie co? Zycie jest za krotkie. Zeby czekac do wiosny na konkretne widowisko, to troche przesada. Do lania ogorkow to wystarczy ligowe podworko. Na arenie miedzynarodowej ma byc konkret jatka!

Długi artykuł, trochę pominąłem środkową część bo w robocie jestem ale PRZEKONAŁEŚ mnie do Super ligi :) jeśli forma byłaby podobna do pucharu narodów to super.

Świetnie, tylko trochę mam wrażenie pomieszania przyczyn i skutków. To, że taki Ferencváros ma szansę wygrać z Barceloną gdzieś z 1 na 10 meczów (albo i gorzej) jest między innymi – i chyba głównie – spowodowany ciągłym ustępowaniem bogatszym i możniejszym przez UEFĘ.

Problem jest taki, że z biegiem czasu część z klubów, które chcą się teraz pozbyć tych resztek średniaków i słabiaków z elity (bo to już teraz są resztki), same zostaną wypchnięte przez coraz węższy krąg możnych i bogatych. Jak tak dalej pójdzie, zostanie może pięć czy tam dziesięć poważnych klubów, a cała reszta będzie biedotą i obdartusami.

Nie wiem, czy to na pewno dobry kierunek. Pomijając już to, że można wręcz zapytać za byłą minister sportu: „kto wybrał drużyny do tej Superligi?”. Tyle że one faktycznie wybiorą się chyba same i wywalą resztę za drzwi. A kiedyś same mogą zostać wywalone.

Ja uważam, że mogłoby to być dobre dla wszystkich przy właściwej formule:

Niech Super ligę tworzy po 4 zespoły z 4 najsilniejszych lig, 2 zespoły z 5 i 6. Ligi.
Potem W ligach krajowych mamy po 16 zespołów. Mistrz i wice mistrz grają w barażach po sezonie z zespołami które zajęły 3-4 miejsce wśród zespołów swojego kraju w superlidze.
Zespoły aktualnie grające w superlidze z zespołami ze swojego kraju, spotykają się tylko w terminach na puchary krajowe.
Superpuchar krajowy, to mecz najlepszej drużyny z danego kraju w Superlidze, z mistrzem kraju. W przeciwieństwie do barażu po sezonie, gdzie gramy 4 z mistrzem i 3 z wicemistrzem.
Superpuchar Europy to mecz mistrza kraju ligi z najwyższym rankingiem, z mistrzem superligi. Jeśli to ta sama drużyna, to z drugą w kolejności ligą.
Jak liga nr 4 spada w rankingu na 5, a 5 awansuje na 4 to z drużyny z rankingiem po zmianach 5, lecą drużyny z miejsc 3-4 do ligi krajowej , a z awansującej ligi 2 więcej do superligi.

Punkty do rankingów lig europejskich są zbierane w tych wszystkich meczach, trochę jak dziś w rankingach UEFA, ale uwzględniając że 2 kraje mają tylko po 2 punktujące drużyny.
Teraz ilość meczy byłaby bardziej równa - w lidze 30 w Superlidze 38 + puchar krajowy odpowiednio ustalony i baraże lub superpuchary max do zagrania to koło 40 meczy dla drużyn z superligi i 36-38 w ligach (w zależności jak jest dobrany puchar krajowy).
To zwalnia terminarz, mamy multum świetnych meczy, na krajowych podwórkach wciąż jest rywalizacja i ligi mają po co między sobą rywalizować, bo to albo SP europy, albo ilość uczestników ligi. z tamtej 2 więcej do superligi.

Ja wcale nie tęskniłbym za rywalizacją z jakimś Getafe czy Valadolid, na rzecz meczy z Chelsea, Interem, Benficą, PSG, BVB. Na krajowe podwórko, gdzie hity mogłyby się przenieść na piątek-poniedziałek tez by człowiek zerkał. Wtorek, środa dla LE w której by rywalizowały zespoły z miejsc 1-4 lig krajowych, ale w obecnej formule ligi europy z grupami i play-off.

Byłoby mnóstwo do oglądania, świetny poziom, duże pieniądze, mniej meczy.

Super pomysł. Nie chcę oglądać Barcelony czy Bayernu z jakimiś ogórami, które mimo największych chęci nie mogą stanowić realnego zagrożenia. Z perspektywy szarego kibica nie wyglądałoby to źle.

Ja jestem na nie. Wtedy te slabsze kluby juz w ogole będą mogły sie pakować. Bo giganci odskocza w kosmos. Co da im monopol.

Szkoda że Barcy będzie się ciężko podnieść:/

Świetny artykuł.

Tylko gorączka złota w Klondike, którą podajesz za przykład „osiemnastowiecznej” miała miejsce na koniec wieku XIX- stąd jej przydomek „ostatniej wielkiej przygody świata”. Z resztą dużą część takich wydarzeń datuje się na XIX wiek, jak np. kalifornijską gorączkę złota z 1849 lub gorączki złota w Transwalu czy Australii.

Po kilku kolejkach jedna lub dwie ekipy odskączą i za dużo meczów będzie o nic. W Lidze Mistrzów jest faza pucharowa a to jest esencja emocji. Nawet lepiej tak jak ostatnio było czyli 1 mecz w fazie pucharowej. Cały czas są emocje.

"Gdy sięgnęli po drugi (2006), Real miał na koncie osiem."
Real miał dziewięć.

Im szybciej powstanie piłkarska, europejska NBA, tym lepiej. Można zrobić coś podobnego z Ligą Narodów, czyli dywizje. Najsłabsi z pierwszej spadają o poziom niżej, najlepsi z drugiej awansują.

Z perspektywy piłkarza wygrać "Ligę Mistrzów" jakoś lepiej brzmi niż wygrać "Superligę". Jako kibic z biegiem czasu bym się przekonał tak jak się przekonałem do ligi Narodów. Oczywiście przy zachowaniu rywalizacji w ligach krajowych.

Chciwość - zawsze.
Superliga to w zasadzie liga mistrzów, z tym, że teraz będzie ligą mistrzów, a wcześniej była pucharem mistrzów, czy też turniejem mistrzów.