… czy Bartomeu zwolni się sam? Po tym, co stało się w Lizbonie, upewniłem się w przekonaniu, że weszliśmy na drogę Milanu i kroczymy nią konsekwentnie, do samego końca – naszego albo jej. Mój pisarski debiut na łamach FCBarca.com niestety przypada w czasie najgłębszego kryzysu od lat, mimo to, życzę miłej lektury.
Kilkanaście lat temu na swoim blogu napisałem tekst, w którym postawiłem tezę, że Milan w przeciągu maksymalnie dwóch sezonów upadnie i bardzo długo się nie podniesie. Zostałem wtedy gromko wyśmiany przez fanów ligi włoskiej, że nie mam pojęcia, o czym mówię, że przecież Rossoneri mają plan restrukturyzacji, cudownego Giallianiego, który sprowadza dobrych piłkarzy za pół darmo, i nic wielkiego się nie stanie. Oczywiście stało się dużo złego i klub ze stolicy Lombardii jest teraz zupełnym przeciętniakiem. Niestety Barcelona wkracza na podobne tory i chwilowo nie widać chęci zmiany kursu.
Po blamażu w Lizbonie stało się jasne, że Setien będzie zwolniony. To, co miało się stać po fatalnym dokończeniu sezonu, dzieje się po katastrofalnym meczu w Lidze Mistrzów. Wiem, że pewnie duża część z was, podobnie jak ja, dużo obiecywała sobie po byłym trenerze Betisu. Kto z nas nie widział pięknie rozwijających się Puiga, Fatiego, Péreza czy Wagué? Każdy w głębi serca marzył, że w końcu zaczniemy wykorzystywać potencjał cantery. Dzisiaj pozostaje nam się z tego śmiać. Mniej więcej dwa tygodnie zajęło Setienowi udowodnienie, że nie dorósł do takiego klubu jak Barcelona, że jego rolą wciąż jest ogrywanie średniaków i wykręcanie z nimi od czasu do czasu jakiegoś psikusa. Wszystko wskazuje na to, że zastąpi go wyczekiwany jak Dzieciątko Jezus Mauricio Pochettino. Czy jego obecność coś zmieni? Niewiele.
Problem Barcelony jest tak głęboki, że podmiana trenera nie zda się na wiele. Nasz ukochany klub jest tak przegniły w całej swojej strukturze, że taka kosmetyka na nic się zda. Dom się wali, a my malujemy ściany, kosimy trawnik i udajemy, że jest pięknie. Pierwszym krokiem powinno być zawodowe harakiri w wykonaniu zarządu. Kolejnym musi być uporządkowanie finansów (wirus jeszcze trochę z nami zostanie, a Bartomeu zaczyna powoli udawać, że kasa z Monopoly jest prawdziwa) i na końcu można zabrać się za aspekty sportowe. Obecnie w składzie Barcelony jest może 3-4 graczy, którzy powinni zostać, reszta won! Wasze miejsce jest w Chinach, USA czy innej Australii. Tacy ludzie jak Rakitić, Piqué, Busquets, Vidal, Suárez dali klubowi wiele, ale ich czas się skończył i każdy musi się z tym pogodzić.
Niestety musimy sobie uświadomić, że kończy się również czas Messiego. To powinien być ostatni, max przedostatni sezon Argentyńczyka w bordowo-granatowych barwach. Obecnie gra z Leo jest jak picie wódki po trzydziestce – chwilowy rausz nie jest wart kaca, który przychodzi następnego dnia. Mecz z Napoli to była piękna impreza, nie zapomnę jej nigdy. Podobnie jak kaca, który przyszedł tydzień później. Nasz mały kosmita wciąż jest w dobrej formie i trzeba to wykorzystać. Już dawno pogrzebane zostały wartości, jakimi kierował się klub jeszcze 10 lat temu, więc nie udawajmy, że jesteśmy „czymś więcej niż klubem” i wykonajmy ten konieczny ruch, który zapewni nam 200-300 milionów, za które można kupić 4-5 klasowych graczy.
Jesteśmy na początku ciemnego tunelu, z którego bardzo brzydko pachnie. Mamy ostatnią szansę, żeby zawrócić i nie pakować się w coś, co nikomu nie sprawi przyjemności i doprowadzi nas do tego, że będziemy świętować zwycięstwa nad Getafe czy Eibarem jak rozgromienie Realu czy Atlético. Jeżeli nic się nie zmieni, warto, aby nasz nowy szkoleniowiec, wzorem trenerów z Ekstraklasy, nauczył się, że w Europie nie ma już słabych drużyn, a Karabach Agdam to bardzo trudny i niewygodny przeciwnik.
Komentarze (197)