Polityka i futbol – przeklęty romans. Niepodległościowe tendencje Katalonii i ich wpływ na FC Barcelonę

Redakcja

22 maja 2020, 15:30

6 komentarzy

Fot. Getty Images

Czas epidemii koronawirusa skłania do refleksji. Żyjemy nieco wolniej, spokojniej i możemy bardziej analitycznie podejść też do spraw związanych z piłką nożną. Nie czeka na nas kilkanaście meczów w telewizji, setki skrótów czy nie musimy przebierać w kursach, jakie przygotowywali legalni bukmacherzy na zbliżające się spotkania. Przyjrzyjmy się zatem – bez emocji związanych z kolejnym meczem – jak politycy próbują wykorzystywać miłość kibiców do swoich klubów.

Hiszpania wciąż rozdrapuje rany. Dzieje się to na przekór tym politykom, którzy najchętniej zabetonowaliby przeszłość. Zabetonowali, tak jak zrobiono z wieloma mogiłami poległych w trakcie wojny domowej w latach 1936-1939. Katarzyna Kobylarczyk, w swoim przejmującym reportażu: „Strup. Hiszpania rozdrapuje rany”, opisuje, jak wiele lokalnych dróg i autostrad w Hiszpanii zbudowanych jest na anonimowych grobach żołnierzy, księży czy cywilów. 

Trauma nadal jest częścią hiszpańskiej codzienności. To ona - obok nie mniej ważnych gospodarczych różnic pomiędzy regionami – jest jednym z najważniejszych czynników separatystycznych. A na pewno emocje z nią związane są często przez polityków rzucane w tłum, gdy brakuje już argumentów merytorycznych i pozwala im się żyć własnym życiem.

W Hiszpanii -  mimo silnie zaznaczonych regionalnych różnic - gdy władza centralna się uprze, to zawsze pierwsze i ostatnie słowo należy do Madrytu.

Dramatyczny koniec etapu

Tak było m.in. z owianym złą sławą referendum dotyczącym niepodległości Katalonii w 2017 roku. Każdy kibic Barcelony musi kojarzyć ten dzień, w którym ulice miasta stały się polem bitwy. Strony sporu były dwie - ludzie, którzy chcą zagłosować w nieuznawanym przez Madryt referendum, i służby państwowe, które nie chciały do tego dopuścić. 

Tego samego dnia - w atmosferze skandalu - FC Barcelona rozgrywała swój mecz z Las Palmas. Przeraźliwie smutny widok pustego Camp Nou stał się jednym z symboli tamtego czasu. 

Dwa lata później sytuacja zaogniła się jeszcze bardziej. Ze względu na protesty katalońskich separatystów, którzy wyszli na ulice po skazaniu wielu polityków z frakcji niepodległościowej, zarówno władze lokalne, jak i państwowe uznały, że mogą nie być w stanie zabezpieczyć katalońskiej świątyni futbolu na zbliżające się spotkanie. Jak doskonale pamiętamy nie był to zwykły mecz, tylko starcie z Realem Madryt.

Dziel i rządź

Chciałoby się powiedzieć: „nie mieszajcie sportu z polityką”, ale w Hiszpanii chyba na wieki będzie to tylko pusty frazes. Szczególnie teraz, gdy politycy nie przepuszczą najmniejszej okazji, żeby spolaryzować społeczeństwo i wykorzystają każdą szansę, żeby zbijać polityczny kapitał na podziale. Odwieczny spór FC Barcelony i Realu Madryt nadaje się do tego idealnie. Co więcej, ludzie są do tego przyzwyczajeni, bo niemal od początku istnienia oba kluby - z większą lub mniejszą świadomością kibiców - były używane politycznie.

Mity są wieczne

W mitologizującym historię skrócie można byłoby sprawę zamknąć w kilku zdaniach. Katalonia i Barcelona dążą – jeśli nie do niepodległości – to do znacznie większej autonomii. Madryt, który stoi na straży jedności narodu, bagatelizuje lub wręcz tłamsi wszelkie próby uznania Katalonii za coś więcej niż zwykły hiszpański region. Jeśli to wszystko podlejemy sosem w postaci generała Franco, który nie dość, że wyrugował z Camp Nou katalońskie symbole, to jeszcze sprzyjał Realowi na co dzień (choć jak wielu przekonuje tylko wykorzystywał Real do swoich politycznych celów). Pasztet idealny. Wzajemna niechęć nakręcała się. Kibice Realu wzięli na sztandary obronę hiszpańskości, a Barcelony czuli się tymi wyzyskiwanymi. Obie strony prowokowały się nieustannie i przez lata zatracono dystans. Polityka stała się sportem, a sport polityką. 

Nieuzbrojona armia

Choć tak przedstawiona wizja jest ułomna i łatwa do podważenia, to przez lata zaczęła żyć własnym życiem. Nie bez powodów jednak Manuel Vázquez Montalbán, kataloński pisarz, nazwał klub z Barcelony „nieuzbrojoną armią Katalonii”. Bowiem niemal od pierwszych lat istnienia z klubem powiązani byli ludzie, którzy walczyli o większą autonomię regionu. Do tego FC Barcelona często musiała liczyć się z konsekwencjami, gdy nacjonalizm kataloński zyskiwał na znaczeniu, a madrycki rząd czuł się tym zagrożony.

Wielu uważa, że jedną z pierwszych ofiar walki Katalonii z Madrytem był Josep Sunyol, prezydent FC Barcelony w latach 1935-36. Sunyol był także działaczem politycznym, który wspierał rządy republikańskie. Poniósł śmierć z rąk frankistów w podmadryckim lesie i szybko stał się symbolem nienawiści generała Franco do klubu z Katalonii. Jak jednak przekonuje Alfredo Relano w książce  „Barça i Real. Wrogowie, którzy nie mogą bez siebie żyć.” śmierć prezydenta Barcelony była co prawda zbrodnią wojenną, ale związana z tym, że Sunyol był republikaninem, a nie szefem klubu. Zdecydowała polityka, a nie klubowe barwy.

Z Sunyolem wiąże się też inna ważna historia. To on założył gazetę, która swoją siedzibę miała naprzeciwko małej fontanny na ulicy La Rambla. To tam kibice Barcelony spotykali się, aby dowiedzieć się, jak spisali się ich zawodnicy, to tam przeprowadzali polityczne dysputy i to tam - do dziś - świętują największe sukcesy Dumy Katalonii. Stąd też mityczna wręcz siła tej postaci.

Lata reżimu frankistów na pewno nie były dla Katalończyków usłane różami. Hiszpania miała być jednością i nie było w niej miejsca dla „inności”. To generał zadecydował o zmianie nazwy klubu na „hiszpańsko-poprawną”, czyli Club de Futbol Barcelona. Na stadion nie można było przynosić też katalońskich flag, a sam obiekt był jednym z nielicznych miejsc, gdzie wprost manifestowano przywiązanie do rugowanego z życia publicznego języka katalońskiego.

Pragnienie „czegoś więcej”

Sformułowanie „więcej niż klub”, które po raz pierwszy zostało użyte na przełomie lat 60. i 70., też było solą w oku rządzących krajem. Hasło, choć bardzo proste, odzwierciedlało bowiem fenomen społeczny, kulturalny i polityczny klubu. Pragnienie, żeby na bazie Barçy zbudować społeczność związaną nie tylko ze sportem. 

Punktem zwrotnym - według Relano - był sezon 1973/74, który był zarazem pierwszym w barwach Barçy dla Johana Cruyffa. Pierwszy rok i od razu tytuł. Według opisu redaktora naczelnego dziennika AS, to wtedy Katalończycy odważyli się masowo świętować z „senyerą” w rękach. Mimo że na placu Sant Jaume roiło się od policji, to po raz pierwszy od dziesiątek lat była ona bezradna wobec skali wydarzenia. Wcześniej za publiczne pokazywanie się z katalońską flagą trzeba było się liczyć się z co najmniej dotkliwym pobiciem przez mundurowych. Czuć było wiatr zmian.

Cruyff – więcej niż piłkarz i więcej niż trener dla całej społeczności culés – swoją niezależność i wsparcie dla dążeń Katalończyków manifestował na wiele sposobów. Reżim Franco upadł wraz ze śmiercią dyktatora w 1975 roku, ale to nie oznacza, że noszenie opaski kapitańskiej na wzór "senyery" czy nadanie synowi katalońskiego imienia Jordi cieszyło się w Madrycie uznaniem. Wręcz przeciwnie. Takie działania traktowano jako wyraz pogardy dla narodu hiszpańskiego.

Flagi katalońskie oczywiście wróciły na Camp Nou. Co więcej, Barcelona jako jeden z nielicznych klubów na świecie wyraźnie zaznacza na bramach swojego stadionu, że manifestowanie poglądów politycznych po przekroczeniu jego wrót jest w pełni dozwolone. To na Camp Nou w każdej połowie każdego meczu rozlegają się brawa dokładnie w 17. minucie i 14. sekundzie (na pamiątkę przegranej bitwy z dynastią Burbonów, która oznaczała kres marzeń o pełnej niepodległości Katalonii), a okrzyki „Independencia” trwają z reguły dłużej niż tradycyjną minutę.

Oni odzyskali sprawę Katalonii dla świata

Cruyff stał się nauczycielem dla wielu pokoleń przyszłych graczy i trenerów Barcelony. To u niego mógł się uczyć m.in. Pep Guardiola. Od swojego mentora zaczerpnął nie tylko styl gry, ale i przekonania polityczne. „Nie mamy innego wyjścia niż głosować” - mówił już jako trener Manchesteru City, nadając katalońskiemu referendum jeszcze szerszego zasięgu. Nie da się ukryć, że postępująca globalizacja i przypływ kibiców spoza Katalonii sprawił, że ludzie na całym świecie coraz więcej wiedzieli o „niepodległościowej sprawie”.

Sukces „Dream Teamu” Cruyffa z lat 90. zbiegł się też z momentem, w którym miasto stało się jedną z europejskich stolic. Barcelona „od zawsze” była ważnym portem morskim i miejscem przecięcia wielu szlaków handlowych. W XX wieku przemysł rodem z Katalonii stawiany był za wzór innym. Jednak stolica regionu nie miała zbyt dobrej marki. Wszystko zmieniły igrzyska olimpijskie w 1992 roku. Barcelona odnowiła swoje oblicze i od tego czasu jest jednym z najbardziej obleganych przez turystów miast świata. 

Coraz bogatsza Katalonia coraz mniej chętnie dzieliła się swoim majątkiem z władzą centralną. Rozmowy o podziale podatków szły opornie, a Madryt często łamał obietnice przy kolejnych próbach wypracowania kompromisu. Kryzys finansowy na początku XXI wieku stał się doskonałą pożywką do kolejnego etapu walki o niepodległość. Separatyści m.in. na hasłach gospodarczych zyskiwali coraz większe poparcie, stopniowo przy tym radykalizując część społeczeństwa w kwestiach edukacji czy kultury. Walka o referendum była tylko smutnym i brutalnym epilogiem.

Spadkobiercy  

Obecnie nie ma większego piłkarskiego symbolu walki o prawa Katalończyków niż Gerard Piqué. Wygwizdywany niemal na każdym hiszpańskim stadionie i to nieważne, czy akurat ubiera koszulkę Barçy, czy zakładał strój reprezentacji. Piqué podkreśla swoje przywiązanie do Katalonii i bardzo często prowokuje kibiców Realu. Mówi o sobie, że jest Katalończykiem i domaga się prawa głosu dla całej społeczności. Jest rzecznikiem sprawy, ale złośliwi – chyba nie bez racji – dopowiedzą też, że to tylko PR-owa zagrywka. Po drugiej stronie z reguły staje wtedy Sergio Ramos, ikona klubu z Madrytu, a z pochodzenia Andaluzyjczyk. „Jak tak mówi, to niech nie dziwi się, że na niego gwiżdżą” - często odpowiada gwiazdor Królewskich, a prywatnie dobry kumpel Piqué. 

Do swoich politycznych gierek sprawę niepodległości Katalonii wykorzystują też w Madrycie. Javier Tebas, prezes LFP, niejednokrotnie podkreślał, że w razie niepodległości Katalonii, Barça na pewno nie będzie mogła grać w LaLidze. Według Tebasa wspomnianego meczu z Las Palmas rozgrywanego w dniu referendum nie można było przełożyć, bo nie można zmieniać terminarza rozgrywek ze względu na nielegalne wybory. Dolewało to tylko oliwy do ognia w przedreferendalnym zgiełku.

Największą przewiną Tebasa - według kibiców Barcelony - były jednak jego wypowiedzi na temat wnoszenia flag Katalonii na rozgrywany w Madrycie finał Pucharu Króla z Sevillą (2016 rok). Szef  LFP nazwał katalońskie flagi… symbolem „niszczenia Hiszpanii”. Nie trzeba było długo czekać na odpowiedź co radykalniejszych fanów Barçy i na to, żeby sam Tebas został porównany do generała Franco. Ostatecznie, po decyzji hiszpańskiego Sądu Najwyższego, kibice Barcelony mogli zgodnie z prawem świętować kolejny triumf w rozgrywkach, wymachując swoimi regionalnymi flagami.  

Historia napisze zapewne jeszcze wiele rozdziałów tego sporu. Jedno jest pewne. Oba kluby, często instrumentalnie, będą w tej walce wykorzystywane. Politycy czy regionalni watażkowie będą z lubością, na bazie sportowych emocji, rozdrapywać kolejne wydawało się już zabliźnione rany.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (6)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze