Kevin-Książę Życia Boateng vol.2

Mariusz Bielski

20 lutego 2019, 12:00

16 komentarzy

Zapraszamy na drugą część historii Kevina-Prince'a Boatenga. Pierwszą odsłonę artykułu można przeczytać tutaj: Kevin-Książę Życia Boateng vol.1.


„Kim ja do cholery jestem? Ten w lustrze to Boateng czy 50 Cent?”

Choć kto wie, czy jeszcze trafniejsze wobec niego w tamtym czasie nie byłyby słowa z numeru Jay-Z: „I'm about a dollar, what the fuck is 50 cents?”

Był bowiem mistrzem w rozpieprzaniu pieniędzy. Równie dobrze mógł palić nimi w kominku swojego londyńskiego domu. Być może jednak go nie miał, więc zostawiał fortuny u dilerów samochodowych. Jedno auto, drugie, trzecie… I to nie byle jakie! Hummer H2, Cadillac z 1967 roku oraz Lamborghini Gallardo, którym woził się po Loughton, miejscowości leżącej nieopodal stolicy Anglii. To trochę tak, jakby podobną szpanerkę uprawiać w Ząbkach czy Zgierzu. Niby można, ale nie wiadomo po co.

Kevin natomiast wiedział doskonale. Chciał sobie kupić szczęście. Co prawda wychował się w Berlinie, też wielkim mieście, lecz w Londynie już się zagubił. Głównie przez samotność, ponieważ nie miał koło siebie ani rodziny, ani przyjaciół. Ich też postanowił sobie nabyć, a wiadomo jak toksyczne są tego typu osoby. Póki trwa zabawa, są pieniądze i da się ogrzewać w blasku cudzych fleszy – trzymają się ciebie. Ale gdy światła gasną, zostajesz sam. Fajny z ciebie bankomat, tylko że nikogo nie obchodzisz jako człowiek.

Prince był zatem sam, nawet w największym tłumie.

– Dziewczyny, kluby nocne, znajomi… Mnóstwo fałszywych znajomych. Tacy ludzie nigdy nie powiedzą ci: „chłopie, ogarnij się, jutro masz trening” tylko „dobra, lecimy na miasto!” Balowałem praktycznie każdego wieczoru. Codziennie, do 6 rano. Ważyłem wtedy 95 kilo. Dosłownie spuchłem od ilości wypijanego alkoholu oraz śmieciowego żarcia – opowiadał. Popadł też w zakupoholizm, wydając fortunę na modne ubrania, których w zasadzie nigdy nie nosił. 18 tysięcy funtów za kurtkę Lacoste? Proszę bardzo!

W tym czasie jego dziewczyna Jenny siedzi w domu i cierpi. Podwójnie, bo za siebie oraz za ich dziecko, które właśnie nosi w brzuchu. Cierpi do czasu, w końcu pęka i wraca do Berlina. Urywa mu się z nią kontakt, tak samo jak z mamą oraz braćmi, a sąsiedzi są na niego tak wkurzeni za ciągłe organizowanie melanży, że zbierają podpisy mieszkańców całego osiedla, aby go eksmitować. Nawet na święta Bożego Narodzenia zostaje sam.

Prawie, wszak opuszczonego i staczającego się kolegę na wigilię zaprasza Tom Huddlestone. Kto wie, być może Anglik uratował mu życie?

Kevin korzysta z zaproszenia i przeżywa szok. W teorii patrzy na zwyczajną, spokojną, kochającą się rodzinę. Jest miło i przytulnie, widok godny przedświątecznego spotu reklamowego. Sielanka. W praktyce wszystko to było dla naszego bohatera całkowicie obce.

Po kolacji wraca do domu, staje przed lustrem i myśli o 50 Cencie. A za chwilę: – Ja nie chcę tak żyć.

– Zadzwoniłem do dwóch moich PRAWDZIWYCH przyjaciół. Opowiedziałem im wszystko. Gdy przyjechali, zrobiliśmy porządek najpierw w mojej lodówce, a potem w całym domu. Przestałem chlać i wychodzić. Nauczyłem się za to gotować, robiłem sobie samo zdrowie żarcie. Dzień po dniu wycofywałem się życia wypełnianego imprezami. Gdybym odrzucił wszystko radykalnie, nagle, pewnie bym się złamał i nic by z tego nie było – wspominał. Z Jenny nadal się kłócił, aczkolwiek posłuchał jej w najważniejszej sprawie. Najpierw zgłosił się do Tottenhamu, gdzie wyznał trenerowi i zarządcom wszystkie swoje grzechy. Poprosił też o pozwolenie na dwutygodniowy powrót do Niemiec, żeby się leczyć. Zamknął się w prywatnej klinice dla osób uzależnionych. Bogatych tak samo jak on – materialnie. Lecz biednych w środku. Przebywał z alkoholikami, narkomanami. I choć nadal nie do końca wiedział kim pragnie stać się jako piłkarz, przynajmniej zobaczył kim nie chce być jako człowiek.

Damien Comolli, pracujący w tamtym okresie jako dyrektor sportowy w Tottenhamie przyznawał później, że oni też, jako klub, byli winni zaistniałej sytuacji. – Nie był gotowy do samodzielnego wyjazdu w świat. Zostawiając go samego prawdopodobnie popełniliśmy większy błąd niż wszystkie jego razem wzięte – opowiadał kilka lat później. A Boateng docenił refleksję i potwierdził ją. – Nikt z klubu nie zapytał: „co u ciebie?”. Absolutnie nikt.

Zdarzały się za to tak „przyjemne” rozmowy jak ta z Martinem Jolem, trenerem Spurs, zaledwie miesiąc po transferze Prince'a z Herthy:

– Nie mam czasu na eksperymenty.
– Zapłacono za mnie 8 milionów euro, nie jestem żadnym eksperymentem.
– Przykro mi, dla mnie jesteś.

Uratował się dopiero ucieczką do Dortmundu. Mało który kibic pamięta ten okres, ale Ghańczykowi zapadł on w pamięć doskonale, szczególnie dzięki Jürgenowi Kloppowi.

– Byłem bardzo podekscytowany, kiedy dowiedziałem się, że jest mną zainteresowany. Bez namysłu powiedziałem: „Tak, idę tam!” To najlepszy szkoleniowiec we wszechświecie. Wie, kiedy cię docisnąć, a kiedy zluzować. Kiedy potrzebujesz drinka, a kiedy wody. Ma niesamowite wyczucie w zarządzaniu ludźmi. Mógłbym się dać za niego zabić. W Borussii byli tacy zawodnicy, których Klopp wpuszczał na 5 minut w trakcie całej rundy, ale oni i tak byli szczęśliwi: bo mogli przyjść na trening, popracować. Po prostu. Jürgen sprawiał, że czułeś się ważny, niezależnie od roli. Nawet niekoniecznie jako piłkarz, lecz po prostu jako człowiek. To dlatego wszędzie odnosi sukcesy i teraz idzie mu tak dobrze w Liverpoolu. Pamiętacie jego powitalną konferencję? „The normal one”. Właśnie tak! Cholera, gdybym wtedy mógł zostać dłużej w Dortmundzie… Być może dzięki temu miałbym karierę, o jakiej zawsze marzyłem. Mógłbym zagrać w finale Champions League, zwyciężyć w Bundeslidze... – marzy Kevin, wspominając tamte czasy. Zresztą, BVB chciała go nawet zatrzymać, ale uważała, że 4,5 miliona funtów to za wysoka cena. Dortmundczycy dopiero co wychodzili z wielkiego kryzysu, więc każde euro oglądali po dziesięć razy. W końcu wylądował więc w Portsmouth, upadającym Portsmouth, ale nareszcie liczyło się dla niego jedno – aby grać. Jak najwięcej grać.

***

O mało którym szkoleniowcu Prince ma tak dobre zdanie jak o Kloppie. Jeśli zaczniecie grzebać w internecie przekonacie się, że przeważnie albo kłócił się z trenerami, albo miewał relacje tak destrukcyjne jak te w Tottenhamie. Ba, właściwie to konflikt ze szkoleniowcem sprawił, iż dziś mówimy o zawodniku Barcelony jako o reprezentancie Ghany. Wcześniej grał w młodzieżówkach Niemiec, lecz popadł w niełaskę Dietera Eittsa i Horsta Hrubescha, ponieważ za dużo balował. Nie okazał skruchy, nie ukorzył się, tylko jeszcze bardziej zaognił konflikt, kłócąc się Matthiasem Sammerem, dyrektorem technicznym DFB. W efekcie młodzieżowe mistrzostwa Europy w Szwecji mógł oglądać tylko w telewizji.

Przez awanturę w końcu wyleciał też z reprezentacji Ghany podczas mundialu w Brazylii, gdy w trakcie gierki treningowej naubliżał selekcjonerowi, Kwesiemu Appiahowi. A poszło o taką bzdurę…

– Słaby z ciebie sędzia – ośmiał błędnie odgwizdaną podczas gierki rękę.
– Myślisz, że skoro grałeś w Milanie to pozjadałeś wszystkie rozumy? Że przez to możesz okazywać brak szacunku swojemu trenerowi? – odpowiedział Appiah.
– Nie powiedziałem ci nic złego...
– Spierdalaj!

Boatenga najpierw zatkało, a potem pobiegł za trenerem, aby z nim porozmawiać. Zamiast uspokoić go, prawie doszło do rękoczynów. W końcu piłkarz wygarnął przełożonemu: – Jesteś fatalnym trenerem, ale wcześniej nigdy nie podważałem publicznie twojego autorytetu. Nie masz pojęcia o pracy szkoleniowej, przygotowania do turnieju to był jeden wielki dramat. Tak samo jak cała zasrana federacja. Zapewniliście nam okropne warunki do pracy, wypoczynku i odnowy biologicznej. Mam dość, wracam do domu.

Zremisowany 2:2 mecz z Niemcami w fazie grupowej był jego ostatnim w reprezentacyjnych barwach.

Niedługo potem Boateng wyleciał także z klubu, a konkretniej z Schalke, gdzie znów zaczął popadać w marazm sportowy i życiowy. Co prawda nie niszczył się już tak jak za czasów Tottenhamu, ale zdarzało mu się pójść w tango, którego w Zagłębiu Ruhry ewidentnie nikt nie czuł. A już w szczególności kibice, którzy praktycznie podczas każdego meczu wykrzykiwali do niego, aby wreszcie zaczął się jakkolwiek starać. Według nich – a także według sztabu szkoleniowego – Prince był totalnym bumelantem, bezczelnie obijał się na treningach. Nie krył się nawet z paleniem fajek, skoro przyłapano go na tym, gdy oczekiwał po jednym z meczów na rutynowy test na obecność sterydów w organizmie. A co najgorsze, stał się przy tym głosem szatni, która miała dość współpracy z Roberto Di Matteo. Ekipa czuła się wypalona, zajechana i zmęczona psychicznie, lecz tylko on, Sidney Sam oraz Marco Hoger nie potrafili trzymać języka za zębami. Dyrektor sportowy Schalke uznał w końcu, że toksyczne relacje pomiędzy piłkarzami a klubem trzeba w końcu uciąć. Hoger został zawieszony, a Boateng i Sam wyrzuceni z klubu.

Innym razem pyskował Quique Setienowi, kiedy akurat reprezentował barwy Las Palmas.

– Panowie, skupcie się na robocie. To wygląda jak przedszkole.
– Nie tylko dla ciebie.
– Niektórzy z was powinni zastanowić się nad sobą. Poświęćcie się treningowi, a nie pouczaniu.
– Jeśli ty mówisz, to my też mamy do tego prawo.

Ten jeden raz udało mu się jednak uniknąć większych konsekwencji, choć w tamtym czasie Las Palmas jako drużyna praktycznie się rozsypywało. Od jakiegoś czasu było wiadomo, iż Setien opuści zespół, więc jego podopieczni faktycznie nie przykładali się do zajęć. Do tego stworzyła się wśród nich grupa bankietowa, w której skład wchodzili między innymi Pedro Tana, Sergio Araujo i oczywiście Ghańczyk.

Paradoksalnie jednak, to właśnie na Wyspach Kanaryjskich Kevin odżył piłkarsko. Nie był już zawodnikiem z topu, ale przynajmniej był piłkarzem. Miał wówczas zaledwie 30 lat, a jednak rozważał, by kompletnie odpuścić. – Po tym jak wywalono mnie z Schalke, zastanawiałem się nad zakończeniem kariery. Miałem pieniądze, rodzinę, sporo doświadczeń na koncie… Dlaczego nie? Na szczęście ten kryzys trwał tylko dwa dni – śmiał się Boateng na wspomnienie dawnych rozterek.

***

– Mamy malutki stadion…
– Nieważne.
– I murawa nie jest zadbana.
– No trudno.
– Z finansami nie jest najlepiej.
– Zdarza się.
– No dobra, masz kontrakt.
– Świetnie, podpisany. A teraz dajcie mi piłkę, chcę wreszcie grać!

Taką rozmowę kwalifikacyjną – kto tu kogo przepytywał?! – odbył gdy szedł ratować się do Portsmouth. W zasadzie idealnie pasowałaby również do historii jego przenosin do Las Palmas. A było nawet prościej.

– Dlaczego Las Palmas?
– A dlaczego nie?

Tak naprawdę Boatenga na grę dla Kanarków namówił Mubarak Wakaso. Kiedy nasz bohater usłyszał szczegóły o tym jakim szkoleniowcem jest Quique Setien, co się dla niego liczy w futbolu, jakie ma podejście do taktyki, od razu uświadomił sobie, że to będzie dla niego doskonałe miejsce. Zwłaszcza, że znajdzie się z dala od blasku fleszy.

– Nie przyszedłem tutaj dla pieniędzy ani imprez. Musiałem tylko odzyskać radość z futbolu. Las Palmas to niepozorne, ale cudowne miejsce. Do Europy lecisz stąd kilka godzin, ale ludzie żyją tu jak w bajce. Nikt nie biega za mną z kamerami. Postawiłem na spokój i pracę – deklarował tuż po dołączeniu do Kanarków. Co prawda nie zawsze pozostawał święty, ale nie ma co porównywać Boatenga z 2017 roku do tego z 2007. To był już inny człowiek.

– Pragnę pomagać młodym zawodnikom, kierować ich na właściwą drogę w wielu aspektach. W co wkładać pieniądze? Jak pracować nad kondycją fizyczną? Jak nie popełniać moich błędów? Tu jest tylu utalentowanych chłopaków, ale powiedzmy sobie szczerze – to przepiękne miejsce nie zawsze zachęca do pracy. Jestem już doświadczonym życiowo piłkarzem, dlatego chciałbym im dobrze doradzić. Może nie każdy mnie posłucha, ale przynajmniej nie będę mógł sobie zarzucić, że nie spróbowałem pomóc.

Ghańczyk szybko rozwiał więc wątpliwości względem swego profesjonalizmu. Ba, pozytywnie zaskoczył trenera wzorcowym podejściem. I to do tego stopnia, że Setien chwalił go publicznie za etos pracy oraz wpływ na drużynę. Nie gwiazdorzył, chociaż właśnie tego się po nim spodziewano. – Myśleliśmy, że kiedy Prince zobaczy, gdzie trenujemy, odwróci się na pięcie i od razu odjedzie byle dalej – mówił Roque Mesa.

Normalnością szokował jednak od pierwszych minut po opuszczeniu pokładu samolotu. Na lotnisko wyszedł po niego Juan Carlos Valeron. Hiszpan chciał mu pomóc z bagażem, na co Ghańczyk odparł: – Chcesz targać moje walizki? Zwariowałeś?! Wychowałem się na twoim Deportivo, a ja szanuję legendy! Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobił, gdy już wstępnie zapoznał się z drużyną, było zaproszenie jej całej na wspólną kolację. Innym razem, kiedy wracał wraz z zespołem z gali LaLigi w Walencji, czekała ich bardzo długa podróż. Sama przesiadka w Madrycie miała potrwać cztery godziny. Kevin uznał więc wtedy, że zorganizuje ekipie prywatny lot, który sam opłaci. Jak można się łatwo domyślić, na Kanarach go ubóstwiali.

Zszokował więc praktycznie wszystkich, gdy po roku wyznał, iż bardzo chciałby opuścić Las Palmas. Rzekomo z powodu rodziny. Chciał być bliżej niej, dlatego naciskał na transfer do Eintrachtu Frankfurt i udało mu się dopiąć swego. Pomocnik nie krył, że ważną rolę odegrał wtedy Niko Kovać, ówczesny trener Orłów. Panowie znali się od ponad dekady. Ghańczyk stawiał swe pierwsze kroki w Hercie, a Chorwat był wtedy jednym z liderów drużyny, który momentami niemal opiekował się „dzieciakiem z getta”. Tym razem pomogli sobie nawzajem. Przede wszystkim dlatego, iż Prince stał się liderem drużyny, która niespodziewanie sięgnęła po Puchar Niemiec. Wcześniej zaś Eintracht zanotował duży skok marketingowy, bo przychody klubowego sklepu zwiększyły się o 20% dzięki sprzedaży koszulek Boatenga.

Domyślam się, że kiedy latem 2018 roku przeniósł się do Sassuolo, Neroverdi zanotowali podobny wzrost obrotów. Na pewno zauważyły go lokalne restauracje. – Nie ukrywam, że skoro Niko odchodził do Bayernu, ja też pomyślałem o zmianie otoczenia. Dlaczego Włochy? Mają tam obłędne makarony. Któregoś razu zjadłem tak pyszny, że aż potem pobiegłem do kuchni, by uściskać kucharza. To jedzenie jest nieprawdopodobnie dobre. Muszę się pilnować, aby nie przytyć – żartował. Prawdziwe powody jego powrotu do Italii były jednak inne. Jeden… A właściwie jedna, nazywa się Melissa Satta. Drugi – Maddox Prince Boateng. Oba mieszkają w Mediolanie.

***

Ale kiedy zgłasza się po ciebie Barcelona… Nie, tylko głupi odmawia. Nawet jeśli musi przy tym zmagać się z krytyką, bo wcześniej mówiłeś rzeczy, które nie podobają się culés.

Wywiad z 2017 roku:
– Gdybyś mógł wybierać między Barçą a Realem, to gdzie wolałbyś grać?
– W Realu. Kiedy byłem dzieciakiem ta biała koszulka zawsze mi imponowała.

W 2012 zaś komentował zdobycie przez Andrésa Iniestę nagrody piłkarza roku: – Niewiarygodne… Według mnie to Ronaldo był najlepszy. Rok później na Twitterze pisał, iż trzyma kciuki za Portugalczyka w walce o Złotą Piłkę, którą ostatecznie zgarnął Messi. Z kolei Busquetsowi czy Suárezowi publicznie zarzucał nurkowanie.

Inna sprawa, że Prince to w zasadzie ostatnia osoba, którą można podejrzewać o przejmowanie się takimi sprawami. – Dajcie spokój… Trafiłem do Barcelony i chcę jej pomóc. Skupiam się na swojej pracy i mam nadzieję, że uda mi się strzelić gola w najbliższym El Clásico – ucinał temat.

A trzeba przyznać, iż ze stricte piłkarskiego punktu widzenia sprowadzenie Kevina na Camp Nou ma sporo sensu.

Po pierwszeBlaugrana potrzebowała zmiennika dla Suáreza, skoro Munir nie spełnił oczekiwań.
Po drugie – ów zmiennik musiał posiadać określone, solidne parametry fizyczne, by móc się z sukcesami porozpychać w tłoku.
Po trzecie – liczyło się doświadczenie zawodnika. Im większe, tym lepiej, wiadomo.
Po czwarte – Boateng idealnie wpisuje się w politykę transferową klubu za kadencji Valverde, który uwielbia piłkarzy wszechstronnych. Ghańczyk ma doświadczenie w roli najbardziej wysuniętego, ale i cofniętego napastnika. Mało tego, w Sassuolo często występował nawet w środku pola.
Po piąte – czego jak czego, ale techniki oraz fantazji w rozegraniu mu nie brakuje, więc do kombinacyjnego stylu zdaje się pasować idealnie.
Po szóste – sprowadzanie napastnika z samego topu mijało się z celem, bo kto normalny będąc w szczycie kariery zgodziłby się na częste oglądanie pleców Luisito?

To zaś idealnie podsumowuje dotychczasowy życiorys Prince'a. Jakkolwiek spojrzeć wraca on do futbolu na najwyższym poziomie, choć zaledwie tylnymi drzwiami. Kto wie, może gdyby miał niegdyś więcej oleju w głowie, by nie popełniać fatalnych błędów młodości, przywdziałby bordowo-granatowy trykot nie w wieku 32, a 25 lat? Nie dowiemy się. Faktem jest jednak to, że wielu piłkarzy w jego wieku może mu teraz tylko pozazdrościć. Pod koniec kariery dostał wspaniałą nagrodę za nawrócenie się na właściwy tryb życia i tylko od niego zależy, czy swą postawą na boisku przekona sterników Barcelony, by ci wykupili go z Sassuolo.

Nawet jeśli mu się nie uda, teraz już na pewno się tak nie pogubi. W razie czego zawsze może zostać raperem na pełen etat. Jego brat, Jerome, współpracuje przecież z agencją Roc Nation Sports, prowadzoną przez Jaya-Z. Prin$$ natomiast debiut już zaliczył – kawałkiem o tytule „King”. Ciekawe czy „Watch the throne 2” stworzy z Jiggą, czy jednak z Leo Messim?

Powiązane artykuły

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

Mam nadzieję, że zrobi robotę jak Larsson w 06'

Świetny artykuł, ale co to ma wspólnego z jego grą?

Nawet fajnie się to czyta, życie Prince ciekawe nie powiem (trochę jakbym czytał książkę Denisa Rodmana, czytał ktoś? Jak tak to wie o co chodzi)... ale nie tego oczekujemy od sportowca który ma pomóc drużynie?... oby przydał się w tym sezonie?...z Paulinho też się śmieli i niedowiarki były... zobaczymy, nie skreślajmy chłopa...tylko czy Valdek da mu szansę w prawdziwym meczu o stawkę?

Jeszcze gdyby wszedł na ostatnie minuty finału Ligii Mistrzów i strzelił gola to byłby gotowy scenariusz na film z Happy Endem... :p

Osobiscie nie bylem zwolennikiem jego przyjscia do Barcy, nie ten profil na gre w takim klubie. W nastepnym sezonie dobrze byloby, gdyby Blaugrana kupila napastnika grajcego fajna techniczna pilke.
Historia ciekawa, pozno dojrzal, ale zyciorys rodem scenariusza do filmu :)

Super zawodnik z wielka ambicja! Z Nim to Liga Mistrzow na luziku;)

król życia się coś nie sprawdza w roli zmiennika skoro dostaje mniej minut jak Paco czy Munir w tej samej roli.

Ten człowiek jest w czepku urodzony... albo ma dobrego agenta

Dzieki za artykol, bardzo przyjemny, radosny. Duzo opisu w ktorym widzimy jak mozna zmarnowac czasc zycia. Wejscie tylnimi dzwiami. Fajnie jakby teraz posadzil Suareza na lawie...

Kolo cienki jak barszcz

Czekałem na druga części artykułu i wielki szacun dla autora dobra robota

Kolejny plus przyjścia Boatenga do Barcelony - dwa świetne artykuły o nim :D Wielkie brawa dla autora!

Świetnie się to czyta, dowiedziałem się rzeczy o których kompletnie nie wiedziałem. Gratulacje!

Królowie życia Alibaba, Popek, Boateng.. a nie to nie to :D plusik za świetny artykuł