Kevin-Książę Życia Boateng vol.1

Mariusz Bielski

11 lutego 2019, 19:55

29 komentarzy

Są tacy piłkarze, których CV na pierwszy i kilka kolejnych rzutów oka wygląda kompletnie niezrozumiale. Lassana Diarra, Quaresma, Nicolas Anelka... Patrzysz w życiorys takiego delikwenta i myślisz: „cholera, o co tu chodzi”? Bo na pewno nie tylko o piłkę. Ostatnio tego typu ananasów polubiła też Barcelona, która półtora roku temu niespodziewanie sprowadziła Paulinho, a ostatnio Kevina-Prince'a Boatenga, zadziwiając tym samym cały piłkarski świat. Na Camp Nou nie przychodzi bowiem zwykły zawodnik. Przychodzi osobowość.

Paradoksalnie właśnie dlatego Prince trafia do Barcelony w przededniu swej futbolowej emerytury. Tym bardziej Boateng musiał skorzystać z okazji, wszak ma już 32 wiosny na karku. Przeważnie pociąg ze stacją końcową na Camp Nou przyjeżdża po zawodników tylko raz, lecz wiele lat wcześniej. Trudno więc oprzeć się wrażeniu, że w przypadku Prince'a ten kurs jest właśnie o kilka sezonów spóźniony. Niech się cieszy, iż i tak mógł się na niego załapać, skoro najlepsze lata swojej kariery postanowił zwyczajnie przehulać.

***

W tamtym czasie niezwykłą wręcz ironią losu był fakt, w jakich okolicznościach przyjmował niespodziewaną ofertę Milanu, w którym niedługo potem znajdował się zdecydowanie najbliżej futbolowych szczytów. Dopiero co zakończył się mundial w RPA, na którym nasz bohater błyszczał niczym diamenty w piosence Rihanny. Nie bez powodu to nawiązanie. Cztery lata później, w trakcie mistrzostw w Brazylii, piosenkarka wstawiła jego zdjęcie na Twittera z podpisem: „Co za przystojniak! Tym razem chyba będę musiała kibicować Ghanie!”

W 2010 roku Ghana grała jednak znacznie lepiej niż w 2014 i odpadła dopiero po dramatycznym ćwierćfinale z Urugwajem. Boateng był na wakacjach, gdy jego telefon zadzwonił. Dobijał się agent.

– Udało się dogadać z Genoą, ale na współwłasność. Co powiesz na Milan?
– Dobra, nie rób sobie jaj.
– Mówię poważnie.
– Naprawdę? Oczywiście, że chcę tam iść!

Najpierw jednak Prince poszedł imprezować. Bóg wie o której i w jakim stanie wrócił do domu. Agent ponownie odezwał się o 8:00 rano, gdy piłkarz jeszcze zmagał się z trudami dnia wczorajszego.

– Wsiadaj w wóz, musimy się spotkać.
– Gdzie?
– Mediolan. Mam nadzieję, że ćwiczyłeś coś podczas urlopu?
– Oczywiście!
– To doskonale, bo powiedziałem im, że jesteś prawdziwą bestią!

Jak łatwo się domyślić, jedyny mięsień jaki nasz bohater trenował podczas wakacji, to mięsień piwny.

Rossoneri anno domini 2010 nie byli już legendarną ekipą z Maldinim czy Cafu na czele, ale i tak ich skład imponował. Seedorf, Pirlo, Gattuso, Thiago Silva, Robinho, Nesta, Zambrotta, Inzaghi, Ronaldinho, Ibrahimović. – Przysięgam, myślałem, że śnię. Podniecony jak dziecko wysłałem do brata smsa o treści: „stary, siedzę obok Pirlo!” Nie wierzył mi. W to, iż dostałem szafkę po Beckhamie również. Musiałem mu wysyłać zdjęcia na dowód – śmiał się, wspominając stare dobre czasy.

– Każdy myśli, że Zlatan to kompletny gbur i arogant, a jest zupełnie odwrotnie. Cały czas stroił sobie żarty. Oczywiście na boisku jest zawsze poważny oraz bardzo profesjonalny. Ale poza nim to jeden z najzabawniejszych ludzi jakich poznałem. Jego wizerunek działa z kolei niczym powłoka ochronna. Robi groźną minę, bo wie, że dzięki temu nikt z nim nie zacznie gadać, będzie miał spokój. Pod tym względem kiedyś byłem taki sam. Nie chciałem okazywać ludziom emocji. Chowałem się za murem. Dopiero później uznałem, iż to głupie, a przed ludźmi warto się otwierać. Czemu by z nimi nie rozmawiać? Czemu nie pomagać? Czasem wystarczy zwykły uśmiech.

– Oczywiście tym, który śmiał się najszerzej był Ronaldinho. Zawsze zadowolony, nawet jeśli właśnie przegrał mecz. Zapakowałby trzy samobóje, a i tak by się szczerzył. Po prostu daj mu piłkę do zabawy, a uczynisz go najszczęśliwszym człowiekiem na tej planecie. Ten facet nie wie co to presja i niczego nie musi udowadniać. To najlepszy piłkarz z jakim miałem okazję grać. Szkoda tylko, że najlepszy bywał raz w miesiącu. Częściej mu się nie chciało.

Prince sam był zdziwiony tym, jak szybko, łatwo i przyjemnie wpasował się w plejadę gwiazd. Chociaż coś w tym na pewno jest, że sam grasz znacznie lepiej, kiedy masz wokół siebie takie stężenie talentu na metr kwadratowy. I chyba zgadzało się to nawet w szerszym kontekście, ponieważ sezon 2010/11, czyli jego pierwszy na San Siro, był zarazem tym najlepszym. Rossoneri zgarnęli wówczas scudetto (dotychczas ostatnie), a reprezentant Ghany na chwilę wdarł się do światowej czołówki ofensywnych pomocników na świecie.

Do dzisiaj zastanawiają się w Mediolanie: lepiej tańczył z przeciwnikami, czy podczas celebracji mistrzostwa, jak Michael Jackson? – W sumie wrobił mnie w to Thiago Silva, który w jednym z wywiadów opowiedział jak tańczyłem w szatni. Później ci sami dziennikarze zapytali mnie, czy mógłbym to zrobić publicznie. Odpowiedziałem bez namysłu: „tak, o ile zdobędziemy scudetto”. W ostatnim meczu nie mogłem wystąpić, a impreza była przygotowana w każdym detalu. Nagle przychodzi do mnie Georgia, szefowa biura prasowego i pokazuje rozpiskę...

„Moonwalk, 3 minuty”.

– Zwariowałaś?
– Nie marudź. Masz tu strój, idź się przebrać i potrenować chwilę. Ludzie zapamiętają to na zawsze.
– Żartujesz sobie ze mnie?
– Nie, specjalnie dla ciebie przygotowaliśmy scenę. Nie bądź dzieckiem, dawaj!

Ćwiczył kwadrans. Wystarczyło, by dał rewelacyjne show.

Później jednak wsiadł na te same sanki co Milan i razem zaczęli zjazd. O ile jeszcze wyniki w lidze włoskiej nie były złe (2. i 3. miejsce w następnych sezonach), o tyle klub chwiał się u podstaw. Silvio Berlusconi nie miał już tak zasobnego portfela, by bez stresu łożyć z niego na Rossonerich, więc poratował się sprzedażą dwóch filarów zespołu – oddając Ibrahimovicia oraz Thiago Silvę do PSG. Coraz częściej zaczynały padać pytania nie „czy Milan zostanie sprzedany?” tylko „kiedy zostanie?” Boateng natomiast znacznie spuścił z tonu, głównie ze względu na niesportowy tryb życia, jaki wówczas prowadził. Imprezował, pił, a do tego stał się nałogowym palaczem. Słaba gra nakręcała krytykę kibiców, a ta z kolei nakręcała Boatenga, który szukał jej ujścia jak zwykle w niesportowy sposób. Przede wszystkim jednak zaczął odnosić mnóstwo kontuzji, często stosunkowo drobnych, lecz upierdliwie wybijających go z rytmu.

To jednak nie klubowi lekarze, a partnerka Kevina, Melissa Satta, którą poznał na Fashion Weeku dzięki Zlatanowi, postanowiła wytłumaczyć kłopoty zdrowotne piłkarza. – Odnosi kontuzje, bo jego mięśnie ciągle są przemęczone. To dlatego, że uprawiamy seks nawet po 10 razy w ciągu tygodnia! – wypaliła podczas wywiadu, czym potężnie wkurzyła zarówno kibiców, jak i większość przedstawicieli klubu. Wiedzieli przecież doskonale w jaki sposób zawodnik spędza wolny czas, nie potrafili go ujarzmić, a była prezenterka telewizyjna jeszcze publicznie drwiła z zaistniałego problemu. Jej związek z pomocnikiem kwitł jednak w najlepsze, w przeciwieństwie do związku Prince'a z Milanem.

Nie przez hulaszczy tryb życia Ghańczyk musiał opuścić San Siro… No dobrze, przez to też, aczkolwiek innym, bardzo ważnym zapalnikiem i ostatecznym argumentem za opuszczeniem Italii, był rasizm.

***

Trwa przerwa zimowa w lidze włoskiej, lecz jak to w przerwach zimowych bywa, trzeba podczas niej jak najszybciej spalić świąteczny serniczek, trenować oraz rozgrywać sparingi, co by nie utracić rytmu. Rossoneri grają więc na wyjeździe z drużyną Pro Patria. Tempo nie jest zabójcze, ale podopieczni Massimiliano Allegriego oczywiście dominują. Akcja toczy się na lewym skrzydle. Boateng znajduje wolną przestrzeń między rywalami, przyjmuje piłkę, odwraca się, by dryblować, ale nagle…

Staje, bierze futbolówkę w ręce i kopie ją z całej siły w kierunku trybun, gdzie przesiadują kibice gospodarzy.

Szok, konsternacja.

Kevin wytrzymał nieco ponad 26 minut, zanim eksplodował, choć to i tak niezły wynik. Za każdym razem, kiedy zbliży się do linii bocznej, słyszy symfonię wyzwisk i dźwięki naśladowania małp. Obrywa się także Urby'emu Emanuelsonowi, M'Baye Niangowi i Sulleyowi Muntariemu.

Sędzia przerywa grę, zbiegają się obie drużyny, ale – jeszcze tego by brakowało – nie dochodzi do awantury. Nasz bohater ma jednak dość. Wkurzony do czerwoności rusza w kierunku szatni, zdejmuje koszulkę. Jeden z przeciwników próbuje go jeszcze desperacko namówić na dalszą grę, lecz Prince jest nieprzejednany. Za chwilę znika w czerni tunelu, a zaraz za nim, solidarnie, ramie w ramię, boisko opuszczają piłkarze obu drużyn.

Ghańczyk jeszcze tego nie wie, ale kończąc mecz w tak wymowny sposób jednocześnie rozpoczął wielką debatę na temat rasizmu w futbolu, nie tylko włoskim.

– Zrobiłem po prostu to, co czułem. Po 10 minutach spędzonych w szatni miałem 86 nieodebranych telefonów. W ciągu godziny informacja o moim zachowaniu obiegła cały świat. Jestem takim człowiekiem, że identycznie mógłbym zachować się nawet i w finale Ligi Mistrzów. W futbolu nie powinno być miejsca czy okoliczności, w których takie coś należałoby tolerować – opowiadał potem w CNN.

***

– Nie stresuje mnie 80 tysięcy kibiców na San Siro, ale ta sytuacja jest zgoła inna. Za chwilę muszę wyjść na scenę… Przygotowywałem się do tego wystąpienia 24 godziny na dobę przez pięć ostatnich dni. Nie ma odwrotu. 60 kamer, czerwone lampki, będą nagrywać. Z tego wszystkiego aż się spociłem, trzęsą mi się nogi. To bardzo ważny moment.

Nikt nie próbował wpłynąć na to, co Kevin-Prince Boateng, niemiecki piłkarz ghańskiego pochodzenia, miał do powiedzenia w Genewie, w siedzibie ONZ przed wszystkimi jego najważniejszymi oficjelami.

A mówił oczywiście o rasizmie w świecie futbolu. Kiedy skończył, rozległ się aplauz, oklaski na stojąco. Czuł, iż właśnie zaczął robić coś wielkiego, coś dobrego. Coś z czego jeden z jego idoli byłby dumny. – Są tylko trzy osoby, które zawsze chciałem poznać. Muhammad Ali, Michael Jackson i Nélson Mandela. Udało mi się spotkać ostatniego z wymienionych. Co za szczęście! Ten człowiek spędził 27 lat w więzieniu, bo zawsze walczył o swoje prawa i nie miał w sobie ani krzty nienawiści. Powinien być zły na cały świat, ale nie był. Czułem się wtedy, jakby usiadł przy mnie anioł. Na szczęście to on odezwał się pierwszy, przełamał lody. „Cześć! Moja córka chciałaby cię poślubić!”. Poprosiłem o wybaczenie, przecież miałem dziewczynę. „Nie martw się, mam jeszcze kilka innych pięknych!”. Wszyscy śmiali się do rozpuku.

W 2017 roku Prince miał jednak poczucie przegranej bitwy. Niedługo po wystąpieniu w Genewie co prawda zaangażował się mocno w walkę przeciwko odrażającej wersji stadionowego chamstwa – tworzył raporty, rozpisywał plany i przepisy, dzięki którym udałoby się wykopać rasizm z trybun – ale po jakimś czasie musiał dać sobie spokój. – Przemawiać przed ONZ to wielka rzecz. Tego dnia możesz dotrzeć do całego świata. Problem w tym, że następnego dnia przemawia się tam na zupełnie inny temat, o poprzednim zapomina. Czemu ciągle musimy walczyć z rasizmem? – mówił. W końcu FIFA oficjalnie rozwiązała komórkę, w której działał Boateng, uznając, iż zrobiła wystarczająco dużo z najgorszą odmianą kibicowskiego zepsucia.

– Może dla nich sprawa jest zakończona, ale to nieprawda. Co jeden piłkarz może zrobić? Wrzucić post na Twittera czy Instagrama? Tak się nie da. Powinniśmy walczyć ostrzej, mocniej. Sepp Blatter chciał coś zmienić. Guardiola, Ferdinand, Ronaldo… Ktokolwiek chciałby coś zmienić, ma moje wsparcie. Musimy coś zrobić. Piłka nożna jest dobrą platformą, aby zwracać uwagę na takie rzeczy. Ale kiedy dowiadujesz się, że związek odpuszcza walką z nie wiadomo jakiego powodu… Byłem zszokowany. Mieliśmy mnóstwo pomysłów, które mogłyby pomóc, tylko nikt nic nie chciał z nimi nic zrobić. Mówić „nie dla rasizmu” w spocie reklamowym to fajna sprawa, ale wcale nie pomaga. Pokazanie w niej Ibry, Neymara, Messiego czy Ronaldo może robi zasięgi, lecz co oni wszyscy zrobili w tej sprawie? Zabawne… Mnie, jako jedynego, który chciał coś zrobić, odsunięto.

Problem oczywiście nadal istnieje. Przykładów nie trzeba daleko szukać – wystarczy przypomnieć sobie niedawne zachowanie kibiców Chelsea wobec Raheema Sterlinga.

– Gdybyś mógł osobiście coś zmienić w tym temacie, co byś zrobił?
– Przede wszystkim dałbym większą moc sprawczą arbitrom. Jeśli usłyszą choćby najmniejszy przejaw tego, niech zatrzymają mecz. Poszedłbym też dużo dalej, na przykład umieszczając na trybunach ludzi „incognito”, których zadaniem byłoby identyfikowanie rasistów.

Jeszcze innym razem opowiadał o systemie kamer oraz mikrofonów zainstalowanych na poszczególnych trybunach, które również pomogłyby wyłapywać oprawców. Według niego każdy powinien otrzymywać dożywotni zakaz stadionowy. Idee można wyliczać. Nie wszystkie są doskonałe, wiadomo, ale jednocześnie pokazują spory wachlarz możliwości. Z tymże, iż sam Boateng nie posiada wystarczająco dużo siły sprawczej.

– Według mnie Colin Kaepernick to bohater. Zostawił na stole miliony, aby móc powiedzieć co uważa. W pewnym sensie jest jak Muhammad Ali. Zostanie zapamiętany z tego co zrobił. Potrzebujemy takich ludzi. Potrzebujemy LeBrona Jamesa. Potrzebujemy całego Golden State Warriors, które otwarcie sprzeciwia się prezydentowi. Potrzebujemy wielkich ludzi, aby skutecznie podjęli wielkie działania z rasizmem. W innym wypadku nic się nie zmieni.

Kevin jest niezwykle wyczulony na punkcie rasizmu, ale jak ma nie być, skoro styka się z nim praktycznie na co dzień? Czasem wręcz w absurdalny sposób. Pewnego dnia robił zakupy w supermarkecie, gdy zauważył kobietę, która nie mogła dosięgnąć paczki ryżu, stojącej na najwyższej półce. Piłkarz podszedł, zdjął jedno opakowanie i wręczył je kobiecie. Ta spojrzała na niego z pogardą, odłożyła ryż w inne miejsce, a następnie zawołała białego pracownika sklepu, aby pomógł jej zdjąć kolejne opakowanie.

Wyobraźcie sobie zmaganie się z czymś takim przez całe życie, od najmłodszych lat. Zwłaszcza, kiedy mieszkacie w jednej z bardziej niebezpiecznych dzielnic Berlina.

***

Wedding. Co prawda daleko jej do najgorszych brazylijskich faweli czy slumsów w Nairobi, jednak policja i tak zwykle bała się tam wjeżdżać. Mały Prince pewnego razu na własne oczy ujrzał zabójstwo mężczyzny w kawiarni. Mimo traumatycznego przeżycia większość czasu spędzał na ulicy, z futbolówką przy nodze. Trudno było go jakkolwiek upilnować, skoro matka pracowała długimi godzinami. Musiała, ponieważ ojciec porzucił rodzinę, kiedy nasz bohater miał 6 lat. Ba, na początku nawet wcale się do niego nie przyznawał! I to do tego stopnia, że zażądał wykonania testów DNA, w które i tak potem nie wierzył. Naprawdę zatem głową rodziny stał się George, najstarszy z trójki braci Boatengów.

Kevin miał z ojcem beznadziejne relacje. Trudno się dziwić, wszak Boateng senior potrafił być naprawdę bezczelny. Nie interesowała go stara rodzina, ale kiedy Kevin był już sławny i bogaty, poprosił, aby ten kupił mu nowy samochód. Niezły tupet, prawda? Gdy piłkarzowi urodziło się dziecko nawet do niego nie zadzwonił, wnuk w ogóle go nie interesował. Paradoks polega na tym, że zawodnik chętnie używa swojego drugiego imienia „Prince”, które nosi właśnie jego ojciec. Reprezentował też kraj z którego on pochodzi, a jeden z jego tatuaży przedstawia afrykański kontynent.

Jednocześnie nigdy nie nabrał się na żadną próbę wzmocnienia relacji. Nie dał się „przekupić” przebłyskom dobroci ojca, kiedy ten kupił mu profesjonalne kroki, żeby miał w czym grać w Hercie Berlin. Buty przyjął, ponieważ ich potrzebował. Cokolwiek innego zapewne wyrzucił by do śmietnika. Wcześniej skłamał koledze, który zaciągnął go na trening, iż posiada właściwe obuwie. Założył korkotrampki, takie jakie możecie kojarzyć chociażby z polskich sklepów papierniczych. Było mu wstyd, reszta dzieciaków wyśmiewała go otwarcie, ale tylko do momentu, gdy zaczęli grać. Okazało się, że najwięksi szydercy mieli więcej sprzętu, niż talentu. Klasyka.

Treningi treningami, ale nie będzie przesadnym stwierdzenie, iż w dużej mierze Ghańczyk był samoukiem. Zajęcia w klubie dodawały mu ogłady boiskowej, uczył się taktyki i funkcjonowania w drużynie, lecz technikę ćwiczył gdzie indziej. Z futbolówką przy nodze walczył w klatce – małym betonowym boisku na osiedlu. Do utraty sił grał z kumplami jeden na jednego, albo małe mecze, trzech na trzech. Ponoć jako nastolatek bezlitośnie objeżdżał tam nawet dorosłych chłopów, którzy też przez wiele lat grali w piłkę w ligach amatorskich. Trzeba było być ślepym, aby nie dostrzec talentu Prince'a.

Tym bardziej nie miał problemów, aby wygrywać z młodszym bratem, Jeromem. Poznali się dopiero, gdy on miał 8, a Kevin 9 lat, ponieważ mieli inne matki. Spotkanie zaaranżował najstarszy z rodzeństwa, George, oczywiście w klatce. Jerome był w szoku, kiedy dotarł na miejsce. Po pierwsze, ze względu na niebezpieczną dzielnicę. Sam wychowywał się wszak w cieplarnianych warunkach. Po drugie – nigdy nie przyszło mu grać na betonie. Podczas pierwszych pojedynków piłkarskich Prince dosłownie miażdżył późniejszego stopera Bayernu.

Ten więc, praktycznie od samego początku uczył się fachu obrońcy. Jeśli grał przeciwko Kevinowi, rzadko kiedy miał okazję, by dotykać piłki, prowadzić ją, utrzymywać się przy niej. Średni brat robił z nim co tylko chciał. Większość dzieciaków pewnie strzeliłaby focha, bo kto lubi być ośmieszanym? Zamiast tego Jerome zaciskał zęby i z dnia na dzień, powoli, stawał się coraz lepszy w nieprzyjemnych obowiązkach defensora. Jak widać dziś, nauka ewidentnie nie poszła na marne. Sam futbol natomiast skonsolidował trójkę braci, którzy przez większość nastoletnich lat trzymali się razem. Przestali, kiedy dwóch z nich stało się już obiecującymi profesjonalnymi piłkarzami.

Bynajmniej nie z zazdrości. Jerome twierdził raczej, że po prostu każdy z nich ma swoją drogę i może odpowiadać co najwyżej za siebie. Kevin miał mu za złe, iż nigdy nie wstawił się za nim w trudnych momentach. A trochę się ich nazbierało. Na przykład w chwili, gdy Ghańczyk pokłócił się z trenerem reprezentacji Niemiec U21, a brat nie stanął w jego obronie, bo sam mógłby przypłacić to wyrzuceniem z drużyny. Czara goryczy przelała się między nimi w chwili, kiedy Jerome wstawił się, ale za… Michaelem Ballackiem, z którym Prince toczył otwarty konflikt.

Doświadczony pomocnik chciał sobie „ustawić” młokosa, traktując go ostro od początku meczu, a nawet specjalnie go depcząc. Nie miał pojęcia na jakie ziółko trafił tym razem.

- Spierdalaj!
- Młody, nie wariuj. Kim ty w ogóle jesteś?
- A ty?
- Gwiazdą Bundesligi.
- Gwiazdy mają to do siebie, że spadają.

Być może Kevin równie dobrze co z piłką przy nodze poradziłby sobie także przy kryształowej kuli? Pół żartem, pół serio oczywiście, ale fakty są takie, iż poniekąd przewidział przyszłość dla jednego ze swych największych wrogów w karierze.

Panowie spotkali się później w Anglii. Boateng reprezentował Portsmouth, Ballack zaś Chelsea. Od początku spotkania iskrzyło między nimi. Rodowity Niemiec miał uderzyć dzieciaka z getta w twarz, ale nikt tego nie zauważył. Tuż przed przerwą Ghańczyk się odegrał i to z nawiązką – wchodząc ostro prosto w kostkę Michaela, który nie dokończył nawet pierwszej połowy. Jak się potem okazało, kontuzja wykluczyła go z udziału w Mistrzostw Świata w RPA.

Gdyby Prince mieszkał wówczas w Berlinie, pewnie musiałby się ukrywać. Ludzie rozwieszaliby za nim plakaty rodem z westernu – wizerunek wychowanka Herthy i dopisek „poszukiwany żywy lub martwy”. Niemcy po prostu go znienawidzili. Zarzucali mu celowy zamach na zdrowie jednej z największych gwiazd Die Mannschaft. Czy ówczesny zawodnik Portsmouth działał specjalnie czy nie, raczej nigdy się nie dowiemy, choć on oczywiście wypierał się umyślnej części winy. – Media to wyolbrzymiają. Po prostu walczyliśmy o piłkę w adrenalinie i emocjach. To było jedno z setek typowych starć boiskowych. Ot, faul, gwizdek i koniec. Nie zdawałem sobie sprawy, iż wyrządziłem mu krzywdę – bronił się nasz bohater.

Równie dobrze mógł stanąć przed ścianą i próbować się z nią dogadać. Nie pomogły nawet oficjalne przeprosiny. Europejska ojczyzna pomocnika zwariowała. Nienawiść eskalowała w zastraszającym tempie, aż w pewnym momencie dotarła do punktu, w którym ludzie wysyłali mu pogróżki, wybijali szyby w aucie, życzyli zagazowania lub aby ktoś zgwałcił Jenny, jego pierwszą żonę.

Telewizja ARD poświęciła faulowi na Ballacku całe wydanie programu sportowego. Dziennikarze piętnowali Boatenga tak bardzo, że brakowało im tylko tego, by mogli go jeszcze oznaczyć rozżarzonym żelastwem. Chętnie namalowaliby mu na czole napis: „wróg publiczny”. Ludzie mediów mówili o barbarzyństwie, akcentując przy tym pochodzenie piłkarza. Gdyby mogli, pewnie odebraliby mu obywatelstwo, wspominając o „zbrodni na niemieckim futbolu”.

Średni Boateng czuł się w tym wszystkim zdradzony po raz drugi. Jerome oczywiście również proszony był o zdanie, ale nie stanął w obronie brata. Niedługo potem odebrał smsa o treści:

„Krew jest gęściejsza niż woda”. Rodzina powinna być najważniejsza. Dla ciebie najwidoczniej nie jest.

Jak zimne były ich relacje w tamtym okresie dało się zauważyć podczas mundialu. Bracia stanęli naprzeciw sobie w meczu Ghana–Niemcy podczas turnieju w RPA, ale zamiast rodzinnych czułości wymienili tylko uścisk dłoni, nawet ze sobą nie rozmawiając.


Już niebawem zapraszamy na kolejną część artykułu.

Powiązane artykuły

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

No takie artykuły chętnie się czyta od deski do deski
« Powrót do wszystkich komentarzy