Barça pokonała Málagę 2:0 na La Rosaleda po jednym z najnudniejszych meczów w tym sezonie LaLigi. Czerwoną latarnię Primera División "dobili" swoimi trafieniami Luis Suárez i Philippe Coutinho.
Mimo nadchodzącego pojedynku z Chelsea w środku tygodnia Ernesto Valverde nie zdecydował się na drastyczne rotacje w składzie na mecz z ostatnią drużyną ligi. Jedyną znaczącą zmianą był brak Leo Messiego, któremu urodził się syn. W związku z tym Argentyńczyk nie poleciał do Andaluzji. Jego miejsce zajął Ousmane Dembélé.
Od początku jak na dłoni widać było, dlaczego Málaga znajduje się na dnie tabeli - jej zawodnicy byli niedokładni, wręcz elektryczni zarówno w obronie, jak i w ataku. Z kolei Barça w swoim stylu utrzymywała się przy piłce i czekała na błędy rywali. Pierwszy nadszedł stosunkowo szybko, bo już po kwadransie. Jordi Alba dostał piłkę na lewym skrzydle i precyzyjnie zacentrował do wbiegającego między obrońców Suáreza, który nie dał szans bramkarzowi Málagi i wyprowadził Barçę na prowadzenie. Nie minął kolejny kwadrans i było 2:0. Ładnie na prawym skrzydle pokazał się Dembélé, dograł na centymetry do Coutinho, który strzałem piętą z pierwszej piłki podwyższył prowadzenie Blaugrany. Frustracja w ekipie Málagi narastała z każdą minutą, czemu nie można się zbytnio dziwić. Atmosfera wokół drużyny jest fatalna, większość graczy myśli jedynie o dotrwaniu do końca sezonu i ewentualnej zmianie pracodawcy. Wspomniana frustracja zbytnio udzieliła się Samuelowi Garcíi, który brutalnie sfaulował Jordiego Albę, o mało co nie powodując groźnej kontuzji zawodnika Barcelony. Sędzia nie zawahał się i pokazał zawodnikowi Málagi czerwoną kartkę. Paradoksalnie to właśnie po tej kartce Málaga stworzyła sobie najgroźniejsze sytuacje w tym meczu. Szczególnie zaskakujące było pudło Diego Rolana po główce z najbliższej odległości. Napastnik Los Boquerones miał naprawdę czystą sytuację i mógł przywrócić swojej drużynie choć cień nadziei. Tak się jednak nie stało i na przerwę Barça schodziła do szatni z dwubramkowym prowadzeniem.
W drugiej połowie działo się tyle, że... nawet nie warto o tym wspominać. Ewidentnie w szatni Valverde poinstruował graczy, by nie przemęczali się przed środowym meczem i dowieźli wynik do końca, zaś zawodnicy Málagi w akcie absolutnej rezygnacji nawet nie próbowali sprzeciwiać się takiemu stanowi rzeczy. W związku z tym przez kolejne 45 minut oglądaliśmy pojedynek, który bardziej przypominał sparing lub gierkę treningową. Trudno byłoby nawet kogokolwiek wyróżnić, bowiem nikt nie przesadzał z zaangażowaniem. Zaskakujące w tym kontekście były zmiany w drużynie Azulgrany, które nadeszły dopiero około 70. minuty. Na placu gry pojawili się André Gomes, Digne i Aleix Vidal, którzy (jak można było się spodziewać) nie zaprezentowali nic godnego uwagi. Z kronikarskiego obowiązku warto odnotować, że w 85. minucie Luis Suárez wykartkował się (wreszcie, można by rzec) na mecz z Athletikiem.
Spotkanie Barçy z Málagą można w prosty sposób podsumować jako klasyczny mecz do "odhaczenia". Blaugrana szybko rozstrzygnęła pojedynek na swoją korzyść i nie forsowała tempa, mając z tyłu głowy niezwykle ważne starcie w Lidze Mistrzów. Tym samym nie można traktować dzisiejszej gry Barçy jako punktu odniesienia w stosunku do tego, co zaprezentuje ona za kilka dni na Camp Nou. Kilku zawodnikom niewątpliwie dobrze zrobi chwila odpoczynku, jaką dziś otrzymali. Miejmy nadzieję, że również Leo Messi po narodzinach syna zechce zapolować na pierwszą dedykację...
Komentarze (353)