Otacza nas świat napędzany przez obrót pieniądza. Wydaje się, że rynek jest w stanie pochłonąć i przeżuć niemalże wszystko. Nie sposób nie dostrzec tego w grudniu, gdy świąteczny przemysł atakuje nas ze wszystkich stron. Gdy Boże Narodzenie coraz bardziej przekształca się w maszynę do produkcji banknotów. Kusi, by poddać się przygnębieniu, wynikającemu z takiego obrotu spraw. Kusi także, żeby na poprawę humoru udać się na przedświąteczne zakupy. Zanim załamiemy ręce nad banalnością dzisiejszych czasów, wyobraźmy sobie, chociaż przez moment, że nie wszystko jest na sprzedaż.
Nie ulega wątpliwości, że El Clásico także jest świętem. Trudno wyobrazić sobie inne sportowe wydarzenie, wywołujące tak silne emocje, wyczekiwane z tak dużym napięciem i niecierpliwością. Jest to święto, które, podobnie jak Boże Narodzenie, uległo globalizacji. W Japonii, kraju o tradycji shintoistycznej i buddyjskiej, ludzie ubierają choinki i rozświetlają domy bożonarodzeniowymi światełkami. W przeddzień Wigilii część z nich zasiądzie w fotelach, by obejrzeć mecz, który elektryzuje Europę – starcie Realu Madryt z Barceloną. Podobnie jak będzie to miało miejsce w Chinach, Korei czy Indiach. Mieszkańcy Azji dołączą do obchodów sportowego święta, którego nie czują. Wydarzenia obcego ich zwyczajom, wywodzącego się z cudzej tradycji. Będą spoglądać na ekran z podobnymi odczuciami jak tych kilku Polaków, decydujących się obejrzeć Super Bowl. Z zaciekawieniem wynikającym z egzotyki imprezy, chęci spróbowania czegoś nowego i marketingowego rozdmuchania meczu.
Taka wizja musi budzić, delikatnie mówiąc, mieszane uczucia. W końcu El Clásico to część sportowej tradycji Starego Kontynentu. Naszej tradycji. Czy jednak możemy rościć sobie wyłączne prawo do autentycznego przeżywania tego wydarzenia? A może mają je tylko Hiszpanie? Tylko Kastylijczycy czy Katalończycy? Przecież my, znajdując się na drugim krańcu Europy, nigdy nie będziemy w stanie poczuć tego co oni w związku z rywalizacją tych klubów. Nie mamy tego ładunku historii, nagromadzonego przez ponad wiek istnienia obu drużyn. Nie żyjemy na co dzień tuż obok nich, w rytmie porannej prasy z pobliskiego kiosku i wieczornych odwiedzin trybun Camp Nou czy Santiago Bernabéu. Nasz dziadek nie walczył w osławionej guerra civil. Nasz ojciec nie opowiadał nam, jak skandalicznie swego czasu obchodził się z gwizdkiem arbitra Guruceta czy Ortiz de Mendíbil. W całej tej historii jesteśmy cudzoziemcami. Jesteśmy zupełnie nowi i nawet jeśli Barça lub Real towarzyszą nam, odkąd pamiętamy, to wciąż możemy czuć się zdezorientowani w obliczu zawiłości otaczających El Clásico.
Kultura i emocje, towarzyszące rywalizacji Barcelony z Madrytem, rozpływały się poza Hiszpanię powoli, nim uzyskały skalę globalną. Rodzi się pytanie: czy to źle? Czy lepiej byłoby, żeby El Clásico pozostało ekskluzywnym świętem Kastylii i Katalonii? By ominęło nas, a przynajmniej nie działało z aż taką siłą? W końcu poruszenie wywoływane przez ten mecz niejednokrotnie wypiera emocje, jakie wzbudzają w nas derby lokalnych drużyn. Czy to oznacza, że poddaliśmy się komercjalizmowi i staliśmy się trybami maszyny?
„Oczekujemy, że #LaLigaNonStop odniesie sukces. Po raz pierwszy rozgrywki odbywają się w Boże Narodzenie i mamy nadzieję, że nie ostatni” – ogłosił w 2015 roku Javier Tebas. Przed prezesem ligi biła po oczach kiczowata modyfikacja loga LaLiga. Choinkowe stroiki i mikołajowa czapka, zupełnie niepasujące do symbolu hiszpańskiej Primera División. Prawdopodobnie miały wnieść w projekt słynnego „ducha świąt”. Wyszło karykaturalnie, zaś cały pomysł zakończył się klapą. Hiszpania nie jest miejscem, gdzie gra się w Boże Narodzenie; nie jest krajem, który bez mrugnięcia okiem stworzy własny Boxing Day. Przeszczep się nie przyjął. Mimo to Tebas wciąż śni swój sen, w którym niczym wigilijną rybę obtacza LaLigę w panierkę świątecznego marketingu. El Clásico stanowi najsmaczniejszy kąsek.
Żeby rybę opanierować i rzucić na patelnię, trzeba ją najpierw zdrowo rąbnąć w łeb. To się nie udało, a tłusty karp cały czas wyślizguje się Tebasowi z rąk. Przedświąteczne El Clásico o patologicznie wczesnej porze stanowi część tej samej strategii, jaką miało być #LaLigaNonStop. Pomysłu stworzenia produktu zbliżonego do Premier League, nastawionego na sprzedaż na zagranicznych rynkach. W ostateczności świąteczne rozgrywki poniosły fiasko. Czy to samo spotka pomysł południowych Klasyków i to ostatni raz, gdy mecz Barçy i Realu przychodzi nam oglądać w takich okolicznościach?
Nie wiem, jak w przyszłości potoczą się losy wydarzenia, jakim są te swoiste derby Hiszpanii. Jestem jednak przekonana, że LaLiga ma pewien niezwykły system amortyzacji. Mimo globalnej skali, jaka dotknęła ją nie tak dawno, pozostaje rozgrywkami przesyconymi hiszpańską kulturą i lokalną historią. Nie dała wepchnąć się w prezentowe pudełko Boxing Day i nie da się też tak łatwo wyekspediować do Azji. To fascynujące, że El Clásico jak dotąd nie dało się wchłonąć obcym kulturom. Zamiast tego to ono coraz silniej przesyca piłkarskie tradycje innych krajów. Czy dzięki rzeszom polskich barcelonistów i madridistów, którzy w takim dniu obgryzają paznokcie z emocji, mecz ów stał się mniej hiszpański? Wręcz odwrotnie. To my, zafascynowani rywalizacją tych drużyn, coraz silniej chłoniemy ich atmosferę i historię. W końcu docieramy do punktu, w którym tworzymy portale takie jak ten. Poświęcamy czas, energię i umiejętności pasji, jaką stanowi dla nas Barcelona, a dla naszych przeciwników – Real. Zagłębiamy się we wszystko, co związane z tymi klubami i ich rywalizacją, niejednokrotnie dalej niż czyni to większość Hiszpanów.
Jesteśmy otoczeni tandetą i nachalnością plastikowych Mikołajów i sztucznych choinek, ale nie znaczy to, że musimy poddać się bożonarodzeniowemu przemysłowi. Że w Wigilię nie usiądziemy do stołu z bliskimi, świadomi tego, że to nie ceny prezentów są tego dnia kluczowe. W wigilię Wigilii usiądziemy wcześniej, nie przy stole, a w fotelu czy na kanapie. Włączymy telewizor lub laptop i przeżyjemy kolejne El Clásico w naszym życiu, rozpalające nas tak mocno jak zawsze. Mamy pełne prawo odczuwać niezadowolenie z powodu atmosfery, kreowanej wokół tego święta. Mimo to na te niecałe dwie godziny oderwiemy się przygotowań do wigilijnej kolacji i poświęcimy czas naszej pasji. Trudno o bardziej dobitny dowód, że to właśnie ona jest w tym wszystkim najważniejsza; nie szaliki i koszulki tkane na Tajwanie. Nie martwcie się, El Clásico nie jest na sprzedaż. Wręcz przeciwnie. To ono, już dawno, kupiło nas.
Komentarze (65)