Jesteśmy Barceloną

Eoren

20 sierpnia 2017, 12:29

77 komentarzy

FC Barcelona

FCB

Herb FC Barcelona

2:0

Herb FC Barcelona

Real Betis

RBB

  • Alin Tosca 36' (sam.)
  • Sergi Roberto 39'
  • Niedziela, 20 sierpnia 20:15
  • Camp Nou
  • Eleven

„Tots som Barcelona” – „wszyscy jesteśmy Barceloną”. Pod tym hasłem wybiegną dziś na murawę zawodnicy Blaugrany, zamiast nazwisk mając na koszulkach nazwę swojego miasta. Sezon ligowy otwiera się na Camp Nou w cieniu tragedii. Dramat zamachów terrorystycznych, jakich dokonano na barcelońskiej Rambli i w Cambrils, spycha na drugi plan największe wydarzenia sportowe. Jednak nawet w tym momencie życie toczy się dalej. I toczy się piłka, która dla nas – i z pewnością dla wielu innych – jest jego nieodzownym elementem.

Barcelona znalazła się w punkcie, którego chyba nie sposób nazwać inaczej niż kryzysem tożsamości. Z tej perspektywy hasło, które pojawi się dziś na koszulkach piłkarzy, nabiera podwójnego znaczenia. Hołd dla ofiar zamachu, wyraz solidarności z ich rodzinami i wszystkimi, których dotknęła niedawna tragedia. Trudno jednak ustrzec się wrażenia, że napis ten jest wymowny także pod względem sportowym. Klub i drużyna gorączkowo poszukują rozwiązań, jakie pomogłyby im przetrwać trudny czas. Być może trzeba właśnie wrócić do początku, by przypomnieć sobie, kim się jest. I co to oznacza.

Utrata

Podczas rewanżowego meczu o Superpuchar Hiszpanii PSG nie dał zapomnieć o tym, że atak MSN już nie istnieje. W trakcie spotkania na Santiago Bernabéu paryski klub publikował na swoim koncie na Twitterze zdjęcia Neymara, trenującego w nowych barwach. Ot, taka szpila wbita w rywala. O tym, co oznacza dla Barçy utrata brazylijskiego skrzydłowego, w ostatnich dniach napisano, powiedziano i wykrzyczano już wszystko. Neya nie ma, a Blaugrana obudziła się w nowej rzeczywistości i to obudziła w sposób niezwykle gwałtowny.

Trudno byłoby o dwumecz bardziej brzemienny w skutkach niż ten, który przyniósł ze sobą Superpuchar. To dla Valverde bolesny debiut w oficjalnych spotkaniach – 1:3 i 0:2 z największym rywalem w chwili, gdy ten wydaje się znajdować u szczytu. Dla Barcelony była to szansa na wsadzenie nogi w drzwi, które Real z pewnością chciałby szybko za sobą zamknąć, odcinając się od reszty ligi i obejmując samotną rolę hegemona. Bezsilność katalońskiej drużyny w rewanżu nie wymaga słów komentarza. Straty, jakie przyniósł ze sobą Superpuchar, to nie tylko porażka, którą wielu bez mrugnięcia okiem nazwałoby upokorzeniem. Nie ma już MSN, a w meczu z Verdiblancos nie będzie nawet MSP. Kontuzja Luisa Suáreza najprawdopodobniej zmusi Ernesto Valverde do wystawienia w linii ataku Gerarda Deulofeu obok Messiego i Paco Alcácera. Najprawdopodobniej zabraknie też Piqué. Już dawno Barcelona nie rozpoczynała sezonu tak bardzo pokiereszowana pod względem personalnym, sportowym i mentalnym.

Poszukiwania

Wszystkie te problemy być może dałoby się jeszcze jakoś przełknąć, gdyby na horyzoncie majaczyły widoki na przebudowę drużyny. Trudno dziwić się wściekłości, jaką wielu z nas odczuwa na myśl o bezsilności, z którą Barcelona boryka się na rynku transferowym. To już nie tylko odejście Neymara i fiasko transferu Verrattiego, rozgrzewającego kibiców Barçy przez cały początek lata. To także zamieszanie w kwestii sprowadzenia Coutinho i Dembélé. Niepewność, jeśli chodzi o Seriego. Irytacja, że 222 miliony, które Blaugrana otrzymała za Neymara, sprawiają, iż każdy klub niemiłosiernie winduje teraz ceny. Nerwowa nadzieja, że w kwestii wzmocnień wydarzy się... cokolwiek. A zegar tyka, zamknięcie okienka jest coraz bliższe; i choć mętne doniesienia prasowe nie pozwalają nam wiedzieć, jak w rzeczywistości kształtują się negocjacje i na ile są zaawansowane, to łatwo zrozumieć powszechną niecierpliwość. W tym zamęcie skondensowane emocje uderzają w Paulinho. Nie ma już znaczenia ani jakość sportowa Brazylijczyka, ani rola, jaką widzi dla niego Valverde. Byłby on na celowniku kibicowskiej złości nawet, gdyby miał na karku o pięć lat mniej i na oczy nie widział Chin ani Polski. Bo to nie jego chce publiczność, nie na niego czeka, nie on jest w stanie zaspokoić nienasyconego głodu oczekiwania.

Cel

Ale na co my właściwie czekamy? Przed nami nowy początek, nowy sezon i nowy trener. W tej sytuacji pełnej znaków zapytania chciałoby się pewności, że to się uda. Przydałaby się kotwica – taka z Liverpoolu albo Dortmundu, której można by się kurczowo uczepić i wierzyć, że rozwiąże wszelkie problemy. Tej pewności nie dałoby jednak nawet tak upragnione nazwisko Verratti. Piłka nożna jest zbyt nieprzewidywalna i gdyby było w niej miejsce na pewność, prawdopodobnie nie fascynowałaby nas w takim stopniu, jak to czyni. Pozostaje nam nadzieja. To mało, prawda? Trudno się nią nakarmić, gdy zaczyna doskwierać głód trofeów.

Jeśli chcemy uświadomić sobie, ile cierpliwości i nadziei wymaga przetrwanie destabilizacji, powinniśmy spojrzeć na dzisiejszego rywala. Dla Betisu brak pewności to chleb powszedni. Od kiedy klub utracił Pepe Mela, człowieka traktowanego jak legendę, i to utracił go dwukrotnie, Verdiblancos dotknął ogromny kryzys instytucjonalny. W zeszłym roku przez Benito Villamarín przeszło trzech trenerów, na przestrzeni ostatnich czterech lat... dziesięciu. Teraz czas na jedenastego, który przynosi ze sobą nadzieję, jakiej Beticos nie zaznali od dawna. Quique Setien, szkoleniowiec mający już doświadczenie w Primera División, który zdziałał cuda w Las Palmas, teraz weźmie się za ratowanie drużyny z Sewilli. Dla dzisiejszego przeciwnika Barçy to także nowy początek.

Tożsamość

Weźmy przykład z Betisu. Kibice Verdiblancos potrafili przetrwać z drużyną mimo wielkich zawirowań, także kadrowych, które zepchnęły ich do Segunda. Odbili się od dna i cały czas walczą. Oczywiście Betis to inna półka niż Barcelona, jednak jeśli przeskalujemy jego sytuację do innej proporcji, okaże się, że klub z Villamarín przeszedł próby nie mniejsze niż drużyna z Katalonii. Niech znamienne będzie hasło, pod jakim kibice Betisu wspierają swój klub: manque pierda – mimo porażki.

My też mamy hasło, choć przez wiele lat jego znaczenie było przekręcane i wypaczane. Mes que un club, więcej niż klub, nie oznacza, że Barça jest, ani ma być, krystaliczna, pozbawiona wad i problemów. Nie znaczy nawet, że ma być lepsza niż ktokolwiek inny. Mes que un club to kwestia tożsamości. To poczucie przynależności, jakie klub dawał Katalończykom, przypomnienie o tym, kim są. Że są Katalonią. Barceloną. Sobą.

My też jesteśmy Barceloną. Większość nas przez przypadek. Może ktoś, kiedyś, gdy byliśmy mali, podarował nam koszulkę? Może zobaczyliśmy mgnienie geniuszu jednego z dawnych zawodników? Ten przypadek nie sprawia, że jesteśmy Barceloną w mniejszym stopniu niż ci, którzy urodzili się na południe od Andory. To w końcu przypadek sprowadził do tego miasta młodego przedsiębiorcę, który chciał dorobić się na handlu trzciną cukrową w Afryce. Miał zatrzymać się tylko na chwilę – tydzień, miesiąc, dwa... Nazywał się Hans Gamper, ale miejscowi nazwali go Joan. Stał się początkiem i częścią Barcelony.

Jesteśmy Barceloną. Nie zapomnijmy.

Obejrzyj mecz z polskim komentarzem w jakości HD
- kliknij tutaj

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (77)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze