Barça rozgromiła na Camp Nou UD Las Palmas 5:0 po bramkach Luisa Suáreza (dwóch), Leo Messiego, Ardy Turana oraz Aleixa Vidala. Gospodarze zdominowali ekipę z Wysp Kanaryjskich, nie pozwalając jej nawet na moment myśleć o ugraniu punktów.
Goście wyszli na ten mecz w dość ofensywnym ustawieniu, z wysoko wychodzącą linią defensywy. Z kolei Barça w nieco zmienionym składzie miała nadzieję na pewną ligową wygraną, by nie tracić więcej punktów do prowadzącego (choć i tak ze sporą przewagą) Realu Madryt. Podopieczni Luisa Enrique od początku wyglądali na solidnie zmotywowanych i zdeterminowanych, co szybko przyniosło efekt: w 14. minucie prawym skrzydłem urwał się Andre Gomes, precyzyjnie dograł po ziemi do Luisa Suáreza, a ten mocnym strzałem z bliska nie dał szans Javiemu Varasowi. Po objęciu prowadzenia Barça chciała iść za ciosem, ale dobrze spisywała się obrona gości, "swoje" wyjmował też golkper Las Palmas. Kilka zmarnowanych akcji Suáreza i nieudany wolny Messiego spowodowały, że do przerwy na tablicy widniał wynik 1:0.
Po zmianie stron w piłkarzy Blaugrany jakby wstąpił nowy duch. Przebudziła się zwłaszcza lewa strona boiska, na której znakomicie współpracowali Rafinha i Arda Turan. To właśnie po dwójkowej akcji tych graczy padła druga bramka: Brazylijczyk mocno dograł piłkę w pole bramkowe, piłkę odbił Varas, a z bliska do siatki wpakował ją nie kto inny jak Leo Messi. Od tego momentu sprawy potoczyły się z górki. Nie minęło pięć minut, a znów zadziałała współpraca lewej flanki. Arda zagrał do Rafinhi, a ten do Suáreza, który odwrócił się z piłką i finezyjnym strzałem wykończył akcję. Była 57. minuta, a zawodnicy Las Palmas prawdopodobnie już mieli ochotę opuścić boisko. Mecz trzeba było jednak dograć, a po stracie dwóch goli w ciągu pięciu minut drużyna totalnie się posypała - zarówno w ataku, jak i w obronie. Nic dziwnego zatem, że dosłownie chwilę później polujący na hat-tricka Suárez kolejny raz urwał się obrońcom i wyszedł sam na sam z bramkarzem. Varas tym razem dobrze odczytał jego intencje i obronił strzał, lecz wobec dobitki wbiegającego w drugie tempo Ardy Turana był bezradny. Wynik 4:0 sprawił, że ostatnie pół godziny obie ekipy bardziej "dograły" niż "rozegrały". Lucho dał się wykazać zmiennikom: po długiej przerwie spowodowanej kontuzją na boisku pojawił się Jérémy Mathieu, żegnanego owacjamI Andre Gomesa zastąpił Rakitić, zaś zmęczonego Suáreza zmienił Paco Alcácer. Pełen chęci wychowanek Valencii od początku aktywnie brał udział w ofensywnych "klepkach" z Ardą i Leo Messim, jednak kolejny raz nie był to jego dzień, jeśli chodzi o zdobycze bramkowe. Swoje pierwsze trafienie zaliczył piłkarz, po którym mało kto się spodziewał, że w ogóle wyjdzie w pierwszym składzie - Aleix Vidal. Po kombinacji na prawym skrzydle z Paco i wbiegnięciu w pole karne prawy obrońca precyzyjnym strzałem umieścił piłkę w bramce, ustalając wynik spotkania.
Manita, to brzmi dumnie. Być może rywal nie był zbyt wymagający, to prawda, jednak nie należy zapominać, że Barça od początku roku nie grała najlepiej i zdarzało się jej w tym sezonie zawodzić nawet w meczach z drużynami dużo gorzej notowanymi od przybyszy z Wysp Kanaryjskich. Jednak głodni minut rezerwowi w połączeniu z kilkoma absolutnie podstawowymi graczami pokazali klasę i rozgromili rywala, przez większość czasu prezentując się znakomicie. To dobry prognostyk przed czwartkową wyprawą na Anoeta. Również w obliczu trudnego wyjazdu Realu na Sánchez Pizjuán dzisiejsze zwycięstwo może znaczyć naprawdę dużo.
Komentarze (788)