„Trzy punkty obowiązkiem” – mówiąc szczerze, właśnie takimi słowami powinna rozpoczynać się zapowiedź każdego kolejnego meczu ligowego z udziałem FC Barcelony. Choć może wydawać się to niemal niewiarygodne, to już w styczniu podopieczni Luisa Enrique nie mają marginesu błędu i muszą regularnie punktować, aby zachować szanse na odrobienie strat do głównego rywala z Madrytu.
Nie ma miejsca na potknięcia
W obecnym sezonie piłkarze Barçy nie dają swoim kibicom zbyt wielu powodów do radości. Po 17 kolejkach podopieczni Luisa Enrique znajdują się na trzeciej pozycji za plecami Sevilli i Realu, co może przyprawiać barcelonismo o ból głowy, ponieważ ostatni raz na tym etapie rozgrywek tak niską pozycję w tabeli Barça zajmowała w sezonie 2003/04. Jeszcze bardziej martwić może strata do odwiecznego rywala, który ma na swoim koncie pięć oczek więcej i do rozegrania zaległy mecz ze znajdującą się w głębokim kryzysie Valencią.
To właśnie niesamowity sezon w wykonaniu Realu sprawia, że piłkarze Barçy nie mogą pozwolić sobie na kolejne wpadki. Gracze Zidane’a pozostają niepokonani od 40 spotkań, co z pewnością nie jest dziełem przypadku czy też zwykłego szczęścia lub „farta”. W trwającej kampanii Los Blancos są piekielnie mocni, a świadczy o tym chociażby to, że zawodnicy z Madrytu pozostawali niepokonani nawet wtedy, gdy prezentowali toporny i nieatrakcyjny futbol, który był krytykowany przez samych kibiców Realu. W nowym roku z kolei oglądamy inną, znacznie ciekawiej grającą drużynę, która w dalszym ciągu nie trafiła na swojego pogromcę.
Na każdej konferencji prasowej Luis Enrique powtarza, że jego zespół musi wygrywać swoje wszystkie mecze, aby nakładać nieustanną presję na odwiecznego rywala. Choć mamy dopiero styczeń, kibice Barçy mają wszelkie prawo do tego, aby zacząć wątpić w to, czy ich drużynie uda się obronić tytuł mistrzowski. Obecny zespół Zidane’a różni się od Realu Ancelottiego czy Barçy Luisa Enrique, które również zanotowały wspaniałe passy meczów bez porażki. Francuski szkoleniowiec, w odróżnieniu od Włocha i Hiszpana, nie przestaje rotować składem, a potencjał jego graczy rezerwowych może wręcz powalać z nóg. Każda passa ma jednak swój koniec, na przykładzie zeszłego sezonu doskonale pamiętają o tym culés. Dlatego też Barça musi robić to, o czym wciąż przypomina Luis Enrique – wywierać presję na rywalu poprzez regularne zdobywanie punktów. Jeżeli Barça chce zachować szanse na możliwość świętowania w maju z powodu zdobycia pucharu za mistrzostwo, zgarnięcie trzech punktów w starciu z Las Palmas i w kolejnych meczach jest po prostu obowiązkiem.
To sama Barça, a nie sędziowie, jest największym problemem Barçy
W ostatnim czasie w Katalonii zbyt wiele uwagi poświęca się sędziom, którzy niejednokrotnie mylili się na niekorzyść Barçy. Jeżeli w zeszłym sezonie sędziowanie w Hiszpanii było bardzo słabe, to w tej kampanii możemy mówić wręcz o tragicznym poziomie prezentowanym przez arbitrów w Primera División. Ci jednak mylą się nieustannie i dalekie od prawdy byłoby twierdzenie, że poszkodowanymi są jedynie gracze Blaugrany.
Tym samym piłkarze Barçy w pierwszej kolejności powinni uderzyć się w pierś i wskazać na siebie jako głównych winowajców słabej postawy zespołu w tym sezonie, a nie szukać usprawiedliwienia w błędnych decyzjach sędziowskich. Rezultat zaledwie 10 zwycięstw w 17 meczach nie jest spowodowany nieprzychylnością arbitrów, lecz słabością Luisa Enrique i jego podopiecznych, którzy zbyt często grają bardzo przewidywalnie, wolno i bez pomysłu.
Niemal połowa sezonu za nami. Nadszedł czas na to, aby drużyna powróciła na właściwe tory, do formy jeszcze sprzed kryzysu z zeszłego sezonu. Na wysokości zadania musi wreszcie zacząć stawać linia pomocy, która bez Iniesty wygląda w tym sezonie gorzej niż źle. Na poważnie do gry muszą wejść letnie nabytki, które, poza Umtitim, nie zachwycają bądź najnormalniej w świecie rozczarowują. Gracze rezerwowi muszą zacząć udowadniać, że są w stanie dawać drużynie odpowiednią jakość. Na ten moment tego wszystkiego po prostu brakuje.
Barça zgarnia wszystko, Las Palmas wraca do domu z niczym
W obecnym sezonie Las Palmas prezentuje się bardzo przyzwoicie. 24 punkty i ósma pozycja w tabeli to z pewnością wynik bardziej niż zadowalający dla kanaryjskich kibiców. W oczy rzucać się może jednak mizerna postawa drużyny w starciach wyjazdowych. W ośmiu takich meczach gracze Quique Setiena zdobyli zaledwie pięć punktów. Jeżeli chodzi z kolei o starcia z silniejszymi zespołami, nie licząc pojedynku u siebie z Realem (sensacyjny remis 2:2), Las Palmas przegrało z każdą drużyną z czołówki La Ligi (Sevillą, Atlético, Villarrealem, Realem Sociedad).
W ostatnich konfrontacjach Kanaryjczycy prezentowali dość przeciętną formę. Dwa zwycięstwa, dwie porażki i jeden remis w pięciu poprzednich spotkaniach ligowych, a na dodatek odpadnięcie z Pucharu Króla po przegranym dwumeczu z Atlético nie pozwalają sądzić, że ekipa Setiena przyjedzie na Camp Nou w optymalnej formie.
Nie zachwyca jednak również Barcelona, która szczególnie mocno zawodzi na własnym boisku (11. pozycja w tabeli przy uwzględnieniu jedynie spotkań domowych). Wciąż świeżo w pamięci culés tkwią mecze z Málagą (0:0) i Deportivo Alavés (1:2), które pozbawiły Katalończyków pięciu jakże cennych punktów. W zeszłym sezonie gracze Luisa Enrique dwukrotnie wygrali z Las Palmas różnicą zaledwie jednej bramki (2:1 na Camp Nou i Estadio de Gran Canaria), dlatego Barça nie może się rozluźnić ani zlekceważyć przeciwnika.
Jutro Real zmierzy się w wymagającym meczu na Sánchez Pizjuán z Sevillą. FC Barcelona musi zgarnąć dziś komplet punktów i wywrzeć presję na Los Blancos. Dzisiaj na Camp Nou w grę wchodzi wyłącznie zdobycie trzech punktów. Każdy inny scenariusz kibice Barçy uznają za katastrofę, do której pod żadnym pozorem nie może dojść. Najwyższy czas na to, aby rozpocząć skracanie dystansu do odwiecznego rywala.
Komentarze (17)