Po raz kolejny wyjazd na Balaídos zostawił po sobie nieprzyjemny posmak. Dozę zaprzepaszczonych szans doprawionych całą garścią rozczarowania. Narkoleptyczny Busquets, niezdarny Mathieu i przede wszystkim bezmyślny ter Stegen. Podczas łomotu od Celty widoczne były głównie błędy indywidualne, jednak jeśli ktoś myśli, że problemy Barçy rozpoczęły się w Vigo i skończą, gdy tylko co niektórzy zawodnicy uderzą się w pierś (i może trochę w głowę), muszę was rozczarować.
Duma Katalonii od początku sezonu prezentuje mocno oscylującą formę, serwując swoim fanom na przemian to goleadę, to pokaz bezsilności. Widok niezbyt zaskakujący na początku sezonu, biorąc pod uwagę wszystkie zmiany, które zaszły w zespole tego lata. Na poczet braku rytmu meczowego można podpiąć bardzo wiele błędów i niedociągnięć, mających miejsce w sierpniu, może nawet na początku września. Przyszedł jednak październik, a stabilizacji formy wciąż nie widać.
Coraz częściej podnoszą się głosy o mistycznej „messidependencji”, tworze równie rzeczywistym jak Wielka Stopa czy Reptilianie. Drużyna gra gorzej bez swojego najlepszego zawodnika? Coś podobnego? Cóż: nieprawdopodobne, a jednak! Podobne zjawisko nie jest domeną wyłącznie barcelońską, jednak insynuacje jakoby ekipa Luisa Enrique nie potrafiła wygrywać bez swojego lidera są bzdurą wyssaną z palca. Nawet średnio zorientowany w futbolu człowiek jest w stanie wymienić połowę składu Barçy, zawodników klasy światowej, zdolnych rozstrzygać spotkania z Argentyńczykiem u boku czy też bez niego. Jeśli miałabym wskazywać zawodnika, który swoją dyspozycją wpływa na „być lub nie być” drużyny, to byłby nim Busquets. Nie trzeba być wielkim ekspertem, by dostrzec, że ostatnimi czasy forma naszego filaru jest daleka od optymalnej. Wykorzystywanie Sergio niemal w każdym meczu w ośmiu sezonach z rzędu zaczęło zbierać żniwo. Spóźnione wyjścia do podań, oddawanie rywalowi całych połaci przestrzeni w środku pola i niewymuszone straty są niestety coraz częstszym obrazkiem. Odbija się to na grze całej drużyny, a napięty grafik jeszcze pogarsza sytuację. Busi potrzebuje odpoczynku, nie na jedno czy dwa spotkania, lecz konkretnego resetu i stopniowego powrotu do formy. Najlepszego na świecie defensywnego pomocnika nie łatwo jest jednak z dnia na dzień odsunąć na dalszy plan. Jego nieobecność będzie widoczna tak samo, jak widoczna jest nieobecność Messiego, jednak szeroką kadrę zawsze ma się po coś. Sergi Roberto czy Andre Gómes być może nie zastąpią go bez utraty jakości, są to jednak opcje warte rozważenia przy ustalaniu składu na kolejne spotkania. Sezon jest długi, a bez Busiego w optymalnej formie nie ma co marzyć o kolejnych trofeach. Każde 90 minut odpoczynku jest dla niego szansą na złapanie drugiego oddechu i zebranie sił na decydujący etap rozgrywek.
Wbrew ciągłym narzekaniom na powolną adaptację nowych zawodników dołek formy, nie tylko Busquetsa, ale i Mascherano czy nawet Luisa Suáreza, jedynie utwierdza mnie w przekonaniu, że Robert Fernández podjął słuszną decyzję, ubezpieczając drużynę na taką ewentualność. Na dobrą sprawę trudno zarzucić coś nowym zawodnikom pod względem indywidualnej dyspozycji. Samuel Umtiti niemal z miejsca przebił się do wyjściowego składu, Lucas Digne prezentuje się bardzo solidnie na boku obrony, w lot pojmując, na czym polega rola obrońcy Barcelony. Również Andre Gómes oraz Denis Suárez wnoszą do drużyny wartość dodaną, nie bojąc się brać na siebie ciężaru gry. Mimo to dyspozycja Blaugrany nie wygląda najlepiej. Ba! W porównaniu do tego, co oglądaliśmy w poprzednich sezonach, jest wręcz mocno przeciętna. Defensywa co i rusz serwuje nam bramki rodem z Ekstraklasy, w środku pola trudno dopatrzyć się jakichkolwiek schematów rozegrania, skrzydła są tłumione w niemal każdym spotkaniu, a w polu karnym rywala częściej obserwujemy indywidualne przebłyski niż zorganizowane akcje ofensywne.
Przyczyna takiego stanu rzeczy nasuwa się sama: rotacje. Zło konieczne przy tak napiętym terminarzu. Utrzymanie odpowiedniego poziomu gry niezależnie od personaliów jest na pozór niebotycznie trudne, lecz na dobrą sprawę wymaga spełnienia dwóch zasadniczych warunków: dobrego zrozumienia pomiędzy zawodnikami i precyzyjnie nakreślonej taktyki. Nietrudno się domyślić, że pierwszego z tych warunków nie jesteśmy na razie w stanie spełnić. Przez lata trenerzy pierwszej drużyny garściami czerpali z zasobów La Masíi, nie tylko ze względu na oszczędność. Zawodnicy ci od dziecka byli uczeni stylu gry pierwszej drużyny, dzięki czemu zasilając jej szeregi, mogli z miejsca porozumieć się ze starszymi kolegami. Pierwsza drużyna i La Masía są systemem naczyń połączonych. Gdy jedno z nich przechodzi kryzys, cierpi i drugie. Dlatego też mając do wyboru dwóch zawodników o podobnych umiejętnościach, wybór powinien paść na zawodnika szkółki, nie zaś kogoś „z zaciągu”. Problem w tym, że obecnie nawet w Barcelonie B trudno dopatrzyć się wychowanków. Klub robi wszystko, by przywrócić rezerwy do Segunda, wydając gargantuiczne (jak na ten poziom rozgrywkowy) kwoty, by tylko sprowadzić do klubu młodzież prezentującą odpowiedni poziom. Zastanówmy się jednak, jaką wartość może mieć dla kadry A nastolatek, który dopiero niedawno „liznął” filozofii klubu, grając w dodatku w kompletnie innym systemie, na trzecioligowym poziomie? Nikłą, ujmując delikatnie. Oglądając występy Grimaldo w Benfice czy strzelającego dla Málagi Sandro, trudno pozbyć się ukłucia urazy, że nigdy nie dostali oni poważnej szansy u Enrique. Jednak mleko się rozlało. Klub postawił na taką, a nie inną strategię, i plucie sobie w brodę nie zmieni tego, że na zgranie się drużyny przyjdzie nam trochę poczekać.
Proces ten byłby jednak o wiele krótszy, gdyby wdrożono drugie ze wspomnianych przeze mnie kryteriów: jasno zarysowany plan taktyczny. Tak, na ciebie patrzę Lucho. Oglądając mecze Barcelony w tym sezonie, przeżywam niepokojące deja vu. Widzę bowiem w tej ekipę Romę z sezonu 2011/12. Drużynę niezdolną do rozegrania dwóch równych połów, wychodzącą na mecz bez odpowiedniego rozpracowania rywala, zdobywającą punkty indywidualnymi przebłyskami, grającą nadmierną liczbą niezgranych zawodników wtedy, kiedy nie powinna. W tym sezonie ligowym traciliśmy punkty już trzykrotnie: z Deportivo Alavés, Atlético i Celtą, jednak dla mnie najbardziej znamienne było spotkanie z Borussią Mönchengladbach, w którym szczęśliwie uniknęliśmy porażki. W pomeczowych wypowiedziach trener Barcelony wyznał, że rywal zagrał inaczej niż się tego spodziewał. Stop. Co?! Podwojenie krycia w bocznych sektorach było dokładnie tym, co dało remis Atlético. Ustawienie 3-5-2 Borussia stosuje od pojawienia się Andre Schuberta. Jak można było nie spodziewać się wysokiego pressingu i gry z kontry, czyli znaków rozpoznawczych swojego rywala? Do dziś zachodzę w głowę, które mecze niemieckiej drużyny posłużyły sztabowi Barçy do analizy rywala. Oglądając chociażby zeszłoroczne spotkania ligowe z Bayernem, wątpię, by którykolwiek element ich taktyki stanowił niespodziankę. To samo tyczy się zresztą Celty, pod której grę sam Enrique układał fundamenty. Jeśli gra się z Atlético po cztery razy w sezonie, taktyka tego zespołu również nie powinna być dla zawodników zaskoczeniem. Oby podobne traktowanie po macoszemu analizy gry rywali było efektem tylko i wyłącznie występów dwa razy w tygodniu. Brak czasu na rozpracowanie przeciwników jestem w stanie wybaczyć, fuszerki już nie.
Nawet w wygranych wysoko spotkaniach gra nie wyglądała najlepiej. Częściej oglądaliśmy rajdy z piłką przez pół boiska niż ćwiczenie schematów rozegrania akcji. Niemal podczas każdego meczu oglądamy po 4-5 zmian personalnych względem składu z poprzedniego, część piłkarzy jest rzucana po przeróżnych pozycjach na boisku, momentami wygląda to tak, jakby zawodnicy dowiadywali się w tunelu, jaką funkcję mają pełnić danego wieczoru. To zaś skutkuje brakiem pewności siebie, a w dalszej kolejności przegranymi pojedynkami z graczami o klasę gorszymi. W poczynaniach zarówno ofensywnych, jak i defensywnych brakuje zdecydowania, wyjść do podania, wyciągania zawodników rywala z bloku obronnego. Szczególnie widać to po dotychczasowej postawie Paco Alcácera, który po dołączeniu późno do kadry sprawia wrażenie, jakby kompletnie nie rozumiał, co się dzieje na boisku i czego oczekują od niego koledzy i trener. Jest jednocześnie wszędzie i nigdzie, liczbę jego kontaktów z piłką można policzyć na palcach jednej ręki. Może więc zamiast wykorzystywać wszystkie permutacje, jakie oferuje szeroka kadra, warto przyzwyczajać daną grupę zawodników do gry na określonych pozycjach, z odstępstwami wynikającymi bardziej z przebiegu gry. Próbowanie nowych wariantów po 60. minucie, przy bezpiecznym wyniku, może przynieść lepsze efekty niż dobieranie do siebie partnerów na chybił-trafił od pierwszej minuty.
Październik nie jest jednak czasem na oceny, lecz na wyciąganie wniosków. Na własne życzenie materiałów do analizy dostarczyliśmy sobie aż nadto. Kalendarz najbliższych spotkań wyjazdowych wygląda wręcz przerażająco, więc najwyższa pora się otrząsnąć. Wykorzystać przerwę reprezentacyjną do refleksji nad własnymi błędami i stworzeniem konkretnego planu działania. Nie sposób odmówić naszym piłkarzom chęci i sportowej złości, szczególnie Gerardowi Piqué należą się brawa za postawę w ostatnich meczach. Do sukcesów trzeba jednak czegoś więcej niż samych chęci. Na całe szczęście sukcesy ostatnich dwóch sezonów nie są dziełem przypadku. Zawszę najbardziej ceniłam w Enrique umiejętność przyznania się do błędu i naprawy własnych niedociągnięć. Miejmy nadzieję, że i tym razem analityczny umysł mistera nas nie zawiedzie.
Komentarze (50)