„Herbata stygnie zapada mrok
A pod piórem ciągle nic
Obowiązek obowiązkiem jest
Felieton musi posiadać tekst
Gdyby chociaż mucha zjawiła się
Mogłabym ją zabić a później to opisać”
No, może nie do końca. Musiałabym być kompletnie stetryczałym kibicem, by stwierdzić, że w Barcelonie nic się nie dzieje. Chociaż okienko transferowe jest dopiero na półmetku, większość kart została już odsłonięta. Do kadry pierwszego zespołu dołączyło kilku młodych i utalentowanych graczy, a niektóre dobrze znane nam twarze zdecydowały się kontynuować karierę gdzie indziej. Jakby to powiedział Łukasz Fabiański, jedyne wątpliwości dotyczą „fusów”, zawodników, którzy z przeróżnych przyczyn nie są zbyt mile widziani na boiskach Ciutat Esportiva Joan Gamper. Nie będziemy się jednak zajmować teraz ich sylwetkami. Zanim sezon rozkręci się na dobre, zapewne opuszczą oni klub na zasadzie wypożyczenia bądź też za symboliczne kwoty odstępnego, będące bardziej zadośćuczynieniem dla sympatyków Barçy za katusze oglądania ich występów w ukochanych barwach niż jakimkolwiek zastrzykiem gotówki dla klubowej kasy.
Skupmy się więc na tym, co tygryski lubią najbardziej: na liczbach! Dla odmiany tym razem nie będziemy przeliczać euro na bramki, bramek na puchary, pucharów na funty, a częstotliwości występowania zorzy polarnej na migracje pingwinów. W zamian za to zastanówmy się przez chwilę, ilu w Barcelonie pozostało zawodników z drużyny, której zaczynaliście kibicować? Czterech? Dwudziestu jeden? Czy może żaden? W ciągu ostatnich kilkunastu lat Barcelona zaliczyła bodaj największy napływ kibiców w dziejach. Wielu z nas przyszło tu dla Ronaldinho, zostało dla Messiego i patrzy z nadzieją na Neymara. Przez boiska Camp Nou przewijają się coraz to nowe twarze, mające na dobrą sprawę tylko jeden, wspólny mianownik: sprawiają, że Barcelona wciąż jest wielka. Na przekór logice, historii, na złość hejterom i całemu światu. Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności co roku przychodzi nam żegnać kolejną klubową legendę, dziennikarze sportowi wpatrują się w zegarek niemal jak podczas nocy sylwestrowej, „to już, to musi być teraz, fin de siècle, na pewno w tym sezonie”. Po odejściu Guardioli, po przyjściu Luisa Enrique, może gdy Xavi skończy karierę. W ostatnich latach oglądaliśmy tak wiele klubowych upadków, że aż prosi się, by Barça dołączyła do Milanu, Manchesteru United czy Liverpoolu, machając kibicom z dziewiątego kręgu piekła.
Nie piszę tego, by się przez chwilę powywyższać nad tymi, którym nie wyszła przemiana pokoleniowa. Piszę to, by przyznać się do błędu. Uwaga, róbcie screenshoty. Oto ja, Sylwia Ruła, błędnie pojmując politykę klubu, uznałam, że Barcelona skończy się po odejściu Valdésa i Puyola. Pewnie wielu z was nigdy nie było świadomych niekończących się dyskusji na Twitterze o tym, jak to Zubizarreta kupuje starych pierników, jak to Bartomeu chce wycisnąć ostatnie soki z genialnego pokolenia, kompletnie nie myśląc o przyszłości. Jednak jak to zwykle bywa w takich przypadkach, nigdy nie zawodzą liczby. To samo zboczenie zawodowe, które każe mi liczyć powierzchnię podłogi, po jakiej stąpam, i objętość powietrza, którym oddycham, skłoniło mnie do policzenia średniej wieku drużyny w ostatnich sezonach funkcjonowania klubu. O dziwo w ostatnich siedmiu sezonach liczba ta cały czas oscyluje wokół magicznej 25. Skąd więc powszechny motyw vanitas w dyskusjach o kadrze? Niemal dokładnie tydzień temu Busquets skończył 28 lat. Słownie: dwadzieścia osiem. Ten sam chudzielec, który nie tak dawno śmiał się, atakując niezaprzeczalną pozycję w drużynie Yayi Touré, by z czasem stać się filarem, wokół którego przez lata budowano kadrę, ma bliżej do końca kariery niż szczytu możliwości fizycznych. I chociaż być może na boisku nie zawsze jest to widoczne, patrząc na słupki z wiekiem poszczególnych zawodników, niemal każdy odczuwa, że coś się kończy. Odpowiadając na wcześniej zadane pytanie: dwóch. Dokładnie tylu zawodników pozostało z drużyny, której zaczęłam kibicować. Cholernie dziwne uczucie, gdy przy ogłaszaniu składu na mecz nie widzisz Ludovica Giuly’ego, Eto'o czy Deco. Ba! Nie ma tam nawet Xaviego i Puyola, a mimo to Barça dalej funkcjonuje. Powiem więcej, bez Daniego Alvesa, Iniesty i Messiego zapewne też będzie się plasować w ścisłej czołówce europejskich klubów. I co najlepsze nie ma w tym nic przypadkowego. Żadnych cyrografów ani wciągania Vibovitu, po prostu wbrew temu, co większości z nas się wydaje, IQ klubowych dyrektorów pozwala im na o wiele więcej niż tylko oddychanie i nieudolne przekręty podatkowe.
Tam, gdzie wielu z nas domagało się rewolucji, oni widzieli miejsce na ewolucję. W tym roku sprowadźmy Neymara, później wymieni się bramkarzy. Tu włączy się do składu dwóch wychowanków, a trzech innych pośle na wypożyczenie. Nie śpieszmy się z obrońcami, czekajmy na dogodną sytuację na rynku. Na tę pozycję weźmy kogoś doświadczonego, tam z kolei przyda się ktoś młodszy. Aż przyszła wreszcie pora na akcję #team22. Samuel Umtiti, Lucas Digne, Denis Suárez, Andre Gomes, a wkrótce być może także Luciano Vietto. Mogłoby się zdawać, że to dosyć spory napływ świeżej krwi jak na jedno okienko, jednak wbrew pozorom moment na podobne działanie jest wprost idealny. O żadnym z tych zawodników nie można powiedzieć, że przychodzi tu „za kogoś”, musi z miejsca wskoczyć w buty wielkiego poprzednika i decydować o swoim być albo nie być w klubie. Nikt nie będzie wykonywał nad nimi badań genetycznych, sprawdzając, czy aby na pewno ich genotyp wpisuje się w mityczne DNA Barçy. Kogóż to będzie obchodziło, ile jest Puyola w Umtitim, Iniesty w Suárezie i Abidala w Digne'u? Każdy z nich dostanie swoją szansę, a co najważniejsze - czas, by w swoim tempie przystosować się do barcelońskiego stylu gry. Zawodnicy ci mają niepowtarzalną szansę, by zgrać się z resztą drużyny na spokojnie i bez presji, z zagwarantowaną statecznością statyczną.
Trudno optymistycznie założyć, że wszystkie z tych nazwisk zobaczymy za parę lat pod nagłówkami w stylu „NAJLEPSZE TRANSFERY MŁODYCH ZAWODNIKÓW [GALERIA]”. W końcu każda operacja tego typu wiąże się z ryzykiem tym większym, im mniej doświadczony jest sprowadzany piłkarz. Patrząc natomiast z punktu widzenia klubu, dokonał się na naszych oczach biznesowy majstersztyk. Można wręcz powiedzieć, że każdy z tych transferów został domknięty, zanim plotka o nim zdążyła dotrzeć do wszystkich zainteresowanych. Mam na myśli zwłaszcza sprawę pomocnika Valencii - od pierwszych wiarygodnych pogłosek do oficjalnego potwierdzenia minęło 15 min. [miejsce na niecenzuralne okrzyki zdumienia] Mam nawet własną teorię spiskową, zawierającą Roberta Fernándeza, który przedawkowując PokemonGo zapragnął wyruszyć na łowy w prawdziwym życiu.
Być może zobaczymy w tym okienku jakieś przetasowania na Camp Nou, jednak już teraz można powiedzieć: chapeau bas Barço! W czasach, w których każda młoda perełka jest na wagę złota, Blaugrana sprowadza za bardzo rozsądne kwoty trzech młodych zawodników, sprząta sprzed nosa rywali jednego z najbardziej rozchwytywanych pomocników okienka i przedłuża kontrakty z dwoma kolejnymi wychowankami. Nie często mamy okazję pochwalić ruchy transferowe klubu, więc teraz mówmy tym głośniej: wykonano kawał dobrej roboty.
Komentarze (35)