Niemal dziesięciomiesięczna ligowa podróż dobiega końca. Ach, cóż to była za podróż! Były momenty niepokoju, jak wówczas, gdy Leo Messi doznał kontuzji we wrześniowym meczu z Las Palmas, a wkrótce potem Barça straciła punkty na Sánchez Pizjuán z Sevillą. Były momenty ekstazy, gdy Luis Suárez i spółka upokorzyli Real Madryt na Santiago Bernabéu lub gdy Blaugrana wygrywała mecz za meczem od stycznia do marca i wydawało się, że nic nie jest w stanie jej powstrzymać. Były i momenty strachu, gdy 10-punktowa przewaga w tabeli została roztrwoniona w zaledwie trzy tygodnie i zaczęło się wydawać, że podopieczni Luisa Enrique wpadli w kryzys. Ostatecznie jednak zdołali wyjść na prostą, dzięki czemu w ostatniej kolejce będą mieli szansę przypieczętować tytuł mistrzowski na Nuevo Los Cármenes w Grenadzie.
Wielu culés po wspaniałym, historycznym sezonie rok temu ma zapewne uczucie pewnego niedosytu z powodu odpadnięcia z Ligi Mistrzów w ćwierćfinale z Atlético. Nie oszukujmy się jednak, nie każda drużyna co roku ma szansę na obronę dwóch krajowych trofeów, więc ewentualny dublet będzie sukcesem nie mniejszym niż ubiegłoroczne triumfy. Droga do zdobycia obydwu pucharów prowadzi przez Andaluzję: najpierw przez Grenadę, później zaś Sewillę (w tym drugim przypadku z przesiadką w Madrycie).
O czym najwięcej mówi się przed ostatnią kolejką La Ligi? O statystykach, formie poszczególnych drużyn, piłkarzy? A może o kontuzjach i ewentualnych powołaniach last minute na Euro we Francji? Być może w każdej innej lidze tak, ale w Hiszpanii na okładkach gazet sportowych królują przede wszystkim spekulacje o tzw. maletines, czyli potocznej nazwie "prezentów", jakie konkretne ekipy przygotowują w celu wynagrodzenia przeciwników drużyn z którymi rywalizują one o miejsce w tabeli. Katalońska prasa wietrzy zatem spore pieniądze dla Granady od zarządców Realu Madryt, z kolei madryckie media szukają kibiców Barçy w ekipie Deportivo La Coruña. Choć jest to proceder znany i powszechny od lat, z logiką zbyt wiele on wspólnego nie ma. Przede wszystkim dlatego, że rywale obu kandydatów do tytułu zdążyli już zapewnić sobie utrzymanie w La Lidze i w sobotnie popołudnie interesować powinna (zastrzegam, powinna) ich tylko gra w piłkę. Z jakim skutkiem, to się okaże.
Warto wspomnieć, że na stadionie Granady Barçy nigdy nie gra się łatwo. W historii ekipy te stoczyły zaledwie 46 pojedynków (Granada spadła do Segunda División w roku 1976 i powróciła do niej dopiero po 35 latach przerwy), Barça wygrała aż 36 z nich, padło pięć remisów, pięć razy triumfowali Andaluzyjczycy. Wszystkie straty punktów Blaugrany miały jednak miejsce właśnie na wyjazdach, czyli na stadionach Los Cármenes i Nuevo Los Cármenes. Wystarczy przypomnieć pojedynek sprzed dwóch lat, gdy pod wodzą Taty Martino Barça przegrała 0:1 po bramce Brahimiego i praktycznie pożegnała się z tytułem ligowym. Oby było to przestrogą przed sobotnim meczem.
Luis Enrique jest pewny swego przed ligowym finałem. Na przedmeczowej konferencji Asturyjczyk odrzucał wszelkie dywagacje o jakichkolwiek łapówkach i przekonywał, że drużyna jest gotowa do walki o tytuł do tego stopnia, że nawet nie zająknął się na temat finału Pucharu Króla z Sevillą w przyszłym tygodniu. Zjednoczenie ekipy Dumy Katalonii potwierdza też lista powołanych, na której znaleźli się wszyscy zawodnicy, nawet kontuzjowani Claudio Bravo i Sandro. Z kronikarskiego obowiązku warto równiez odnotować, że w drużynie Granady na pewno zabraknie kontuzjowanych Dimitriego Foulquiera, Isaaca Successa i Diego Mainza.
Nikt nie ma wątpliwości, że Barça zasłużyła na to mistrzostwo. Kto wie, czy nawet nie bardziej niż na poprzednie, ponieważ o ile w minionym sezonie drużyna przeżywała swój rozkwit i rozbijała rywala za rywalem, o tyle w bieżących rozgrywkach przeciwnicy znali już mocne strony tej ekipy (z tridente MSN na czele) i zdecydowanie odważniej starali się stawić jej czoła. Na niewiele jednak to się zdało, bo nawet mimo kwietniowego dołka formy Blaugrana pokazała, że jest na chwilę obecną najmocniejszym i najrówniej grającym zespołem w Hiszpanii. Jutrzejsze spotkanie nie ma być bitwą, pojedynkiem bokserskim, wymianą ciosów. Ma być potwierdzeniem dominacji Barcelony w La Lidze. Nawet pomimo wszelkich dywagacji o walizkach z pieniędzmi, osobistych sympatiach zawodników i historycznych bilansach, rachunek jest prosty: wyjść, wygrać i pokazać wszystkim, kto tu rządzi. Vamos, força Barça!
Komentarze (93)