Zawiedli oczekiwania milionów kibiców. Przegrali El Clásico, pozwalając Realowi Madryt rozgościć się na Camp Nou, odpadli z Ligi Mistrzów, gdzie złudzeń o obronie trypletu pozbawiło ich Atlético, po drodze przegrali jeszcze z Realem Sociedad, dzięki czemu walka o mistrzostwo Hiszpanii rozpoczęła się na nowo. Zawiedli również samych siebie, ale dzisiaj jest już kolejny dzień i kolejny mecz, który trzeba wygrać. Duma Katalonii podejmie na własnym stadionie Valencię, rywala, który nawet w kryzysie potrafi sprawić problemy, dlatego tak ważny będzie powrót do formy, jaką zachwycaliśmy się jeszcze kilka tygodni temu.
To nie był łatwy tydzień dla kibica Barcelony. To było jak podróż z nieba do piekła bez powrotu. Jeszcze kilka tygodni temu byliśmy świadkami gry wielkiej Barçy, która niczym walec rozjeżdżała kolejnych rywali. Jeszcze kilka tygodni temu w Messim widzieliśmy piłkarza, który po raz kolejny w pojedynkę może poprowadzić zespół do sukcesów, a w MSN trzech bogów, których słowo „kryzys” nie dotyczy. Przez ostatni rok widzieliśmy (chcieliśmy widzieć?) w piłkarzach Barcelony cyborgów, którzy wygrywają każde możliwe trofeum. Upatrywaliśmy w nich bohaterów, którzy jako pierwsi w historii mogą obronić trofeum Ligi Mistrzów. Wszelkie oznaki kryzysu deprecjonowaliśmy, a obok gorszych meczów przechodziliśmy obojętnie. Niestety w ostatnich dwóch tygodniach wszystko rozsypało się jak domek z kart, a w piłkarzach Barcelony zobaczyliśmy tylko ludzi. Inni posunęli się jeszcze dalej, wskazując, że Dumie Katalonii potrzebna jest rewolucja, a do wymiany jest pół składu. To tylko pokazuje, jak cienka jest granica między zwycięstwem a porażką.
Obok meczów Valencii z Barceloną nigdy nie można przejść obojętnie. To z całą pewnością jeden z największych hiszpańskich klasyków i bitwa, która nigdy nie zawodzi. I nieważne, że Valencia permanentnie zawodzi, a w trakcie obecnego sezonu potrafiła zwolnić już dwóch szkoleniowców. Nieważne, że Barcelona zaciągnęła ostatnio hamulec ręczny i odpadła już w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, o czym jeszcze w styczniu byśmy nie pomyśleli. Kiedy dochodzi do bezpośredniego pojedynku, to wszelkie problemy odchodzą w zapomnienie, liczy się tu i teraz. W ostatnim starciu ligowym pomiędzy tymi drużynami padł remis 1:1 (gole Luisa Suáreza i Santiego Miny w samej końcówce), natomiast w ostatnim spotkaniu ligowym na Camp Nou Barcelona wygrała 2:0, ale to Valencia dominowała przez większą część meczu (wystarczy wspomnieć o niewykorzystanym rzucie karnym przez Daniego Parejo).
Po ostatnich wpadkach (porażki z Realem Madryt i Realem Sociedad) przewaga Barcelony nad Atlético i Realem zmalała odpowiednio do trzech i czterech punktów. Po wczorajszym zwycięstwie Królewskich na Coliseum Alfonso Pérez obie drużyny dzieli już tylko jedno oczko. Obecna sytuacja w tabeli nie pozostawia złudzeń. Barcelona nie ma czasu na rozpamiętywanie ostatnich porażek, nie ma czasu na płacz. Czas się podnieść, ponieważ w grę w dalszym ciągu wchodzi dublet. - Jest niewiele zespołów, którym udało się dwa lata z rzędu wygrać ligę i Puchar Króla i to jest naszym celem. To trudne wyzwanie, które będzie nas wiele kosztować, biorąc pod uwagę sytuację, w jakiej się znajdujemy - pozostaje optymistą Luis Enrique. - Musimy skupić się na dwóch [rozgrywkach], które nam zostały i które są bardzo interesujące. Uważamy je za ważne wyzwanie - dodawał na ostatniej konferencji prasowej hiszpański szkoleniowiec.
Barcelona nie zdobyła dubletu dwa razy z rzędu od 63 lat, co jasno pokazuje, że to jeszcze nie jest koniec. Przegrana w Lidze Mistrzów nie jest końcem świata, dlatego jak najszybciej trzeba się podnieść po kryzysie. Leo Messi to wciąż Leo Messi, MSN to wciąż MSN, a Barcelona to w dalszym ciągu najlepsza drużyna na świecie. Czas to udowodnić i zgarnąć dublet. Vamos Barça!
Komentarze (74)