Wczorajsze losowanie par ćwierćfinałowych Ligi Mistrzów skojarzyło ze sobą FC Barcelonę i Atlético. Można powiedzieć, że Atléti trafiło najgorzej, jak tylko mogło, jednak kibice Blaugrany także nie mogą powiedzieć, aby los się do nich uśmiechnął.
Przyznam szczerze, że wczorajsze losowanie nie wzbudzało we mnie wielkich emocji, ponieważ podchodziłem do niego jako kibic, któremu generalnie obojętne jest to, z kim zmierzy się jego zespół, ponieważ niezależnie od rywala wiedziałem, że to FC Barcelona będzie faworytem tego dwumeczu. To piękne uczucie, kiedy po sezonach z Tito Vilanovą/Rourą czy Gerardo Martino na ławce trenerskiej Barçy cała Europa na nowo trzyma kciuki za to, aby przypadkiem w losowaniu nie wpaść na katalońską drużynę.
Dwumecz z Atlético w mojej opinii jest najtrudniejszym z możliwych scenariuszy, jaki mógł nam się przydarzyć w ćwierćfinale tegorocznej edycji Ligi Mistrzów. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że obecnie nikt nie byłby w stanie postawić nam cięższych warunków niż zrobi to ekipa genialnego Simeone. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że to po dwumeczu z Rojiblancos podopieczni Enrique będą najbardziej wykończeni pod względem fizycznym. W końcu nie mam wątpliwości, że w półfinale znajdzie się Barça, choć o jego wywalczenie będzie trzeba stoczyć niezwykle skomplikowaną 180-minutową batalię.
„Awansujecie, ale Atlético wymęczy was fizycznie”
Powyższe słowa były komentarzem mojego kolegi z Sevilli, kibica Realu Betis, na wynik wczorajszego losowania. Nie chcę być źle zrozumiany. Nie uważam Atlético za słaby zespół, wręcz przeciwnie. To niezwykle solidna marka, mogąca pochwalić się najlepszą defensywą w Europie (12 straconych goli w 29 meczach ligowych!). Fakt jest jednak taki, że Atléti nie ma argumentów do tego, aby przeciwstawić się Barçy Luisa Enrique, która drużynę Diego Simeone ogrywa zawsze, bez najmniejszych wyjątków.
Szczerze mówiąc, widzę Atléti w półfinale tylko przy spełnieniu jednego scenariuszu, który w założeniu musiałby zawrzeć w sobie trzy główne punkty:
1. W obu spotkaniach Atlético gra perfekcyjnie w obronie.
2. Atléti neutralizuje poczynania tridente MSN praktycznie do zera, a na dodatek Messi, Suárez i Neymar nie mają swojego dnia (w tym wypadku dwóch).
3. Piłkarze ze stolicy przeprowadzają jedną, dwie zabójcze kontry w ciągu całego dwumeczu i bronią swojej zdobyczy.
Nie widzę innej możliwości awansu Atlético do dalszej fazy rozgrywek niż wykonanie powyższego planu. Nie mamy się co łudzić. Nie będziemy świadkami pięknego dwumeczu. Nic z tych rzeczy. Atlético zagra swój wyrachowany futbol oparty na solidnej obronie i wyprowadzaniu błyskawicznych kontr. Simeone nie zmieni nagle nastawienia swojej drużyny, która często gra minimalistycznie, zorientowana jedynie na wynik. Barça musi nastawić się na cierpliwe kruszenie muru, który w tym sezonie jest niemal nie do ruszenia. Możemy zapomnieć o wymianie ciosów czy popisowych zagraniach z obu stron. Musimy nastawić się na twardą walkę, mnóstwo biegania, wiele ostrych, czasem brutalnych zagrań. Prowokacji pewnie też nie zabraknie. Nie łudziłbym się na rozstrzygnięcie rywalizacji po 90 minutach. Atléti to zbyt wymagający rywal, aby można było sądzić, że jednym meczem załatwi się sprawę.
Faktem jest, że w roli trenera Barcelony Luis Enrique wygrał wszystkie sześć konfrontacji z Diego Simeone. Warto jednak zwrócić uwagę, że przy żadnej z okazji nie mogliśmy mówić o pogromie. 2:1, 2:1, 1:0, 3:2, 1:0, 3:1. Żaden z tych wyników nie przesądziłby losów rywalizacji w pierwszym meczu na Camp Nou, dlatego daleko mi do stwierdzenia, że na Calderón pojedziemy, znajdując się jedną nogą w półfinale. Odnoszę wrażenie, że kibice Barçy mają świadomość tego, że ich ulubieńców czeka zacięty bój, gdzie w teorii zwycięzca może być tylko jeden, jednak futbol uwielbia czasem pisać niestworzone historie.
Wylosowanie Atléti wydaje mi się o tyle mało szczęśliwe, że zagramy z nimi w naprawdę wymagającym okresie. 2 kwietnia Klasyk na Camp Nou, trzy dni później pierwsze starcie z Atlético, 9 kwietnia wyjazd na przeklęty stadion Realu Sociedad (w ostatnich pięciu meczach cztery porażki i jeden remis!), a cztery dni później rewanż na Calderón. To wszystko wygląda piekielnie groźnie, ale jeżeli chcesz wejść na samą górę, musisz pokonać wiele skomplikowanych przeszkód i udowodnić, że zasługujesz na to, aby tam się znajdować.
Na sam koniec pozwolę sobie na krótki komentarz odnośnie całego lamentu, jaki pojawił się na naszej stronie w związku z szczęśliwym dla Realu losowaniem. Choć w moim odczuciu dwumecz z Rojiblancos to najgorsze dla Barçy rozwiązanie, to zdecydowanie bardziej wolę, aby mój zespół zmierzył się z kimś z samego światowego TOP-u, aniżeli grał z Wolfsburgiem, Benfiką czy Manchesterem City. Nie chcę umniejszać klasie tych zespołów, ale są to europejskie średniaki, które nie dadzą ci odpowiedzi na to, czy rzeczywiście jesteś najlepszy na Starym Kontynencie. Niezmiernie podoba mi się wizja powtórzenia tego, czego byliśmy świadkami w zeszłym sezonie, gdy nikt nie miał prawa podważyć wyższości Barçy nad całą resztą. A jeżeli ktoś pragnął pisnąć choćby jedno słówko? Odpowiedź była banalnie prosta. Mistrz Cypru, Holandii, Anglii, Francji, Niemiec, Włoch, a także Hiszpanii (czterokrotne zwycięstwo – dwa razy w Lidze i dwa razy w Pucharze Króla). Na taki argument nie ma rzeczowego kontrargumentu.
Ciekawi mnie Wasza opinia na temat wczorajszego losowania, jednak tylko w odniesieniu do pary FC Barcelona – Atlético. O Realu powiedziane zostało już tyle, że nie ma potrzeby po raz kolejny odnosić się do tego zespołu, wylewając swoją frustrację. Skłaniacie się ku moim przemyśleniom dotyczącym tego, że Atlético to na chwilę obecną najtrudniejszy i najbardziej wymagający rywal, z jakim możemy zagrać w ćwierćfinale Champions League? A może uważacie, że to z jakimś innym zespołem Barça miałaby znacznie ciężej o awans? Zachęcam do głosowania w ankiecie i dzielenia się swoimi przemyśleniami w komentarzach.
Komentarze (70)