Fan fiction: cena sukcesu

Sylwia Ruła

8 lutego 2016, 19:06

65 komentarzy

Zakończony niedawno mecz z Levante przypieczętował wyrównanie najlepszej serii w historii klubu - 28 spotkań bez porażki. Ekipa Luisa Enrique po raz kolejny z charakterystycznym dla siebie wyrachowaniem wypunktowała swojego rywala, nie pozostawiając złudzeń co do swojej dominacji zarówno na krajowym, jak i europejskim podwórku. Życie kibica Barcelony jest uroczo bezstresowe. Możemy się całymi dniami pławić w sukcesach ukochanego klubu, patrząc, jak nasi zawodnicy rozjeżdżają kolejnych rywali na swoich tęczowych jednorożcach. Jednak by wizerunek klubu nie wyglądał tak cukierkowo, pozwolę sobie zasiać ziarno fermentu na zupełnie innej płaszczyźnie. Przynieście popcorn i dobre piwo, wyruszymy do jaskini Smauga, by przyjrzeć się nieco klubowym pokładom drogocennych kruszców.

Zamknięte niedawno zimowe okno transferowe było wyjątkowo niemrawe w wykonaniu katalońskiego giganta. I chociaż dyrekcja sportowa nigdy nie dawała się zbytnio ponosić karnawałowemu szaleństwu zakupowemu, jedna, konkretna ofensywa tego okienka zmusza nas do refleksji nad stanem finansów klubu. O kim mowa? Oczywiście o Nolito, którego nazwisko w kontekście przenosin na Camp Nou przewija się stale od kilku ładnych lat. To, czy transfer ten byłby uzasadniony, czy też nie, zostawmy na boku. Temat ten był już wertowany na wszystkie strony przez moich redakcyjnych kolegów. Skupmy się na samych negocjacjach pomiędzy klubami, w szczególności zaś na kości niezgody w postaci kwoty 18 mln odstępnego, która okazała się zaporową ceną dla władz klubu. Wielu kibiców zachodzi zapewne w głowę, jakim cudem jeden z najpotężniejszych klubów świata nie stać na zapłacenie, powiedzmy sobie szczerze, tak śmiesznej jak na współczesny rynek kwoty. Co z niedawnymi zapewnieniami wiceprezydent ds. ekonomicznych FC Barcelony Susany Monje o finansach klubu będących w „najlepszym stanie w historii”? Czy sytuacja Barçy jest w aż tak opłakanym stanie? Cóż, i tak, i nie. Klub co prawda systematycznie zwiększa swoje przychody, które osiągnęły w zeszłym sezonie rekordowe 633 mln, jednak zaglądając nieco głębiej za prezentowane oficjalnie słupki procentowe, sytuacja przestaje być aż tak różowa. Wystarczy wspomnieć o „tyci sztuczce” katalońskich dyrektorów, którzy przy tworzeniu zeznania finansowego za sezon 2014/15 wliczyli do bilansu zysków pieniądze ze sprzedaży Pedro Rodrígueza, „zapominając” odliczyć koszty transferu Ardy Turana. Karuzela śmiechu, nieprawdaż? Wielu sympatyków Blaugrany zachodzi pewnie w głowę, „jak ci geniusze zarządzania zdołali wygenerować ujemny bilans w sezonie trypletu?”. Odpowiedź jest równie prosta co prozaiczna: sukces kosztuje. I to nie mało. Przyglądając się wydatkom klubu, najbardziej przerażająca jest zwłaszcza jedna pozycja - wydatki na pensje, które pochłonęły w poprzednim sezonie niemal… 70% budżetu, z czego lwą część stanowiły pensje zawodników piłkarskiej kadry A, ze wzrostem aż o 99 mln względem sezonu 13/14.

Zawodnicy ci spisują się znakomicie i nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości, że kolejne premie i podwyżki należą im się jak psu miska. Mowa tu o tym, co zawsze powtarzają byli i obecni piłkarze klubu: gra dla Barcelony jest spełnieniem marzeń nie tylko ze względu na sportowe sukcesy, klub zwyczajnie w świecie troszczy się o swoich zawodników. Kibice mogą ewentualnie uśmiechnąć się pod nosem, czytając o kosmicznych ofertach składanych przez futbolowych krezusów za Neymara czy Messiego, jednak powiedzmy sobie szczerze, ten spokój nie wynika tylko i wyłącznie z lojalności samych piłkarzy. Gra dla Barçy zwyczajnie się opłaca, a dyrekcja sportowa dniami i nocami dba o to, by opłacała się jeszcze bardziej. Kolejne przedłużenia kontraktów i podwyżki gwarantują komfort pracy graczom i trenerowi bez konieczności zaprzątania sobie głowy nadchodzącymi zewsząd ofertami. Tak właśnie być powinno, co nie zmienia faktu, iż pensje zawodników rosną w zastraszającym tempie. Co więcej, jeśli klub nie wynegocjuje w najbliższych dniach znacznego wzrostu wpływów z umów sponsorskich, podwyżki samych tylko Messiego i Neymara (odpowiednio o 40% i 50%) pochłoną cały letni budżet transferowy.

Wbrew pozorom problemy finansowe klubu nie do końca da się zrzucić na poczet, mówiąc delikatnie, dyskusyjnie efektywnego zarządzania. Świat się zmienia, zmienia się gospodarka i zmienia się również sposób finansowania klubu. W latach 30. do zapewnienia solidnego zastrzyku gotówki wystarczyła organizacja południowoamerykańskiego tournée. Jeszcze do końca lat 70. klub był w stanie utrzymać się ze składek członkowskich socios oraz sprzedaży biletów, co stanowiło 87% dochodów. Rewolucja w sposobie finansowania przypadła dopiero na czasy prezydentury Núñeza. Indywidualna sprzedaż praw telewizyjnych oraz nawiązanie współpracy z Nike pozwoliły Barçy rozsiąść się obok Manchesteru United i Realu Madryt na piedestale najbogatszych klubów świata. Tak pozostało do tej pory, lecz co by nie mówić na temat znienawidzonego przez wielu prezydenta, znał on w swojej osławionej wręcz chciwości granice. Żadnego sponsora na koszulkach, nie wprowadzać klubu na giełdę, damy sobie radę bez tego. Bastion ten utrzymywał się wyjątkowo długo. Czy mógł wytrwać jeszcze trochę już nie mnie oceniać. Nie znam się na ekonomii, za to znam się na liczbach. Jeśli za niemal każdego potrafiącego jako-tako kopać piłkę zawodnika przychodzi ci wydać tyle, ile jeszcze parę lat temu zapłaciłbyś za całą kadrę, to wiedz, że musisz przedefiniować swoje pojmowanie pieniądza. Nie zanosi się, by Barça B wypluła kolejne pokolenie wirtuozów, o czym więcej możecie poczytać tutaj, pozostaje więc zdać się na zaciąg z innych klubów. Przyznam szczerze, że ostatnie ruchy transferowe Barçy i tak są względnie przemyślane. Sprowadzeni zawodnicy udowadniają swoją wartość, a maruderzy opuszczają mury Camp Nou za uczciwe kwoty.

Pozostaje więc pytanie, czy wykorzystując pasmo sukcesów, dałoby się wykrzesać dodatkową sakiewkę talarów? Problem w tym, że niekoniecznie. Zyski z dnia meczowego nie są wstanie rosnąć w nieskończoność. Nawet przy takiej plejadzie gwiazd stadion zapełnia się góra parę razy w sezonie, a po zapowiadanej od dawna zmianie sposobu sprzedaży praw do transmisji La Ligi przychody z tego tytułu mogą nawet nieznacznie zmaleć. Jedynej zmiany należy więc upatrywać w kontraktach sponsorskich. Dochodzimy tutaj do sedna w postaci przedłużających się negocjacji umowy z Qatar Airways. Zarząd klubu obstaje przy kwocie co najmniej 60 mln euro, odgrażając się szukaniem sponsora na innych rynkach czy też, co wydaje się kompletnym absurdem, grą bez głównego sponsora na koszulkach. Jakkolwiek zachęcająco by to nie brzmiało, powracając do „czystych” koszulek klub podpisałby na siebie wyrok śmierci. Dlatego też podobne obietnice można potraktować bardziej w kontekście polepszenia pozycji negocjacyjnej niż faktycznego rozwiązania. Poszukiwania odpowiedniego loga do nadrukowania na koszulki trwa już jakiś czas, ostatnio coraz częściej przewija się kandydatura Pepsi, jednak ile jest prawdy w tego typu pogłoskach, wiedzą chyba tylko sami zainteresowani. Co ciekawe z pomocą może przyjść tu inny sponsor Barcelony w postaci amerykańskiego koncernu Nike. Według niedawnych doniesień prasy reprezentacja klubu miała negocjować z kilkoma zainteresowanymi firmami podczas Super Bowl, finału ligi futbolu amerykańskiego, w której (oczywiście zupełnie przypadkowo) komplety strojów wszystkim drużynom dostarcza właśnie Nike.

A skoro już przy sponsorach jesteśmy, nie sposób nie wspomnieć o zbliżającej się ogromnej inwestycji w postaci projektu Espai Barca, mającej według wyliczeń klubu kosztować nie więcej niż 600 mln euro. Kwota ta osiągająca już teraz niebotyczny pułap może w rzeczywistości pochłonąć nawet drugie tyle. Według zapewnień władz klubu część tej sumy ma być pozyskana dzięki, a jakże by inaczej, kolejnemu sponsorowi. Sprzedaż praw do nazwy stadionu nie jest już więc debatą o charakterze „czy”, a raczej „kiedy i za ile”. Jeszcze dekadę temu podobne scenariusze wydawały się czymś nie do pomyślenia, a jednak jesteśmy tu teraz. Wbiegając po walących się schodach, balansując pomiędzy zatraceniem się w morzu komercji a koniecznością sprzedaży filarów drużyny. Wpływy z potencjalnego transferu tego typu mogłyby pokryć przynajmniej część inwestycji. Przy okazji dałoby to również pretekst przeciwnikom rządzącej junty do poszerzenia słownictwa o termin more Behemico. Czy istnieje więc alternatywa dla naklejania kolejnych szyldów w pobliżu klubowego herbu? (spoiler: otwieranie laboratorium metamfetaminy w podziemiach Camp Nou nie wchodzi w grę).

Barcelona to przed wszystkim klub sportowy i dopóki sukcesy sportowe przychodzą ze względną łatwością, trzeba wykorzystać trwającą passę. Zdobywać puchary na kredyt, wycisnąć jak cytrynę cudowne pokolenie La Masíi i trzymać się kurczowo resztek własnej tożsamości, modląc się, by kolejne bastiony klubowych wartości upadły jak najpóźniej.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (65)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze