Podczas gdy plotki już szaleją, Pep Guardiola jeszcze przeciąga ogłoszenie decyzji o przyszłości w Bayernie. Jak powiedział po pucharowym meczu z Darmstadt, poznamy ją w przyszłym tygodniu. Pobudza to dyskusję o ocenie jego dorobku w Niemczech. Jaka powinna być?
Na zdrowy rozsądek, ktoś może się zastanowić, czemu na stronie dotyczącej FC Barcelony zajmować się trenerem Bayernu. Wystarczy krótka chwila rozmowy z kibicami Barçy. Gdy tylko klub z Camp Nou dozna istotnej porażki lub przechodzi trudny okres – nazwisko Guardioli pojawia się jedne z pierwszych.
Wdzięczność na zawsze, poza tym życie płynie dalej.
Pojawia się w oparach sentymentu i nieodżałowanej straty. Jakby Guardiola – rodowity Katalończyk zaangażowany w sprawy narodu – nigdy nie odszedł z Barçy.
Wychowanek Masii. Legenda tego klubu na boisku i trenerskiej ławce. Człowiek, który cykl Rijkaarda pociągnął w zupełnie nowy wymiar. Emblematyczne postaci drużyny poprzednika zaprogramował na nowo, dostroił historyczną dewizę Barçy grania ładnie dla oka do wymagań współczesnej gry, dodał różne pomysły autorskie i stworzył nową jakość. Wyniósł drużynę do rangi europejskiej potęgi, którą nieprzerwanie jest do dziś. Deszcz pucharów na Camp Nou pada już ponad sześć lat.
To dokonania bez precedensu w historii klubu. Zawsze będą pamiętane. Jednak żaden pracownik nie jest dla mnie większy od tego klubu. Nie płakałem po Pepie. Ludzie przychodzą i odchodzą. Klub zostaje.
U dużej rzeszy culés kataloński trener cieszy się kultem niemal maryjnym. Podobnie było gdy przychodził do Monachium. Ta miłość ostygła z czasem. W Bayernie nie jest „swój”, więc traktowany jest inaczej niż w Barcelonie. Mniej jak piłkarski bóg, bardziej jak fachowiec zatrudniony do realizowania zadań.
Jasny cel
Pep Guardiola przejął obowiązki przy Säbener Straße z konkretnym celem. Miał utrzymać klub na szczycie w Europie.
Przy pierwszym podejściu skończyło się blamażem. W ½ finału Bawarczycy ulegli 0:5 Realowi Ancelottiego. Brak gola przez 180 minut dwumeczu fazy play-off Pucharu Europy zdarzył się klubowi pierwszy raz od 1998 r.
Scenariusz zdarzeń powtórzył się rok później. Po 135 minutach półfinału Bayern przegrywał z Barçą w stosunku 1:5. Awans do finału był rozstrzygnięty. Po przerwie ekipa Lucho zdjęła nogę z gazu i przyczaiła się na własnej połowie. Bayern zdobył dwa gole, lecz awans gości nie był zagrożony ani minuty.
Z taką zaliczką wygrana na Allianz Arenie przestała być dla Barçy celem samym w sobie. Pięć dni później grała o mistrzostwo Hiszpanii z Atlético. Pamiętam ten szok, oglądając przez 45 minut półfinału Ligi Mistrzów z wielkim Bayernem jak Barcelona odpoczywa na boisku. Jak umie to robić i mogła sobie na to pozwolić. Strata obu goli po przerwie była bez znaczenia. Masche i tak był wściekły.
Obecny sezon? Trwa w najlepsze, ale w tak konkurencyjnych rozgrywkach jak Liga Mistrzów – tu dziś decyduje każdy detal – spodziewane odejście Pepa będzie miało wpływ na morale piłkarzy. Oni akurat, w przeciwieństwie do fanów, dziennikarzy, działaczy, uwielbiają go unisono. Jeśli to koniec Guardioli w Monachium, wątpię aby w LM zaszli dalej niż ćwierćfinał. Tym bardziej, że po świetnym otwarciu sezonu, zespół się zaciął. Cztery gole stracone w dwumeczu z Arsenalem mówią swoje.
Odczucia w Monachium
Lubiły się pojawiać informacje, że możliwość zatrudnienia Pepa „zwolniła” zwycięskiego Heynckesa. To nieprawda. Niemiec podpisał w 2011 dwuletnią umowę. Głęboko w trakcie sezonu 12/13 władze klubu z Monachium umówiły się z Juppem, że nie będzie przedłużona. Inicjatywa wyszła od 67-letniego trenera, który miał dość ze względów osobistych. Chciał poświęcić więcej czasu rodzinie.
Przekazując swoją decyzję władzom klubu, Heynckes wychodził ze słusznego założenia, że swoje zadanie w klubie wykonał. Posprzątał bajzel po Van Gaalu. Fantastycznej dla Bawarczyków wiosny tamtego roku nikt nie mógł przewidzieć, lecz tematu przedłużenia kontraktu Heynckesa być nie mogło. Wszystko było już dawno ustalone.
Do Guardioli nie można mieć pretensji o pożegnanie z Heynckesem, ale jego poprzednik zdobył tryplet. Wśród sympatyków Bayernu od dłuższego czasu powraca głośno pytanie, czemu zespół, który wzniósł Puchar w 2013, ani razu od tego czasu nie wrócił do finału mając trenera uchodzącego za najlepszego na świecie. Dyrektorzy klubu też mają takie pytania.
Wiele osób prowadzi to wszystko do wniosku, że w trzecim roku jego pracy projekt Guardioli w Monachium dobiegł końca. Klub dwukrotnie zdobył z Pepem mistrzostwo. Jest na dobrej drodze po kolejne. Ten projekt nie jest pełny bez Ligi Mistrzów, szanse na nią w tym sezonie wyraziłem powyżej. Po rekordowym sezonie 2012/2013 ambicje w klubie były większe. Oczekiwania Pepa – myślę, że też.
Więcej niż trener
Status, renoma Pepa w pewnym sensie „pogarszały” jego pozycję w Monachium mimo sukcesów krajowych. Zawiedzione oczekiwania zatrują każdy związek. W przypadku innego szkoleniowca osiągnięcie dwóch półfinałów LM z rzędu w pierwszym i drugim roku pracy w nowej lidze byłoby dla wszystkich powodem do chwały i zadowolenia. Ale… to Pep Guardiola!
Końcowy rezultat obu półfinałów brzmi 3:10. To też nie pomogło w stawianiu z optymizmu wieży. Jeśli był jeden moment, kiedy zaufanie do Pepa stracili fani die Roten, to pierwszy półfinał z Barçą. Może władze też, a ostatnie miesiące to tylko
Komentarze (123)