La Otra Liga: Walencki strażak znów gasi pożar

Krystian Porębski

4 grudnia 2015, 17:19

3 komentarze

La Otra Liga - cykl we współpracy FCBarca.com z ¡Olé! Magazyn, gdzie możecie znaleźć jeszcze więcej tekstów i informacji dla miłośników La Liga.

Hiszpania to kraj bardzo specyficzny, także pod względem piłkarskim. Utilleros są tu bardzo ważną częścią drużyn, razem z nimi zdobywają trofea, niektórzy stają się istnymi ikonami poszczególnych zespołów. Wśród Nietoperzy taką legendą jest Voro, który po raz kolejny będzie miał swoje pięć minut.

Dlaczego w ogóle poruszać temat kogoś, kto na wyniki drużyny w zasadzie nie ma zbyt wielkiego wpływu? Akurat w tym przypadku jest znacznie inaczej. Walencki delegat Voro, to człowiek od zadań specjalnych, osoba wykonująca skrupulatnie czarną robotę, a kiedy nadchodzi kryzys - zmuszona ratować sytuację. To właśnie on, a nie Gary Neville, ani jego brat Phil, ale właśnie Voro poprowadził Nietoperze w starciu z Barakaldo. Teraz przed nim i Valencią... mecz z Barceloną.

Jak trwoga to do Voro

Sezon 2007/08. Sytuacja w dużej mierze podobna do tej, która miała miejsce w przypadku Nuno. Trener-despota, Ronald Koeman, skłócił się z największymi postaciami w zespole i odsunął od gry klubowe legendy, czyli Cañizaresa, Angulo i Albeldę. Były gwiazdor Barcelony nie dogadywał się także z Joaquínem i często sadzał go na ławce. Ekipa grała w kratkę, choć sukces odniosła — zwyciężyła wtedy w rozgrywkach Copa del Rey.

To było dość dziwne, bo choć Valencia spisywała się w lidze fatalnie, oscylując w okolicach strefy spadkowej, to Koeman wytrzymał aż do 21. kwietnia. Jedynym powodem takiego stanu rzeczy okazał się właśnie wcześniej wspomniany Puchar Króla i dojście w nim do finału, który odbył się tydzień wcześniej. Czarę goryczy przelała dopiero porażka 1:5 z Athletikiem.

W tym momencie władze zwróciły się do Voro. Sytuacja krytyczna, a klub dostaje ktoś, kto dla osoby z zewnątrz mógł uchodzić za żółtodzioba. Szaleństwo? Jak się okazało raczej strzał w dziesiątkę. Na pięć meczów tymczasowy szkoleniowiec wygrał cztery, w tym niezwykle ważne starcia z Levante (5:1) i Atlético (3:1). Poległ tylko z Barceloną, ale aż 0:6… Teraz będzie miał szansę na rewanż, choć nad klubem wisi groźba kolejnego blamażu.

Zresztą, nie był to jedyny epizod z Voro w roli tymczasowego trenera. Za każdym razem, kiedy pojawiają się pogłoski o możliwym zwolnieniu trenera, wszystkie oczy skierowane są właśnie na niego. Przed zwolnieniem Nuno prowadził on Nietoperze w jeszcze jednym meczu – przeciwko Lille w Champions League – także wygranym. Tym samym, miał on już wtedy najwyższy odsetek zwycięstw w historii klubowych trenerów – 80%. A po pokonaniu Barakaldo wynik ten wzrósł do 86%.


W Walencji od zawsze

Salvador González Marco urodził się w mieście nad rzeką Turią i od początku związał się z Valencią. W klubie ze swojego rodzinnego miasta spędził prawie 10 lat (od 1983 roku), będąc pewnym punktem zespołu i gromadząc na koncie 254 spotkania, w których jako stoper strzelił 10 goli. Piłkarski sukces odniósł dopiero w wieku 31 lat, zdobywając Copa del Rey w barwach Deportivo, gdzie akurat powoli tworzyła się drużyna, która niedługo potem zawładnęła piłkarską Hiszpanią.

Galicja była dla Voro szczęśliwa, z Depor zdobył jeszcze Superpuchar, a piłkarską emeryturę nieco odłożył w czasie, bo zdecydował się dodatkowo na dwuletni pobyt w Logroñés. Oprócz kariery klubowej przez kilka lat występował w reprezentacji Hiszpanii, w której zaliczył 10 spotkań. Podczas zgrupowań zaprzyjaźnił się zresztą z… Luisem Enrique. Jak widać, sobotnie spotkanie będzie miało wiele podtekstów.

Tuż po zakończeniu kariery w 1998 roku Voro ukończył kursy trenerskie i rozpoczął pracę w Valencii. Wiodło mu się na tyle dobrze, że w sezonie 2002/03 objął Mestalletę [drużynę rezerw Valencii - przyp. red.], grającą w Segunda División B. Choć w ekipie, poza Gavilánem, nie miał ciekawszych nazwisk, to zajął wysokie 6. miejsce. Tym samym pokazał, że jest materiałem na naprawdę dobrego szkoleniowca. Kolejne rozgrywki przystopowały jego karierę. Voro nie nawiązał do wyników z poprzedniego sezonu, został zwolniony z funkcji po 25 kolejkach, a Mestalleta spadła z Segunda División B. W stolicy Lewantu nikt się tym jednak nie przejął, wszak dzięki ekipie Beníteza był to piękny rok dla Los Ches.

Nikt w klubie nie chciał jednak pozbywać się legendy, więc znaleziono dla niego inną rolę – Voro został kierownikiem pierwszego zespołu. Od tej pory odpowiada za przeprowadzanie zmian, zgłaszanie zawodników, sprawdzanie, czy któryś z nich nie został zawieszony… Sprawa bardzo na czasie. Zresztą, jeden z jego poprzedników, Juan Cruz Sol, również obrońca i zasłużony w Valencii piłkarz, za kadencji Rafy popełnił błąd identyczny, jak wczoraj Chendo w przypadku Realu Madryt…


Chwila prawdy

Voro znany jest przede wszystkim ze swojego pogodnego podejścia. Zawodnicy go lubią i dlatego tak długo pełni ważną funkcję w klubie, a kiedy pojawiają się kłopoty, to on przejmuje pałeczkę. Często wypowiada się w mediach, bo to po prostu uznana marka. W ostatnim czasie najbardziej ucierpiała atmosfera w drużynie, choć zawodnicy byli zjednoczeni, to nie dogadywali się z trenerem. Z Voro tego problemu już nie ma.

Czy to wystarczy, by stawić czoła Barcelonie? Jak może zagrać Voro w tym meczu? Opcji jest kilka. Na pewno trzeba brać pod uwagę ustawienie 4-2-3-1, czyli takie, które stosował, gdy wcześniej obejmował stery w Valencii. Jest jednak jedno „ale” — drużyna ostatni raz w ten sposób grała pod batutą Pizziego, to jest półtora roku temu. Dlatego bardzo prawdopodobną opcją pozostaje 4-4-2, zwłaszcza biorąc pod uwagę problemy ze skrzydłowymi. Na dodatek, może to być sposób na uruchomienie Paco, który nie lubi grać osamotniony. Zresztą, świetne rozumienie zawodników widać już po meczu z Barakaldo. Voro ustawił na prawym skrzydle Cancelo, eksponując jego najlepsze cechy, bo choć nominalnie Portugalczyk to boczny obrońca, to z defensywą ma niewiele wspólnego.

Sobotni wieczór będzie wielką chwilą dla Salvadora Gonzáleza. Klubową legendą jest już od dawna i pozostanie nią bez względu na wynik. Jeśli jednak zdoła powstrzymać rozpędzoną Barcelonę, na pewno zapadnie w świadomości szerszego grona fanów piłki z Półwyspu Iberyjskiego. A kto wie, może mimo 52 lat na karku wreszcie zgłosi się po niego jakiś inny uznany klub?

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (3)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze