5-10-15: Real Madryt

n00stress

17 listopada 2015, 08:00

124 komentarze

Być może starsi użytkownicy pamiętają tę serię, ale dla niektórych będzie to zupełna nowość. 5-10-15 to cykl, w którym przypominamy spotkania FC Barcelony z najbliższym ligowym rywalem, na stadionie, gdzie przyjdzie rozgrywać mecz, odpowiednio 5, 10 i 15 lat temu. Specjalnie na El Clásico postanowiliśmy odkurzyć serię.

Cofniemy się między innymi do mistrzowskiego sezonu 2010/2011, kiedy Pep Guardiola toczył wojnę z José Mourinho, a na Santiago Bernabéu padł remis 1:1. W końcu przeniesiemy się do czasów Ronaldinho i jego magicznego wieczoru, kiedy otrzymał owację na stojąco od kibiców Królewskich. Na samym końcu prześledzimy Klasyk z sezonu 2000/2001, kiedy Katalończycy do ostatniej kolejki walczyli o Ligę Mistrzów, a ostatecznie zapewnił im ją Rivaldo po niezapomnianej przewrotce w starciu z Valencią. Jak to wszystko się rozgrywało? Dowiecie się w specjalnej edycji 5-10-15.

16 kwietnia 2011
„Festiwal rzutów karnych”

Tło

Jeżeli myślimy o Klasykach z sezonu 2010/11, to z całą pewnością na początku przywołujemy kosmiczny mecz na Camp Nou, kiedy Barcelona rozgromiła Real Madryt prowadzony przez José Mourinho 5:0.

target="_blank">La Manita przejdzie do historii jako kolejne upokorzenie największego rywala przez Dumę Katalonii Pepa Guardioli. 

Od listopadowego Klasyku obie drużyny całkowicie zdominowały Primera División. O ile zespół Guardioli był niemal perfekcyjny i miażdzył swoich rywali jak rozpędzony walec, o tyle Realowi zdarzały się wpadki - przede wszystkim porażki z

target="_blank">Osasuną i
target="_blank">Sportingiem. Przed El Clásico w 32. kolejce na Santiago Bernabéu Barcelona miała aż osiem punktów przewagi nad Realem Madryt. „Nie wygraliśmy ligi. Jeśli w Madrycie uzyskamy dobry wynik, to zrobimy ogromny krok do mistrzostwa. Oczywiście mamy osiem punktów przewagi, ale mam wrażenie, że aby wygrać ligę, musimy wygrać na Bernabéu”, uspokajał przed meczem Pep Guardiola. Sygnał był jasny - w Madrycie liczyło się tylko zwycięstwo.

El Clásico

Kwietniowe starcie na Santiago Bernabéu było dopiero początkiem sagi, która czekała kibiców na całym świecie przez najbliższe dni. Liga, finał Pucharu Króla, a na końcu dwumecz o finał Ligi Mistrzów. Cztery Klasyki w tak krótkim okresie musiały skutkować wieloma kłótniami, napiętą atmosferą (ciągle podgrzewaną przez José Mourinho) i nieporozumieniami w reprezentacji Hiszpanii. To była wojna.

Ten pierwszy Klasyk z całą pewnością miał najmniejszą wagę. Liga była niemal rozstrzygnięta, a finał Pucharu Króla i półfinał Ligi Mistrzów miały dopiero nadejść. Mimo wszystko obie drużyny zagrały w niemal najmocniejszych składach, a Barcelona była dodatkowo wzmocniona powrotem po kontuzji Carlesa Puyola.


Real Madryt: Iker Casillas; Sergio Ramos, Raúl Albiol (51’ czerw. kartka), Ricardo Carvalho, Marcelo; Pepe, Sami Khedira, Xabi Alonso (66’ Álvaro Arbeloa), Ángel Di María (66’ Emmanuel Adebayor), Cristiano Ronaldo; Karim Benzema (56’ Mesut Özil)

FC Barcelona: Víctor Valdés; Dani Alves, Carles Puyol (57’ Seydou Keita), Gerard Piqué, Adriano (79’ Maxwell); Xavi Hernández, Sergio Busquets, Andrés Iniesta; Pedro Rodríguez (65’ Ibrahim Afellay), Leo Messi, David Villa


Po pierwszym gwizdku sędziego widać było, że najważniejsze mecze dopiero mają nadejść. Duma Katalonii kontrolowała przebieg spotkania i bardzo szybko uzyskała ogromną przewagę w posiadaniu piłki. Sytuacji jednak brakowało. Podopieczni Pepa Gaurdioli od święta pozwalali na dotknięcie piłki gospodarzom, co udowadniały statystyki. 75%-25% na korzyść mistrza w tak prestiżowym meczu to sytuacja doprawdy niespotykana. Defensywna taktyka José Mourinho opłaciła się - do przerwy bramek nie oglądaliśmy. 

Druga połowa rozpoczęła się od idiotycznego zachowania w polu karnym Raúla Albiola, który ewidentnie sfaulował Davida Villę, za co szybko wyleciał z boiska. Na Santiago Bernabéu był tylko jeden człowiek, który faulu nie widział - José Mourinho. Jedenastkę wykorzystał Leo Messi, a Barcelona mogła w końcu cieszyć się z prowadzenia. Po dominacji Barcelony dość nieoczekiwanie inicjatywę przejęli osłabieni gospodarze. Skutki utraty kontroli na meczem okazały się opłakane. W 81. minucie fatalny błąd popełniła katalońska defensywa. W polu karnym Dani Alves faulował Marcelo i arbiter bez chwili wahania wskazał na wapno. Jedenastkę bardzo pewnie wykorzystał Ronaldo i było 1:1. Dla Barcelony ten remis oznaczał niemal pewne mistrzostwo Hiszpanii, natomiast w jakiej kondycji był Real Madryt może świadczyć fakt, że dla Królewskich ten podział punktów był jak mistrzostwo świata.

Po meczu

José Mourinho w sezonie 2010/11 narzekał na niemal wszystko. Terminarz był zły, sędziowie byli źli, prognoza pogody była zła, a o układzie gwiazd lepiej nie wspominać. Dlatego na pomeczowej konferencji prasowej nie było zaskoczenia, kiedy portugalski szkoleniowiec zaatakował arbitra. „To, czego chcemy, to takie same traktowanie obu drużyn. Zasady są takie same, a ja jestem zmęczony grą w dziesięciu. Raúl Albiol opuści finał Pucharu Króla za faul, którego nie było. Jak zwykle, gdy dziesięciu gra przeciwko jedenastu, to bardzo trudne rywalizować wtedy z Barceloną. Arbiter powinien pokazać czerwoną kartkę Alvesowi. Chciałbym kiedyś zagrać z Barceloną, gdy ta ma do dyspozycji dziesięciu zawodników”, mówił Mourinho. Jego wojenki opłaciły się w

target="_blank">wygranym 1:0 finale Copa de Rey po golu Cristiano Ronaldo. Rewanż Barcelony nastąpił w półfinale Ligi Mistrzów. Znów nie obyło się bez kontrowersji, bez płaczu Mourinho, a do historii przejdzie jedna z konferencji Portugalczyka i słynne „