W szatni Barcelony nikt nie kwestionuje pierwszeństwa Leo Messiego w egzekwowaniu rzutów karnych.
Zarówno piłkarze, jak i Luis Enrique wcale nie dążą do zmiany hierarchii w tej dziedzinie. Messi zawsze bierze na siebie odpowiedzialność i to, czy ostatecznie będzie strzelał, zależy tylko od jego decyzji. Ma pełną swobodę w jej podjęciu. Jest to zamknięta sprawa. Nikt nie będzie z nim o tym rozmawiał, trenerzy również się tym nie zajmą, ani nie będą go specjalnie trenować w tym aspekcie. Nikt nie pozbawi go zaufania, jakie zdobył w tym elemencie. Ciągle jest tak, jakby nic się nie stało. Jest specjalistą.
Źrodła Mundo Deportivo z szatni Barcelony potwierdzają, że nie ma mowy o zaniepokojeniu jego skutecznością. We wszystkich rozgrywkach na 65 prób Messi zmarnował 15 karnych, co daje 23% niewykorzystanych jedenastek - jedną na cztery egzekwowane. Nie bierze się jednak pod uwagę tego argumentu w rozważaniach, czy trafi przy następnej okazji. „Jak możemy mieć pretensje, jeżeli wcześniej strzelił bramkę, a później dołożył kolejnego gola? Nie mieści mi się to w głowie" - powiedział jeden z zawodników, który grał w meczu z Levante. Trybuny na Camp Nou także go nie zakwestionowały. Gdy piłka leciała jeszcze w powietrzu, zaczęli skandować jego nazwisko, wysyłając wiadomość wsparcia, że nic się nie stało. I mieli absolutną rację. On nadal gra i strzela.
Tylko sam zawodnik może zająć się tą kwestią, prosząc o pomoc trenera lub psychologa. Tak jednak się z pewnością nie stanie, ponieważ Messi jest bardzo silny psychicznie. W każdym razie Leo wciąż nie zapomniał o tamtym nietrafionym karnym z Chelsea w półfinale Ligi Mistrzów sezonu 2011/2012.
Komentarze (83)