Pedro. To on zamknął historię

Adam Fattah

8 września 2015, 20:46

61 komentarzy

Felietony to bodajże najciekawsza część publicystyki. Niby się na nie psioczy, że są subiektywne. Mimo, że zawsze kogoś wpienią, odebrać im nie można jednego. Felietony były, są i będą czytane. Zazwyczaj teraz bym napisał coś, co jednych doprowadzi do białej gorączki, a innych poliże po… nieważne. Tym razem jednak felieton chcę, wróć, MUSZĘ poświęcić komuś, komu należy się pomnik.

Tak, tak pisałem o Pedro już jakieś dwa sezony temu, że powinien schować swoje buty, trykot i wąsa w walizkę i pomachać pożegnalnie w kierunku Camp Nou. Nadal to podtrzymuję (choć akurat w obecnej i zbanowanej sytuacji odejście Pedro nie było na rękę nikomu, mnie również). Należy jednak oddać cesarzowi to co cesarskie.

Nie będę chrzanił, że Barcelonie kibicuję od czasów Kubali, bo do klubu przekonał mnie kto inny. Jednak zawsze za tymi super utalentowanymi chłopakami byli rzemieślnicy, którzy biegali na treningach dziesięć razy więcej niż gwiazdy. Zostawali na treningach po godzinach i wylewali na nich hektolitry potu. Historia pokazuje, że to ci ludzie z drugiego planu dłużej zostają w klubie. Nie ma w tym absolutnie przypadku, zawsze tytaniczna praca stoi nad talentem. Do dziś upieram się, że Messi nie ma „startu” do Ronaldinho pod względem umiejętności. Jednak determinacja, praca i samo udoskonalanie się Argentyńczyka doprowadziły go na piłkarski Everest, a R10 sam siebie wepchnął do Wielkiego Kanionu, w którym dziwnym trafem kończy kupa mega gwiazd rodem z Kraju Kawy.

Pedro Rodríguez. Jak opisać tego zawodnika? Jeszcze niedawno wystarczyło poczytać o nim komentarze. „Nie mogę patrzeć na ten jego uśmiech po spieprzonej akcji”, „Słabo mi się robi jak widzę jak macha łapami”, „Zgól wąsa!”. Prawdą jednak jest, że jego opis powinien być zupełnie inny. Jakim ja go zapamiętam? Pamiętam jak Frank Rijkaard wpuszczał go w meczu z Murcią na Camp Nou. Hiszpan wtedy jeszcze z trykotem z napisem „Pedrito” nie wyróżnił się niczym. Przysięgam, niczym. Wydawać by się mogło, że dzielą go lata świetlne do Giovaniego dos Santosa, który z piłką potrafił zrobić niewiele mniej niż Gaucho, tylko był cholernym pazerą. Porównać go do Bojana nikt nawet nie śmiał.

Czas jednak pokazał, że ze składu wygryzł najpierw Meksykanina, później Titiego Henry, później samego wielkiego Zlatana Ibrahimovicia, potem Bojana. Villa? Sprzedany za jedną villę jak to się teraz przyjęło. Wyleciał też Alexis. Z Suárezem i Neymarem nie dał rady, ale powiedzcie z ręką na sercu, ilu innych napastników wymienilibyście z tak imponującym osiągnięciem. Ile razy zadaliście sobie pytanie ile sił, pracy, determinacji i wyrzeczeń kosztowało to Pedro? Ile razy zadaliście sobie pytanie co czuł słysząc o kolejnych galaktycznych transferach do ataku? Kiedy media stawiały wszystkich poza nim do podstawowej jedenastki? No właśnie.

Cholera, mówimy o pierwszym piłkarzu w historii futbolu(!), który strzelił w jednym sezonie gole we wszystkich sześciu rozgrywkach (i jednym z dwóch do tej pory, ale kto wstydziłby się stać z Messi w jakiejkolwiek klasyfikacji?). O chłopaku znikąd, który wpakował Realowi Madryt 4 gole. Kiedy Pedro strzelał Królewskim ci nigdy nie wygrali (3 zwycięstwa i remis, który i tak dał awans do finału Ligi Mistrzów). O napastniku z prawdziwego zdarzenia, bo przecież tylko tacy mają w swoim CV trzy rozegrane finały Champions League i to wszystkie wygrane.

Zapamiętamy go z La Manity, której był częścią. Z gola przeciwko Manchesterowi United w Londynie. Z asysty w Berlinie. I za tego, ostatniego gola. Z pół metra. Dającego Superpuchar. Jakież zrządzenie losu. Nie ma takiego zwrotu w języku polskim, więc użyję arabskiego (który jest moim językiem ojczystym) – Subhan’Allah, co na „nasze” oznacza plus/minus „dzięki Bogu za to co się stało”. Tego słowa używa się w sytuacjach wyjątkowych. Rzadkich. Niesamowitych wręcz. Taką na pewno jest rozpoczęcie wielkiej kariery golem w 115. minucie z Szachtarem, który dał nam puchar i zakończenie golem w tych samych rozgrywkach, w tej samej minucie i z takim samym rezultatem z Sevillą.

Rok temu tą samą drogą powędrował Cesc Fàbregas. Piłkarz, na którego czekałem długo, a odszedł tak szybko. Zostawił po sobie smród, a wydawać się mogło, że przynajmniej ładnie się z nami pożegna. Wypada, zwłaszcza, że gadał, że co by się nie działo zostanie w Barcelonie do końca kariery. Wytrzymał trzy lata i na domiar złego poszedł do odwiecznego rywala Arsenalu. Czekałem na jego słowa na „do widzenia”. Spodziewałem się patosu (którego osobiście nienawidzę). Zaskoczył mnie. List pożegnalny o Barcelonie nie mówił nic. Natomiast przeczytać mogliśmy o tym jak to kocha Premier League. Wlazł José Mourinho tak głęboko w tyłek, że chyba wyszedł nosem, a przecież w niedługo wcześniej skakali sobie do gardeł. Fabsa uznawano za tego z genialnego pokolenia Barcelony. O Pedro się tak nie mówi, a powinno.

„Czy chcę stąd odchodzić? Nie! Barcelona to mój dom. Moje miejsce. Nie odchodzę dla pieniędzy, odchodzę dla minut. Jestem ambitny, ale jeśli mnie pytasz czy tego chcę, to moja odpowiedź brzmi – nie”.

„Jestem smutny, że opuszczam ten klub, ale zadowolony, że dałem z siebie wszystko. Właśnie dlatego jestem szczęśliwy. Dziękuję za sprawienie, że czułem się członkiem tego wspaniałego klubu.”

Czy mnie wkurzał? Oj, nieraz zalała mnie przez niego krew. Bo przecież mógł podać. Bo przecież na ten jego zwód nie nabrałby się nawet Arboleda. Ale jest nutą przeszłości, którą kocham. Którą wszyscy kochamy. Przeszłości z Pepem żywo skaczącym przy ławce. Z Pinto broniącym karnego w Copa del Rey na wagę awansu. Z Eto’o klepiącym się w rękę. „Krew z mojej krwi!” – motto Kameruńczyka. Kurczę, ten wąsacz jest z krwi i kości Barcelonistą. Cule co się zowie.

Spodziewałbym się wielu rzeczy. Nawet tego, że Mascherano w końcu strzeli dla nas gola. Nigdy jednak nie powiedziałbym, że to Pedro zamknie tę historię. To niesamowite, wyjątkowe. To on zamknął historię. Dzięki Bogu za to co się stało, bo zasłużył.

Gracies Pedro!

Felieton pochodzi z najnowszego wydania miesięcznika Barça Flash. We wrześniowym numerze wywiad z dziennikarzem TVP Sport, Jerzym Chromikiem oraz twórcą Hala Dzieci i Footroll - Maćkiem "Dissblaster" Krawczykiem. Ponadto o "katalońskim Cafu", czyli Sergi Roberto; katalońskim referendum; krótkiej ławce rezerwowych w Barcelonie i wiele więcej publicystyki.

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

"Do dziś upieram się, że Messi nie ma „startu” do Ronaldinho pod względem umiejętności. Jednak determinacja, praca i samo udoskonalanie się Argentyńczyka doprowadziły go na piłkarski Everest"-kompletna bzdura!

@TheDiegoo2233: A ja się zgadzam. Poza tym wspomniałbym o czynniku CR7, bez którego Messi pewnie nie śrubowałby takich wyników.

@Gaspar: Guzik prawda. Po prostu maja inne umiejetnosci,ale Messi jest bardziej kompletny od Ronaldinho,bardziej pracowity rowniez ale to nie znaczy ze mial mniejszy potencjal na starcie.

@TheDiegoo2233: To że nie ma startu jest grubo przesadzone po prostu robi te same a nawet lepsze rzeczy w mniej efektowny sposób.

@Gaspar: Modne się stało ostatnio cytowanie Kluiverta mówiącego "Leo Messi potrzebuje Ronaldo". A moim zdaniem jest zupełnie odwrotnie. :)
Messi to akurat zlepek umiejętności, daru, talentu, jakiegoś kurde magicznego dotyku samego Boga, a Ronaldo to efekt determinacji i morderczej pracy.
Ronaldinho natomiast to typowy Brazylijczyk, który kocha zabawę zarówno piłką jak i życiem. Za to go uwielbiam, uwielbiam jego dryblingi, sztuczki techniczne, ale technika to wszystko co miał Ronnie, niestety. Jakby się potrafił opanować to dziś nie wiadomo czy Leo szedłby po 5 Złotą Piłkę, a i czy Ronaldo miałby ich 3.

@kuba1624: Spoko Maroko, szanuję Twoją opinię, zresztą jak i innych, a przy tym nie zmuszam do tego, żeby ludziska mnie zrozumieli. Po prostu zgodziłem się z autorem tekstu i wsio.
Ja chyba czaję o co biega autorowi, bo mnie samego ogarnia zachwyt i fascynacja kiedy tylko przypominam sobie zagrywki Ronniego. Tego nie potrafię porównać nawet z tym małym, cholernym geniuszem, który dał nam już tyle radości. Musisz mi i autorowi felietonu wybaczyć, że zamiast płynąć jak gówno z biegiem rzeki to woleliśmy zawrócić i pójść pod prąd. Nie mam zamiaru tu nikogo obrażać! Nie! Po prostu przypomniał mi się taki zabawny tekst, który pozwoliłem sobie tu sparafrazować.
Pozdro!

@TheDiegoo2233: Nie no co wy, gdyby szczyty kariery Ronniego przypadały na czasy obecne jak to ma miejsce w przypadku Messiego i CR7 to Brazylijczyk nie miałby sobie równych. Pomijając diametralnie różne formy treningów i urozmaicenie diety a nawet ogólnie większe pojęcie o ludzkim ciele to Ronaldinho byłby idealnym połączeniem CRa i Messiego plus jego niepowtarzalny i wyjątkowy geniusz i lekkość gry w piłkę. Jednymi słowy piłkarz kompletny.

@NorbiTBOB: Ależ to jasna sprawa, że Messi to dar, Ronaldo to efekt determinacji i ciężkiej pracy, ale gdzie ten dar i ta determinacja wyniosłaby tę dwójkę, gdyby na siebie nie trafili? Gdyby grali w różnych epokach? Czy te wyniki byłyby takie, jak teraz? Nie! Jestem tego raczej pewien! Pewien jestem jednak, że i tak cieszyliby oko niezmiernie.

A co do Ronniego... No szkoda chłopa, ale tyle uśmiechu ile nam dał to nie zabierze nikt! Za to go uwielbiam, za ten prosty uśmiech, który tak go odróżniał. A jego umiejętności- mmm, lodzio miodzio. No wybaczcie fani Genialnego Messiego i CR7-terminatora, ale to Ronaldinho jest moim piłkarskim bohaterem!

@Gaspar: Ja Twojej opinii broń Boże nie neguję, po prostu chciałem odwołać się do wypowiedzi Kluiverta. :)
Co do Ronniego to się w 100% zgadzam, nigdzie nie napisałem złego słowa o nim, po prostu poszedł złą drogą. Osobiście uważam Ronaldinho za najbardziej widowiskowego, cieszącego oko piłkarza, gdyby jego kariera w Europie trwała dłużej bez wątpienia stwierdziłbym, że jest on w top 3 piłkarzy w historii futbolu. Właściwie to dzięki niemu zacząłem się interesować piłką nożną na poważnie, no i R10 przyciągnął mnie do Barçy. :)
Nie zrozumieliśmy się po prostu, chodziło mi o to, że Leo to nie zlepek "determinacji, pracy i samo udoskonalania się", a że nie ma "startu" do Ronniego pod względem umiejętności to nie mam wątpliwości.
Wyobraźmy sobie teraz, że Leo, Ronaldo i Ronaldinho grają w tej samej epoce. :D
Pozdrawiam! :)
« Powrót do wszystkich komentarzy